
Nigdy nie czytam przypadkowych książek. Nie umiem tego wytłumaczyć, ale spora część czytanych przez mnie lektur w bardziej lub mniej wyraźny sposób odbija się na moim życiu, lub też ma z nim jakiś związek.
Ja prawdopodobnie nigdy nie będę miała prawdziwej, tradycyjnej rodziny, tzn. przykładnego męża i gromadki uroczych i dobrych dzieci. Taki widać mój los. Nie każdemu jest dane uczestniczyć w życiu rodzinnym.
Dlatego tym bardziej uważnie czytałam „Piąte dziecko” zeszłorocznej noblistki Doris Lessing. Czytałam i zastanawiałam się jak bardzo ludzie potrafią być nieszczęśliwi, pomimo osiągnięcia po części założonych w młodości celów. Życie bywa brutalne i dla ludzi o szlachetnych sercach. Posiadanie dużej rodziny, spędzanie świąt w dużym rodzinnym gronie może mieć drugie dno. Dzieci mogą dać szczęście, pozwalają spełniać się. Ale mogą też być cierpieniem. W książce Lessing urzekło mnie uniwersalne tło opowiedzianej historii. Ben, obce dziecko, czarna owca w rodzinie, niechciany i niekochany chłopiec jest symbolem wszystkich cech, których nie chcielibyśmy widzieć we własnym dziecku. Ben uosabia to, co nienormalne i nienazwane. To nie jest zemsta losu. To jest właśnie los. Szczęście jest tak samo przypadkowe, jak i nieszczęście. A rodzina?
„Ludziom wbito do głowy, że życie rodzinne jest najlepsze. To już przeszłość.”
Kupuję Doris Lessing. Powiem więcej, jej sucha, beznamiętna i bolesna historia chwyciła mnie za serce. Są takie prawdy, których ludzie się boją, których nie akceptują i dlatego wolą trwać w kłamstwie. Historia Harriet i Dawida, którym los podarował piąte dziecko, to bolesna prawda, przed którą nie ma ucieczki. Prawda o tym, że w tym życiu może się zdarzyć naprawdę wszystko, choćbyśmy nie wiem jak byli dobrzy, uczciwi, kochający i rodzinni.