Strony
"Czytanie jest nałogiem, który może zastąpić wszystkie inne nałogi lub czasami zamiast nich intensywniej pomaga wszystkim żyć, jest wyuzdaniem, nieszczęsną manią."
"Malina" Ingeborg Bachmann
czwartek, 9 października 2008
"Czarny ogród"
niedziela, 5 października 2008
„Po zmierzchu” - Haruki Murakami

To Murakami. W każdej myśli, w każdym obrazie. Znów dotyka człowieka do samego dna, znów odsyła myśli nad krawędź niebezpiecznej przepaści.
Jest późny wieczór, nie mogę spać. Czytam „Po zmierzchu” Haruki Murakamiego. Czytam i nagle mam ostatnią stronę przed oczami. Szkoda. Jest środek nocy, dokładnie 2:37, nie mogę dalej spać. Więc piszę o książce, którą właśnie skończyłam czytać. Większość ludzi już śpi. Ale ja dziś, dziwnym zbiegiem okoliczności, jak bohaterka „Po zmierzchu” nie śpię.
Mari Asai ma 19 lat i właśnie postanowiła spędzić noc poza domem. W ciągu jednej nocy w jej życiu wydarzy się wiele. Spotka Takahashiego, który gra na puzonie. To on spędzi z nią sporo czasu, uzmysławiając jej, że jest wartościową dziewczyną. Pozna Kaoru, szefową love hotelu Alphaville. Pomoże chińskiej prostytutce, brutalnie potraktowanej przez klienta w tym hotelu. Odbędzie ważną rozmowę z dziewczyną o imieniu Świerszczyk. Postanowi pomóc swojej siostrze Eri, która od dwóch miesięcy leży w domu pogrążona w tajemniczym śnie. To wszystko wydarzy się w ciągu jednej nocy. Wszystkie zdarzenia mają ogromny wpływ na psychikę tej młodej, trochę zagubionej w życiu dziewczyny.
Haruki Murakami w swoim specyficznym stylu prezentuje kolejną ciekawą powieść. Powieść o życiu nocnego Tokio. Powieść o relacjach między siostrami. Powieść o dojrzewaniu. Znów daje do zrozumienia, że człowiek wcale nie jest sam. Że każde, nawet wydawałoby się nic nie znaczące spotkanie z drugim człowiekiem, ma swój określony powód i cel. Jest znów magia w postaci śpiącej Eri i tym, co się z nią dzieje. Jesteśmy, często podkreślanym przez autora, punktem widzenia. Obserwujemy i nie mamy wpływu na zdarzenia czasem niepokojące i tajemnicze. „Po zmierzchu” to nie tylko opowieść o Mari. To spojrzenie na sprawcę pobicia chińskiej prostytutki, to spojrzenie na Kaoru i wysłuchanie jej życiowej historii. To spojrzenie na młodego Takahashiego poszukującego w życiu celu. To też opowieść o dziewczynie ukrywającej się pod imieniem Świerszczyk, która ukrywa się przed groźnymi ludźmi. Każdy z bohaterów „Po zmierzchu” niesie swoje przeznaczenie, przed którym nie ucieknie. Każdy ma jakieś wspomnienia, które są paliwem, potrzebnym do życia.
„Pamięć to coś naprawdę dziwnego. Szufladki ma wypchane kompletnie nieprzydatnymi, bezsensownymi rzeczami. A człowiek zapomina jedną po drugiej te ważne, naprawę potrzebne. (...) I tak sobie myślę, że może ludzie używają wspomnień jako paliwa do życia. To czy dane wspomnienie jest ważne czy nie, nie ma znaczenia dla utrzymania się przy życiu. To tylko paliwo. (...) I gdybym nie miała w sobie takiego paliwa, gdybym nie miała takiej szufladki wspomnień, już dawno pękłabym na dwoje. Zwinęłabym się w kłębek w jakimś rowie i umarła. To dlatego, że mogę czasami po trochu wyciągać te różne wspomnienia, ważne i do niczego niepotrzebne, jakoś udaje mi się dalej żyć, choć to życie przypomina zły sen. I nawet kiedy myślę, że już nie mogę, dłużej nie wytrzymam, jakoś udaje mi się to przezwyciężyć.”
