Kiedy czytam książkę chcę rozumieć, co czytam, chcę wiedzieć,

do czego prowadzi mnie autor, do jakich odkryć, do jakich prawd. Kiedy czytam książkę chcę oderwać się od rzeczywistości i zatopić się w opowiadanej mi historii. Jeśli nawet temat jest mało oryginalny, ale sposób narracji ciekawy, czytam i dążę do poznania całości. Ale jeśli mowa i styl pisarza, narracja i nadmierna maniera elokwencji sprawiają mi dość trudów, by chcieć czytać dalej, zastanawiam się, jaki ma to sens. Odkładam taką książkę. Nie chcę się trudzić. Dlatego właśnie podziękowałam
Jackowi Dehnelowi, przeczytawszy 157 stron z czterystustronicowej „
Lali”.
Sam Dehnel mnie do tego skłonił, podając mi na tacy odpowiednie słowa:
„W Oliwie wszystko więc było trochę inne, z Edypem, Brugią i rosyjskimi baletami w tle. Porozumiewaliśmy się językiem oderwanym od rzeczywistości ulicy Kwietnej, ulicy Liczmańskiego, ulicy Podhalańskiej, i dalej oderwanym od rzeczywistości Gdańska, Pomorza, Polski i większości zachodniego i wschodniego świata: aluzjami do rodzinnych opowieści, wspólnie czytanych książek, wewnątrzklanowymi powiedzonkami. Komuś z zewnątrz nieraz trudno było nas zrozumieć; ale czy nie o to po trosze chodziło?”
Nie, Panie Dehnel. Nie o to chodziło. Chodziło o to, by historię swojej rodziny opowiedzieć w taki sposób, aby był ona czytelna i zrozumiała dla przeciętnego czytelnika. Dla mnie cała ta otoczka nadzwyczajności rodziny, niezliczone historyjki, anegdotki i opowiastki o fragmentach życia dziadków, pradziadków, wujków, ciotek, stryjków, sąsiadów i całej reszty krewnych i znajomych królika, jest nudnawa, pozbawiona smaczku i za bardzo zmanierowana. Tworzenie aury nadzwyczajności i nieprzeciętności swojej rodziny uważam za przechwalanie się i brak taktu.
Nie odbieram Dehnelowi warsztatu literackiego, bo potrafi on pisać polszczyzną barwną, korzysta z dobrodziejstw środków stylistycznych bez większej trudności. Tworzy nastrój, stylem gawędziarskim przyciąga uwagę. Ale kwiecista mowa nie wystarczy, by zachwycać się „Lalą”.
Ja w pewnym momencie zaczęłam odczuwać nudę. Bo „Lala” nie ma fabuły wciągającej. Pisarz, będący zarazem narratorem i bohaterem książki opowiada poznane historie rodzinne, lub pozwala swojej babci, Lali, snuć wspomnienia. Rozumiem, że odkrywanie swoich korzeni ma wpływ na osobowość, kształtuje charakter, gust i smak. Nie przeczę, że spisując te wszystkie historie rodzinne Dehnel zrobił kawał dobrej roboty. Ale zrobił to dla siebie. Nie dla mnie, nie dla czytelnika. Bo jego rodzina ukształtowała jego osobowość, nie moją.
Owszem udało się Dehnelowi pokazać dawną Polską, tą sprzed wojny jednej i drugiej. Sportretował on życie w małych dworkach, w majątkach ziemskich, ale nie tylko, bo przecież i w wielkich miastach. Ale mnie tym nie oczarował. Bo zaczęłam się gubić, gdzie jestem. Zbyt dużo postaci, zbyt dużo miejsc, zbyt dużo historii. Może i miejscami historyjki są zabawne, ale i miejscami niesmaczne. Bo po co nam wiedzieć, że w Lisowie był koń Kubuś, który „nawet kupy robił koliście, czy raczej spiralnie, zaczynał gdzieś pośrodku trawnika, a potem jedna przy drugiej, stopniowo zataczając coraz szersze kręgi...”? Natomiast historyjka o piorunie kolistym jest mało realna, Dehnelowi puściły wodze fantazji.
Może powinnam czytać dalej, by znaleźć tą wspomnianą z tyłu na okładce „miłość w rozmaitych odmianach”. Ale nie będę czytać dalej. Bo podejrzewam, że maniera dystyngowania i mania wielkości, które mnie rażą, z każdą dalszą stroną utwierdzałyby mnie w przekonaniu, że w tej książce nie ma dla mnie nic ciekawego. Nie wnosi ona w moją wrażliwość żadnych nowych doznań. Mimo, że zamiar autora wydaje mi się bardzo trafny. Bo czyż nie dzięki własnym przodkom jesteśmy tacy, jacy jesteśmy? Sama nie raz zastanawiałam się na własnymi korzeniami, może nie poznałam tak wnikliwie, jak Dehnel, historii swojej rodziny, ale wiem, że dzięki rodzicom, dziadkom i pradziadkom, których nie znałam, jestem taka, a nie inna.
Aż się boję, co to będzie, bo czytam wokoło same zachwyty nad „Lalą”. Ale do jasnej..., dlaczego mam nie napisać, że mnie ta książka najzwyczajniej nie wzrusza, nie podnieca i nie zachwyca? Czyżbym nie dojrzała do dojrzałego Jacka Dehnela?
A tak na marginesie: O swojej rodzinie opowiada nam czasami La_Polaquita. I jej opowieści o swoich krewnych bardziej mnie wzruszają i skłaniają do refleksji. No!