Jakie to dziwne uczucie powiedzieć o kimś „był”, a nie „jest”. Jutro będę na pogrzebie. W czwartkowy wieczór zmarł mój dziadek. Wiem, taka kolej rzeczy: narodziny, życie, śmierć. Mam poczucie, że każde odejście z tego świata moich dziadków, w jakiś dziwny sposób zbiega się z moim życiem.
Grudzień 1995 roku – śmierć babci Teresy. Jestem w klasie maturalnej. To w tym okresie następuje zmiana w mojej psychice. Skupiam się na wnętrzu, zaczynam poszukiwania sensu życia, odrzucam skostniałe i niewystarczające prawdy głoszone przez kościół katolicki.
Lipiec 2002 roku – śmierć dziadka Juliana. Miesiąc wcześniej poszłam do pierwszej w życiu pracy, w której zresztą pracuję do dziś. W przeddzień śmierci dziadka coś mnie skusiło, aby podejść do dziadków, ponieważ byłam niedaleko nich. Odwiedziny były przypadkowe, nieplanowane. A jednak, gdy dzień później dowiedziałam się o śmierci dziadka, miałam dziwne wrażenie, że podświadomie poszłam się z dziadkiem pożegnać. Pamiętam tą wizytę, była krótka, wujek Żaba właśnie strzygł dziadka, który siedział po środku kuchni na taborecie. Chwilę pogadałam i pożegnałam się z dziadkiem i babcią.
Luty 2009 roku – śmierć dziadka Karola. Myślę o tym i dochodzę do wniosku, że w pewnym sensie zazdroszczę dziadkowi, że już nie musi się zmagać z życiem... Co oznacza ta śmierć? Wiem, że w tym roku czekają mnie pewne zmiany dotyczące mojej sytuacji materialno-finansowej.
Jakie to dziwne, gdy spojrzę na rok śmierci moich dziadków, wyraźnie zauważam, że pomiędzy nimi jest różnica 7 lat. Czy to znaczy, że ostatnia babcia Józefa, jaka mi została, umrze za 7 lat? Nie chcę tak myśleć. Niech żyje 100 lat. Ale mam niepokojące przeczucie, że te cykle 7 lat coś znaczą. W każdym razie potrafię odnieść się poprzez śmierć dziadków do wydarzeń z mojego życia i widzę wyraźnie pewne granice.
A więc śmierć jest w moim życiu czynnikiem powodującym zmiany.
Czy niedawno czytany „Everyman” P. Rotha był lekturą przypadkową? Przecież właśnie wtedy myślałam o śmierci.
Memento mori
...


