"Czytanie jest nałogiem, który może zastąpić wszystkie inne nałogi lub czasami zamiast nich intensywniej pomaga wszystkim żyć, jest wyuzdaniem, nieszczęsną manią."

"Malina" Ingeborg Bachmann

czwartek, 12 marca 2009

Koncert "N/O"

No i wróciłam z cudownego koncertu. Jeszcze muzyka gra mi w duszy. I póki wrażenia są świeże, chcę napisać parę słów. Taki koncert, jak ten, na którym byłam dziś, zapamiętam do końca życia. Kasia Nosowska potrafi stworzyć niesamowity klimat na swoich koncertach. Ale zacznę od początku. A na początku na scenę weszli muzycy i Kasia. Ona skromna, nieśmiała, w długiej białej koszlo-tunice. Wyglądała jak zjawa. Rozpoczęła swój koncert piosenkami z ostatniej solowej płyty „UniSexBlues”, co dla niektórych pewnie było zaskoczeniem. Mnie tym ujęła. Kilka piosenek z płyty „UniSexBlues” śpiewałam, a raczej nuciłam, razem z nią. Mam tą słabość, że nie ucząc się, znam słowa piosenek na pamięć. A później posypały się piosenki z doskonałej płyty „N/O”. Każda nastrojowa, na koncercie brzmiały nieco inaczej niż na płycie. Ale co nie znaczy gorzej. Wstępy muzyczne do kilku piosenek tworzyły mroczny nastrój. Kilka minut wstępu, czyli pokaz umiejętności muzyków, np. do piosenki „Na całych jeziorach ty” zaskoczyło mnie potężnie. Aura jak z nocnego wypadu nad tajemnicze jezioro, słychać niby kumkanie żab, niby szum wiatru, lub wody. Jak zamknęłam na chwilę oczy poczułam się, jakbym autentycznie znalazła się sama w nocy nad brzegiem jeziora. Inne piosenki z płyty „N/O” zabrzmiały równie doskonale i nie ukrywam, że słuchałam, jak zaczarowana. Prawie dwugodzinny koncert zakończył się oczywiście bisem. Tu pojawiła się piosenka zupełnie nowa, nie umieszczona na płycie. Z teksu podejrzewam, że autorstwa A. Osieckiej, choć nie dam sobie głowy uciąć, bo piosenki nie znałam wcześniej. No i kompletnym zaskoczeniem było wykonanie piosenki „Jeśli wiesz co chcę powiedzieć”. Psychodeliczny nastrój, nowa aranżacja i niezmiennie wspaniały głos Kasi.
Ten koncert musiał się udać. Bo to, co zaprezentował zespół i sama Nosowska, to pierwsza liga polskiej muzyki. Doskonały, to mało powiedziane. Brakuje mi słów, by opisać swoje zadowolenie. I nic to, że stałam dwie godziny, a w pewnym momencie zrobiło mi się słabo i poczułam mokre czoło. Nic to, że mój kręgosłup niepokojąco mnie bolał. Dla Kasi Nosowskiej jestem w stanie przetrwać największe boje.
Koncert był i szkoda, że już się skończył. Pozostają wrażenia. I moja nieco dziecinna mania uwielbienia tej artystki.






wtorek, 10 marca 2009

"Małż" - Marta Dzido



Nie można się zachwycać książką Marty Dzido. Bo „Małż” to taka sobie lektura. Ale muszę przyznać, że czytało się bardzo przyjemnie i uśmiech często pojawiał się na mojej twarzy.
Ta niewielka rozmiarowo książka wpisuje się, według mnie, w pewien trend panujący w młodej polskiej literaturze. Trend ogólnego wyluzowania językowego, a także krytycznego spojrzenia na szarą rzeczywistość, pozbawiającą młodych, wrażliwych i ambitnych ludzi szans na życie szczęśliwe.
W podobnym tonie pisze D. Masłowska, S. Shuty, J. Żulczyk i wielu innych.

