„Wojna polsko-ruska”.
Hit czy kit? Dla mnie absolutny hit. Pod względem warsztatowym, merytorycznym i kulturowym. Książkę czytałam kilka lat temu, dałam radę i nie żałuję, wspominam ją bardzo dobrze, choć zdaję sobie sprawę, że dla wielu może być nie do przełknięcia. Bo język Masłowskiej, to jakby wrzucić do maszynki do mielenia poprawną polszczyznę i długo mielić, aż z drugiej strony pokażą się wybełtane, klejące i niezbyt apetycznie wyglądające kluski, z których potem robi się ciężkostrawny kotlet. Ale w tym kotlecie oprócz flaków jest treść właściwa, która ma wartości odżywcze.
Hit czy kit? Dla mnie absolutny hit. Pod względem warsztatowym, merytorycznym i kulturowym. Książkę czytałam kilka lat temu, dałam radę i nie żałuję, wspominam ją bardzo dobrze, choć zdaję sobie sprawę, że dla wielu może być nie do przełknięcia. Bo język Masłowskiej, to jakby wrzucić do maszynki do mielenia poprawną polszczyznę i długo mielić, aż z drugiej strony pokażą się wybełtane, klejące i niezbyt apetycznie wyglądające kluski, z których potem robi się ciężkostrawny kotlet. Ale w tym kotlecie oprócz flaków jest treść właściwa, która ma wartości odżywcze. Wczoraj byłam w kinie na ekranizacji powieści Doroty Masłowskiej. Jestem wielce zadowolona, że są tacy ludzie, jak Xawery Żuławski, którym się chce robić kino niebanalne, odważne i czerpiące z niedocenianej, młodej polskiej literatury. Osobom, które nie przebrnęły przez prozę Doroty Masłowskiej, film pozwoli zrozumieć i poda na tacy fabułę wymyśloną przez pisarkę. Osobom, którym się wydaje, że pod tą fabułą nie kryje się nic wartościowego, żadne mądrości, ani żadne głębsze przemyślenia, powiem: mylicie się. Perypetie Silnego, którego zagrał Borys Szyc, są doskonałym obrazem upadku i degrengolady moralnej wielu młodych ludzi. A jego relacje z kobietami to nic innego, jak poszukiwanie prawdziwej miłości, tylko, że w wydaniu dresiarskim. Zresztą trzeba oddać honor Szycowi, bo zagrał rewelacyjnie. Jak do tej pory nie ceniłam go jako aktora, ale od wczorajszego wieczoru zmieniam zdanie. Szyc przeszedł sam siebie. Honor trzeba oddać wszystkim pozostałym aktorom. Mój mąż powiedział, że stworzyli obraz, którego sam Witkacy nie powstydziłby się. I choć proza Masłowskiej i filmowa koncepcja Żuławskiego odbiega od teorii czystej formy, Witkacy biłby brawo.
Kogo nie przeraża soczysty język i absolutnie obłędny wzrok Borysa Szyca, może wybrać się do kina. Ale kogo przeraża psychodeliczna formuła filmu i boi się, że będzie zgorszony, to lepiej niech zrezygnuje. Ten film, tak jak i książka, jest dla ludzi, którzy nie boją się fantasmagorycznych snów. I wiedzą, że pod pokrywką snu znajduje się prawda o nas samych.