Murakami jest mistrzem słowa i obrazu. Magicznie ujmującym i przenikającym moją duszę na wskroś.
sobota, 4 października 2008
"Obcy" - Taichi Yamada

Harada ma 48 lat, jest świeżo po rozwodzie. Do swojej byłej żony ma stosunek obojętny. Kontakt z synem raczej znikomy. Gdy Harada miał 12 lat w wypadku zginęli jego rodzice. Opowiada nam swoją historię, historię człowieka, którego gnębi samotność, brak poczucia bezpieczeństwa i tęsknota za rodzicami. Mieszka sam w Tokio, prawie samotny w sześciopiętrowym apartamentowcu. W przeddzień zdarzeń, które zmienią jego życie, jego uwagę przykuwa nienaturalna cisza. Jakby zwiastun życiowej burzy, która ma nadejść.
Tak zaczyna się powieść Taichi Yamady pt. „Obcy”. Powieść dość ciekawa, tajemnicza, choć może niekoniecznie przejmująca, a wrażenie po jej lekturze jest jakby nie do końca piorunujące. Bo mam wrażenie, że czegoś mi brakło. Jakiegoś dreszczu przeszywającego moje ciało. Jakiejś myśli niepokojąco drążącej dziurę w mojej głowie. A przecież opowieść Harady ma w sobie elementy niepokoju, grozy i duchów, które budzą ciekawość i fascynacje. Bo czy możliwe jest, aby w realnym świecie spotkać swoich zmarłych dawno temu rodziców? Bo czy możliwe jest, aby duchy tak bardzo wyraźnie mogły mieć wpływ na życie dorosłego mężczyzny? Harada dostrzega absurdalność zdarzeń, w jakich bierze udział, ale nie potrafi racjonalnie ich wyjaśnić. Nie potrafi i nie chce. Sam zauważa, że halucynacje, jakich doznaje, pozwalają na istnienie świata nierealnego, w którym przeżywa to, czego nie dane mu było doświadczać w dzieciństwie i młodości. Świat duchów jest mu bliższy niż świat za oknem. Do czasu, kiedy jego związek z 33 letnią Kei nie zacznie równie namacalnie odbijać się na jego ... zdrowiu. Kei ma swoją tajemnicę, skrywaną pod bandażami. Kei jest równie niepokojącą istotą, z którą Harada pragnie układać sobie życie. Ale życie nie może mu dać wszystkiego, czego pragnie. Musi wybierać między rodzicami, między Kei i między prawdą. A prawda jest zaskakująca.
Myślę, że w książce Taichi Yamady zabrakło pewnego ładunku emocjonalnego, który zrobiłby z tej powieści dzieło zdecydowanie lepsze. Książka nie porywa, nie wzbudza literackiego pożądania, ale jednocześnie jest intrygująca. Podczas lektury miałam wrażenie, że Japończycy doprowadzili do perfekcji wiarę we współistnienie dwóch światów: świata realnego i świata nadprzyrodzonego. Z olbrzymią łatwością i oczywistością, bez naiwności, pokazują, że świat duchów przenika nasz realny świat. To mi się bardzo w ich mentalności podoba. Pomimo postępu technicznego, cudów elektroniki, Japonia jest krajem, gdzie wiara w świat nadprzyrodzony jest dość mocna i naturalna. Takie bynajmniej odnoszę wrażenie po moim zetknięciu się już z drugim pisarzem pochodzącym z Japonii. Zastanawiam się, z czego to może wynikać, że duchy są tak powszechnym elementem w tamtej, wydawałoby się, bardzo technicznej rzeczywistości. Odpowiedź nasuwa mi się jedna. Niezmienna dla każdego narodu żyjącego na tym świecie. To tęsknota za lepszym życiem, choć może powinnam nazwać to istnieniem. Za istnieniem w tym doskonałym wymiarze, którego nie znamy, a o który się co jakiś czas ocieramy.
Ale wiara w istnienie duchów, to wcale nie pomieszanie zmysłów, to wcale nie szaleństwo. W tym szaleństwie jest metoda...
poniedziałek, 29 września 2008
"Dom Augusty" - Majgull Axelsson

Strasznie mi smutno. Jestem po lekturze „Domu Augusty” Majgull Axelsson. Bez emocji nie da się opowiedzieć o wrażeniach, jakie mi towarzyszyły podczas lektury. To ciekawość i współczucie, przekonanie o tragizmie czyhającym na ostatnich stronach i naiwnej wierze, że może jednak los będzie łaskawy. Ale los dla żadnej z bohaterek „Domu Augusty” łaskawy nie był.