Akurat w „Małżu” mamy do czynienia z poszukującą pracy młodą kobietą, mieszkanką stolicy. Właśnie straciła pracę w agencji reklamowej i spędza czas w domu wertując gazety w poszukiwaniu ogłoszeń o pracę, wysyłając dziesiątki cv, odbywając takie same ilości rozmów telefonicznych, by oczywiście usłyszeć: „skontaktujemy się z panią”. Ona pracę straciła, a jej niedoszły, jak się później okaże, mąż pracuje coraz więcej i więcej. I, jak to w takich przypadkach jest regułą, dochodzi do konfliktu, że tak powiem, interesów obojga z nich. Ona rozgoryczona na chłopaka, na fakt, że do żadnej pracy się nie nadaje, na zblazowaną rzeczywistość, w której reklama i komercja wkrada się, a może nawet uzurpuje sobie prawa, do zawładnięcia życiem każdego człowieka. Dziewczyna nieszczęśliwa, nie pasująca do goniącego za pieniądzem świat, nie pragnąca kariery w wielkiej korporacji, mająca nieco szalone pomysły, zbyt wrażliwa na zimną i nieczułą rzeczywistość. Ale też nie mająca żadnego pomysłu na siebie. Ot, takie duże dziecko, niezadowolone, że zostało samo w piaskownicy, a inne dzieci wzięły swoje zabawki i poszły na inny plac zabaw. Kobiet znajdujących się w podobnej sytuacji można znaleźć na pęczki. Zagubionych, rozgoryczonych i nieszczęśliwych. Ale przecież siedzenie z założonymi rękami nie może przynieść oczekiwanych rezultatów. Nic z nieba samo nie spadnie. No i nie można wierzyć reklamom telewizyjnym i bzdurnym poradnikom życiowym.

Czy „Małż” jest dobry? I tak i nie.

Zacznę od „nie”. Nie wniosła ta książka we mnie nic nowego. Nie spowodowała żadnej głębszej refleksji. Temat mało ciekawy i zbyt często eksploatowany. Pewnie tak szybko, jak przeczytałam, równie szybko zapomnę.

A co jest na „tak”? Pomimo, że zabawa z językiem też nie jest żadną nowością, są fragmenty, które mnie osobiście się podobały. Może to nie jest błyskotliwość, tylko sprawny warsztat i umiejętność wykorzystywania pewnych schematów myślowych. Może zbyt częste korzystanie z języka reklamy męczy. Ale, jakby nie było, odzwierciedla poziom inteligencji naszego społeczeństwa, jego potrzeby i, co tu dużo mówić, stawia nas w krzywym zwierciadle.

„Kto ty jesteś? Polak mały.
Uśmiechaj się. Pasta kolgejt, guma łinterfresz i uśmiechaj się.
Jaki znak twój? Orzeł biały.
Na śniadanie lekki puszysty serek almette, z akcentem na ostatnia sylabę, neskafe klasik i do przodu. I uśmiechaj się.
Gdzie ty mieszkasz? Między swemi. Makdonalds ajm lowin it, frytki z keczupem i szejk czekoladowy. I uśmiech szeroki i do pasa.
W jakim kraju? W polskiej ziemi. Nokia konekting pipl.
Koka-kola, sony, durex. Trzy marki, jakie ceni sobie młodzież.
Czym twa ziemia? Mą ojczyzną.
Tik-tak tylko dwie kalorie i czajna tałn z kotkami, z pieskami, z gołąbkami i uśmiechaj się.
Czym zdobyta? Krwią i blizną. Krew, sperma, strzykawka. A od pocałunku nie. Ani od komara też nie. A od śliny? A od łez?
Czy ją kochasz? Kocham szczerze. A przez seks oralny z kobietą? A przez tatuaże? A u dentysty? A przez pobieranie krwi?
A w co wierzysz? W emtivi.
Nie uśmiecham się i nie będę ...”

A przecież w tym zdominowanym przez pieniądz, komercję i reklamę społeczeństwie są też ludzie odstający od tego poziomu. Dostrzegający absurdalność mechanizmów rządzących światem. Ja do tych ludzi należę. Nie oglądam reklam, nie chcę wyglądać jak modelki, nie chcę schudnąć do wymiarów kościotrupa, nie jestem więźniem salonów piękności, nie chcę pracować 15 godzin na dobę, nie mieć wolnych weekendów, ani czasu dla kochającego mnie męża. Nie godzę się na taki świat. I w tej kwestii jestem podobna do Magdy, bohaterki „Małża”.
Chcę, tak jak ona, na pytanie „co robisz w życiu?” odpowiadać: dostosowuję się do zbiegów okoliczności, realizuję swoje marzenia, siedzę w pozycji spętanego kota”.
Dobrze też czuję te słowa:
„Mój głos czasami bywa obcy, ludzie różnie reagują na samotność...”

