
„Vicky Cristina Barcelona” – film Woodego Allena. Dosłownie w ogóle Woodego Allena w filmie nie ma. Ale historia trójkąta, czy też może raczej czworokąta miłosnego, to typowe fantazje dla mistrza Allena. Mimo, że on sam nie pojawia się w filmie, swój neurotyczny i momentami absurdalny charakter nadaje filmowym postaciom.
Vicky jest porządną i rozsądną młodą Amerykanką. Nie szuka przygód, nie marzy o szaleństwie. Ma poukładane życie i konkretne plany na przyszłość. Jest osobą trzymającą fason, boi się osób o rozchwianej emocjonalnie naturze. W obliczu nieprzewidzianego zauroczenia malarzem Juanem Antonio jej życiowe kredo legnie w gruzach. Boi się tej fascynacji, ale nie jest w stanie przestać o nim myśleć.
Cristina to przeciwieństwo Vicky. Szalona, odważna, poszukująca nowych wyzwań i doznań. Pewna siebie i swoich uroków kokietka, korzystająca z uroków życia. Nie boi się związku z Juanem Antonio. Do czasu ...
Maria Elena, była żona Juana Antonio Gonzalo. Zwariowana, choleryczna, artystka z zacięciem destrukcyjnym. Nieposkromiona złośnica, nie potrafi żyć bez byłego męża. Odnosi się wrażenie, że ciągłe konflikty między byłymi małżonkami są tylko wstępem do prawdziwej miłości. Miłości szaleńczej, gwałtownej, pełnej wzlotów i upadków, awanturniczej i niebanalnej. O spokoju w ich towarzystwie nie ma mowy.
Juan Antonio Gonzalo to kataloński malarz o charakterze donżuana. Umiejętnie wykorzystuje swój czar osobisty do zdobywania kobiet. Kocha kobiety i nie umie bez nich żyć. Ale najbardziej nie umie żyć i tworzyć bez swojej byłej żony.
I wydawałoby się, że ta historia 3 kobiet i 1 mężczyzny, między którymi dochodzi do miłosnych przygód, nie może być dobrym filmem, bo temat niby banalny. Ale ponieważ w taki układ, w tą historię, reżyser filmu włożył swój specyficzny humor, dzięki temu film zyskał na uroku.
Na uwagę zasługuje wspaniała gra Penelope Cruz. Gdyby nie ona, film straciłby mnóstwo. Sceny, w których się pojawia są magnetyzujące. I to ona wypełnia w filmie tą lukę, którą w innych filmach wypełnia sam Woody Allen. A to bardzo ważna luka. Mam wrażenie, że Penelope Cruz akurat w tym filmie, to żeński odpowiednik niespokojnego i przewrażliwionego Woodego Allena.
W filmie wyczuwalne jest olbrzymie napięcie erotyczne. Niemalże w każdej scenie. Ale to przecież charakterystyczne dla Allena mającego fioła na punkcie pięknych kobiet.
Również zauważalna, a raczej uderzająca po uszach, jest ścieżka dźwiękowa. Przepięknie oddająca atmosferę Barcelony i naturę samych Hiszpanów.
Miłośnicy Barcelony mogą się również delektować widokami tego miasta.
Ostatnia scena filmu mnie powaliła. Zbolałe miny Vicky i Cristiny opuszczających Barcelonę, zasługują na gromkie brawa. Są niepocieszone i z wyrzutami sumienia, przeżyły w Barcelonie niesamowite lato i z całą pewnością nie zapomną tego do końca życia.
Powiem na koniec tak: gdyby to nie był film Woodego Allena i gdyby w nim nie wystąpili wspaniali aktorzy, nikt głośno o tym filmie nie mówiłby. Bo tak naprawdę nie jest to rewelacyjny ani genialny film. Ot, po prostu znakomita komedia z iście allenowskim humorem. Ale w tym humorze jest pies pogrzebany. I ja to kupuję.
Vicky jest porządną i rozsądną młodą Amerykanką. Nie szuka przygód, nie marzy o szaleństwie. Ma poukładane życie i konkretne plany na przyszłość. Jest osobą trzymającą fason, boi się osób o rozchwianej emocjonalnie naturze. W obliczu nieprzewidzianego zauroczenia malarzem Juanem Antonio jej życiowe kredo legnie w gruzach. Boi się tej fascynacji, ale nie jest w stanie przestać o nim myśleć.
Cristina to przeciwieństwo Vicky. Szalona, odważna, poszukująca nowych wyzwań i doznań. Pewna siebie i swoich uroków kokietka, korzystająca z uroków życia. Nie boi się związku z Juanem Antonio. Do czasu ...
Maria Elena, była żona Juana Antonio Gonzalo. Zwariowana, choleryczna, artystka z zacięciem destrukcyjnym. Nieposkromiona złośnica, nie potrafi żyć bez byłego męża. Odnosi się wrażenie, że ciągłe konflikty między byłymi małżonkami są tylko wstępem do prawdziwej miłości. Miłości szaleńczej, gwałtownej, pełnej wzlotów i upadków, awanturniczej i niebanalnej. O spokoju w ich towarzystwie nie ma mowy.
Juan Antonio Gonzalo to kataloński malarz o charakterze donżuana. Umiejętnie wykorzystuje swój czar osobisty do zdobywania kobiet. Kocha kobiety i nie umie bez nich żyć. Ale najbardziej nie umie żyć i tworzyć bez swojej byłej żony.
I wydawałoby się, że ta historia 3 kobiet i 1 mężczyzny, między którymi dochodzi do miłosnych przygód, nie może być dobrym filmem, bo temat niby banalny. Ale ponieważ w taki układ, w tą historię, reżyser filmu włożył swój specyficzny humor, dzięki temu film zyskał na uroku.
Na uwagę zasługuje wspaniała gra Penelope Cruz. Gdyby nie ona, film straciłby mnóstwo. Sceny, w których się pojawia są magnetyzujące. I to ona wypełnia w filmie tą lukę, którą w innych filmach wypełnia sam Woody Allen. A to bardzo ważna luka. Mam wrażenie, że Penelope Cruz akurat w tym filmie, to żeński odpowiednik niespokojnego i przewrażliwionego Woodego Allena.
W filmie wyczuwalne jest olbrzymie napięcie erotyczne. Niemalże w każdej scenie. Ale to przecież charakterystyczne dla Allena mającego fioła na punkcie pięknych kobiet.
Również zauważalna, a raczej uderzająca po uszach, jest ścieżka dźwiękowa. Przepięknie oddająca atmosferę Barcelony i naturę samych Hiszpanów.
Miłośnicy Barcelony mogą się również delektować widokami tego miasta.
Ostatnia scena filmu mnie powaliła. Zbolałe miny Vicky i Cristiny opuszczających Barcelonę, zasługują na gromkie brawa. Są niepocieszone i z wyrzutami sumienia, przeżyły w Barcelonie niesamowite lato i z całą pewnością nie zapomną tego do końca życia.
Powiem na koniec tak: gdyby to nie był film Woodego Allena i gdyby w nim nie wystąpili wspaniali aktorzy, nikt głośno o tym filmie nie mówiłby. Bo tak naprawdę nie jest to rewelacyjny ani genialny film. Ot, po prostu znakomita komedia z iście allenowskim humorem. Ale w tym humorze jest pies pogrzebany. I ja to kupuję.