Kobiety z rodu Augusty miały w genach cierpienie i ból, odosobnienie i nadwrażliwość. Geny Augusty okazały się przekleństwem. Augusta seniorka rodu, Alicja – jej wnuczka oraz praprawnuczka Augusty – Andżelika, to trzy kobiety, których losy poznajemy. Historia opowiedziana przez Axelsson rozciąga się prawie na cały XX wiek. Opowieści o tych trzech kobietach i ich rodzinach są przesiąknięte cierpieniem, owiane tajemnicami i dzięki ciekawej konstrukcji książki przeplatają się na zmianę. To przeplatanie się losów kobiet z rodu Augusty prowadzi do stworzenia swoistej sagi rodzinnej.
Choć, sama nie wiem czemu, ale pomimo wielu bohaterów powieści, mam wrażenie, że wszystkie przeżycia, bez względu na przestrzeń czasową, dotyczą jednej kobiety. Kobiety tragicznej. Kobiety przegranej. Kobiety, która zmarnowała sobie życia. Czy to losy Augusty, czy to losy Alicji, czy to losy bodajże najtragiczniejszej i najmłodszej przedstawicielki rodu, Andżeliki, łączy je ten sam dramat. Dramat samotności, dramat braku prawdziwej miłości. Życie ich jest zdeterminowane. Jakby nad potomkami Augusty wisiało fatum. Dlatego nie ma szans na żaden happy end.
Książka jest niesamowicie melancholijna, poetycka i przerażająco brutalna. Bo los dla bohaterów książki był brutalny. Bo kobiety brutalnie niszczyły się same. Bo życie wcale nie jest łatwe.
Pominę walory poznawcze tej powieści, dotyczące życia w Szwecji na przestrzeni XX wieku. Choć one tworzą specyficzny klimat, dość charakterystyczny dla pisarzy skandynawskich. Pominę historie o pozostałych członkach rodu Augusty. Choć każda z postaci pojawiająca się w opowieści, jest odrębnym tematem i polem do badań nad portretami tych ludzi. Myślę, że można by, opierając się na każdej postaci, stworzyć ciekawy zbiór ludzi o wcale nieróżniącym się charakterze. Ale pominąć nie mogę tego najważniejszego. Niesamowitej opowieści o kobietach, które pomimo chęci, nie potrafią podnieść się z pożerającego ich przygnębienia, otaczającej ich pustki i wszechobecnej samotności.
Kobieta wytrzyma wiele, z niejednej studni wylanych łez podźwignie się i będzie wypatrywać słońca. Ale kobiet takich na tym ziemskim padole jest niewiele. I to nie o nich pisze Majgull Axelsson. Taką książkę mogła stworzyć jedynie kobieta, która twardemu światu mężczyzn chce pokazać, że los kobiety w dużej mierze jest naznaczony i zdeterminowany także przez mężczyzn. Podziwiam pisarkę za to, że potrafiła to zrobić w tak przejmujący sposób. I życzyłabym sobie, aby po tą książkę sięgnęło paru twardzieli rządzących tym światem. Ale i tych, których mam wokół siebie.
Choć trudno mi uwierzyć, aby kiedykolwiek jakikolwiek mężczyzna zrozumiał naprawdę psychikę kobiety.
poniedziałek, 22 września 2008
"Trzeci znak" - Yrsa Sigurdardottir

I znów pochłonęła mnie całkowicie książka. A powinnam dodać, że za książką kryje się odkryta niedawno przeze mnie pewna wyspa na krańcach Europy, kraina magiczna, kraina śniegu i nieznanej mi kompletnie kultury. Islandia. Czuję dziwną relację, bliskość i przyciąganie. Chciałabym kiedyś się tam znaleźć...
A przez ostatnie 3 dni byłam na Islandii dzięki książce islandzkiej pisarki Yrsy Sigurdardottir „Trzeci znak”.