Podsumowując powiem, że „Małż” mi się podobał. Przeczytałam podobno wersję z optymistycznym zakończeniem, bo na rynku funkcjonują dwie wersje książki, różniące się kolorystyką okładki. Ciekawa jestem wersji z zakończeniem pesymistycznym.

piątek, 6 marca 2009

wygrana do □

Dawno się niczym nie chwaliłam. Bo też dawno nic nie wygrałam. A tu proszę. Jeden tydzień, dwie wygrane. Tym razem poszczęściło mi się nie tylko w konkursie „Dziennika”, ale również w konkursie organizowanym przez portal Kulturaonline.pl. Więc szczęście chodzi parami.


wtorek, 3 marca 2009

"Koniec świata i hard-boiled wonderland" - Haruki Murakami


Dwa światy, w których żyje jeden człowiek. Niby to rzecz niemożliwa. A jednak. I to wcale nie dlatego, że mamy do czynienia ze schizofrenią. Mamy do czynienia z niezwykłym światem stworzonym przez genialny umysł pewnego pisarza. To Haruki Murakami, japoński pisarz, który mnie ciągle zaskakuje. A „Koniec świata i Hard-boiled Wonderland” mnie niesamowicie zaskoczył. Choć nie jestem pewna, czy właśnie ta książka jest tak wyjątkowa, jak choćby „Kafka nad morzem”, przez którą wpadłam w świat Murakamiego bezgranicznie i bezdyskusyjnie.
Dwa światy, jeden człowiek.

Kraina zwana Końcem Świata, gdzie panuje ewidentny spokój, nie ma miejsca na emocje i wzruszenia. Nie odczuwa się bólu, pustki i ciężaru życia, bo tam mieszkańcy nie mają serca. Ale wcale nie są przez to smutni i bezduszni. Wszechogarniający ten świat spokój czyni z niego miejsce mające swój urok. Tajemnicze i zarazem przewidywalne. Nieskończone w trwaniu, a jednak ograniczone przez Mur, przez zasady, przez specyficzny klimat przypominający krainę zmarłych. W Mieście Końca Świata wszystko ma swoją przyczynę i skutek, choć pewne czynności wydają się być pozbawione sensu. W Mieście się żyje i już. A potem umiera i już. Bez balastu, jakim jest serce. Nie ma niebezpieczeństwa, nie ma strachu, nie ma marzeń. Jest życie, choć bez życia. Czy chciałabym się znaleźć w takim miejscu? Pewnie tak, choć nie na zawsze. Ale z tego świata nie ma wyjścia. Wciąga; choć taka egzystencja nam, ludziom kierującym się w życiu emocjami, może wydać się mało ciekawa i pusta, ma ona swoje zalety.

Hard-boiled Wonderland to życie takie, jakie znamy. Choć i tu Murakami wprowadza swoje fantazje. Zostajemy zamknięci z głównym bohaterem w dźwiękoszczelnej windzie, która w co poniektórych wywołałaby klaustrofobiczne zachowania; jesteśmy świadkiem splądrowania mieszkania przez tajemniczych osobników; spędzamy z bohaterem zwykły dzień na lenistwie, piciu piwa i słuchaniu muzyki, ale i wędrujemy z głównym bohaterem przez świat podziemi, w którym czają się Czarnomroki i oczekujemy na mający nastąpić koniec własnego życia. To świat, w którym życie człowieka jest podporządkowane i uwarunkowane przez ciągłą pogoń za pieniądzem, a ogarnięci żądzą władzy wybrańcy posuną się do wszelkich sztuczek, by rządzić światem. To świat, w którym jest miejsce na samotność, pomimo mieszkania w apartamentowcu. To świat doświadczania i zmagania się z bólem i tym fizycznym i tym duchowym. W tym świecie ludzie wrażliwi nie mają szans na spokojne życie. W tym świecie serce dyktuje nam następne kroki.