Skłamałabym mówiąc, że dawno nie czytałam tak świetnej książki, bo czytam dużo świetnych książek. I jakoś ostatnio krążę po Europie, znajdując to tu, to tam wspaniałe powieści. I poznając kulturę i mentalność dotąd mi mało znanych krain. Niedawno byłam we Francji, w Rumunii, na Węgrzech, w Wielkiej Brytanii, w Szwecji, teraz w Islandii, a przede mną już leży kolejna powieść ze Skandynawii...
Yrsa Sigurdardottir przeniosła mnie do swojego kraju dzięki „Trzeciemu znakowi” i spowodowała u mnie zachłyśnięcie się urokiem i magią swojej książki. Jestem pod wrażeniem. A co ciekawe, to wrażenie tym bardziej jest większe, ponieważ skręciłam w swoich literackich wędrówkach w kierunku powieści kryminalnych.
„Trzeci znak” to powieść kryminalna z niesamowicie ciekawym podłożem historycznym. Każdy, kto lubi tropić tajemnice sprzed setek lat i ich oddziaływanie we współczesności, znajdzie w książce Yrsy Sigurdardottir świetną lekturę.
Oto 36-letnia Thora Gudmundsdottir, rozwiedziona matka 16-letniego syna i 6-letniej córki, prawniczka, zostaje zatrudniona do rozwikłania zagadki śmierci bogatego, niemieckiego studenta. Pomimo, że policja zamknęła domniemanego zabójcę, rodzina zmarłego wynajmuję prawniczkę, której w prywatnym śledztwie towarzyszy Matthew, pracownik ojca zamordowanego studenta. Sprawa od samego początku nie jest prosta, ani zwyczajna. Harald Guntlieb nie był zwyczajnym studentem, ani pod względem wyglądu, ani zainteresowań. Prowadził badania nad prześladowaniem czarownic w XVI wieku na terenie ówczesnych Niemiec i Islandii. Fascynowały go różne narzędzia tortur, tajemnicze obrzędy i rytuały związane czarną magią. Studia pozwalały mu na kontakt ze starymi listami, księgami i umożliwiały poszukiwania pewnego starodruku, dzieła bardzo popularnego w dawnej Europie, a mianowicie „Malleus Maleficarum”. Jednakże nie chodzi tu o egzemplarz do dziś wydawany i sprzedawany, ale o pierwszy egzemplarz opublikowany w XV wieku, którego Harald poszukuje na terenie Islandii.
Thora wraz z Matthew szukając prawdy, kto i dlaczego zabił Haralda i zbezcześcił jego zwłoki, odkrywają szokujące szczegóły z życia Haralda i dochodzą do mordercy. Po drodze przybliżają czytelnikowi ciekawą historię polowań na czarownice w średniowiecznej Europie i odkrywają niezbyt chlubne karty kościoła katolickiego.
Zdradzanie wszelkich tajemnic dotyczących życia i zainteresowań Haralda jest wyłożeniem kawy na ławę. Byłoby nie w porządku wobec potencjalnych czytelników, ponieważ te fakty są wielce intrygujące. Czytając „Trzeci znak” wkracza się w świat pełen wielu tajemnic. I tych związanych z „Młotem na czarownice”, ale i tych związanych z historiami rodzinnymi skrywającymi bolesne zdarzenia.
„Trzeci znak” jest napisany z lekkością i starannością. Dokładnie i bardzo szczegółowo. Każda kolejna strona powieści wzbudza co raz większą ciekawość. Czy będziemy mieli do czynienia z czarami, czy morderstwo popełnione w budynku islandzkiego uniwersytetu było częścią jakiegoś rytuału? Przecież zwłoki zbezczeszczono, pozbawiono oczu, na klatce piersiowej wycięto tajemniczy symbol. Przecież Harald przyjechał do Islandii w poszukiwaniu piekła. Czy je znalazł?
hm.....
„Trzeci znak” ma ten specyficzny klimat północy, który fascynuje i jednocześnie lekko przeraża. To po części powieść kryminalna, po części sensacyjna. Takie książki lubię od czasów licealnych, kiedy to zaczytywałam się w powieściach Philippa Vandenberga o różnych spiskach, dziełach sztuki i tajemniczych odkryciach.
Yrsa Sigurdardottir to nazwisko, które muszę zapamiętać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)