Jeden człowiek łączący oba światy to trzydziestopięcioletni mężczyzna, mający za sobą małżeństwo zakończone rozwodem. To mężczyzna posiadający marzenia i planujący realizowanie swoich pasji na emeryturze. Mężczyzna o zdolnościach i umyśle, które są cenne dla Systemu i Fabryki. To mężczyzna, o którego toczy się walka.

I nie byłaby to proza Murakamiego, gdyby nie pojawiły się elementy fantastyki, świata pełnego nierealnych przygód i tajemniczych postaci. Mężczyzna będący łącznikiem obu światów, to aktor w swoim i nie swoim życiu. Bo oprócz świata realnego, żyje w świecie, który został mu zakodowany w mózgu. Ten zabieg jest charakterystyczny dla prozy Murakamiego.
Zastanawiam się skąd Haruki Murakami czerpie pomysły na książki. Tylko genialny umysł potrafi tworzyć takie wizje i takie światy. Jego proza to nie zwykła fantastyka ze stworami z kosmosu. To fantastyka, której korzenie są osadzone głęboko w duszy człowieka. Z tej duszy Murakami wyciąga nasze lęki, pragnienia i pytania o sens życia, wplatając to wszystko w przeciwnej urody historie.

Murakami zaskakuje znowu znajomością wielkich dzieł literatury rosyjskiej (Dostojewski, Turgieniew), naszego rodzimego „Popiołu i diamentu” i „Zoologii fantastycznej” Jorge Luisa Borgesa, muzyki klasycznej, ale i muzyki popularnej w ostatnich dziesięcioleciach XX wieku. Ja osobiście wędrówkę przez krainę podziemi porównałabym do wędrówki Dantego Alighieri przez zaświaty, bo i wiek obu wędrujących się zgadza: 35 lat. Choć może oba utwory są odmienne w treści i przesłaniu.

Czy poleciłabym tą powieść? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Czuję, że dla czytelników już zaprzyjaźnionych z Murakamim będzie ona smacznym kąskiem, choć może nieco dziwnym. Dla osób rozpoczynających swoją znajomość z tym autorem może się ta książka wydać snem wariata.

Mamy tu czaszki jednorożców, będące „schronieniem” dla serc. Uczymy się odczytywania Starych Snów. Dowiadujemy się, że możemy zostać odłączeni od własnego cienia, który będzie żył swoim życiem. Poznajemy możliwość redukowania dźwięków. Tak, świat bez dźwięków, totalna cisza, też ma swoje uroki. Wędrujemy w całkowitej ciemności przez Podziemie. A na koniec obserwujemy akceptację losu i tego, co ma nastąpić. I jeszcze mnóstwo innych i nietuzinkowych pomysłów literackich. Zadajemy jednak pytania dlaczego, po co?

Dlaczego Murakami wierci dziurę w moim sercu?

Po co mnie wciąga w swój świat?
................................................
„Na dnie świadomości każdego człowieka znajduje się coś w rodzaju jądra, o którego istnieniu nie mamy pojęcia. W moim przypadku to jądro ma postać miasta. Otoczone jest murem z cegły, a środkiem płynie rzeka. Ludziom, którzy tam mieszkają, nie wolno wychodzić z miasta. Na zewnątrz mogą wychodzić tylko jednorożce. Zwierzęta te, jak gąbki pochłaniają osobowość ludzi i wynoszą ją poza mury miasta. Dlatego nikt w tym mieście nie posiada osobowości. Ja też mieszkam w tym mieście. Nie widziałem tego na własne oczy, więc to wszystko, co mogę ci powiedzieć.”

poniedziałek, 2 marca 2009

oczekiwanie na...



Zbieram się do napisania o następnej książce H. Murakamiego „Koniec świata i hard-boiled wonderland”, którą właśnie przeczytałam. Jak na razie mam mętlik w głowie. Myślę i kombinuję. Na pewno napiszę.


A przede wszystkim chcę się pochwalić pewnym biletem. Już niedługo, za 10 dni pójdę na koncert. Wiem i czuję, że to będzie cudowny koncert. Emocje i wrażenie będą z całą pewnością wielkie. Bo przecież ta muzyka, ta artystka i te teksty, to gwarancja niezapomnianych przeżyć. Cieszę się na ten wieczór, jak małe dziecko.