"Czytanie jest nałogiem, który może zastąpić wszystkie inne nałogi lub czasami zamiast nich intensywniej pomaga wszystkim żyć, jest wyuzdaniem, nieszczęsną manią."

"Malina" Ingeborg Bachmann

niedziela, 14 lutego 2010

"Groteska" - Natsuo Kirino



Jeśli Natsuo Kirino w każdej swojej powieści bada najmroczniejsze strony ludzkiej duszy i zastanawia się nad wpływem społeczeństwa na psychikę człowieka, to ja w ciemno biorę jej następną książkę, którą Wydawnictwo Sonia Draga wyda w maju tego roku. Na razie muszę poczekać i cieszyć się, że przeczytałam kolejną jej powieść – „Groteskę”.

630 – stronicowa powieść japońskiej pisarki strasznie mnie przygnębiła. Powód w zasadzie jest jeden: Natsuo Kirino wyciąga z samego dna ludzkiej duszy brudy i niegodziwości, które doprowadzają do upadku człowieczeństwo i tak już mocno zdeprawowane. Pisarka nie pozostawia nadziei, nie próbuje nawet stworzyć namiastki ułudy. Rozprawia się z groteskową rywalizacją między młodością a starością, między pięknem a brzydotą, między dobrem z złem. W „Grotesce” nie ma jasnych punktów, to mapa, na której zaznaczone są mroczne kanały ludzkich dróg.
„Groteska” to obraz upadku japońskiego społeczeństwa, w którym fascynacja pięknem i młodością pachnie absurdem. Z tym, że ten japoński absurd dzieje się naprawdę...
Natsuo Kirino ma wyjątkowy dar pisania o upadłych kobietach. Bo tak, jak w „Ostatecznym wyjściu”, w „Grotesce” również kobiety stanowią pierwszoplanową obsadę. Kobiety nieszczęśliwe, pogrążone we własnych ambicjach, kompleksach i uzależnione od zła. Choć mężczyźni są równie ważnymi postaciami i niejako są współwinni losu kobiet. A los ten jest okrutnie przygnębiający.
Rywalizacja społeczna, kult młodości, wyalienowanie i osamotnienie to piętno dzisiejszej Japonii, którą Natsuo Kirino ukazuje od najgorszej strony. Turysta przybywający do Tokio zobaczy egzotyczny świat pełen harmonii, czystości i piękna. Zobaczy młodych ludzi tłoczących się przy stacjach kolejki, których jednym zmartwieniem jest wygląd i potrzeba akceptacji rówieśników. Zobaczy tętniące życiem i rozrywką modne ulice. Nie zobaczy natomiast tego, o czym pisze Natsuo Kirino: ciemnych zaułków, w których nocą stoją podstarzałe prostytutki, zaśmieconych klatek schodowych i brudnych tanich hoteli na godziny. Nie zobaczy zmęczonych pięćdziesięcioletnich pracowników etatowych, którzy stracili wiarę w sens życia. Nie zobaczy zapracowanych samotnych kobiet łaknących przytulić się i być kochaną. Nie zobaczy moralnego upadku człowieka. W świecie zdominowanym przez wieczną rywalizację życie w dalszym planie to przekleństwo, życie w cieniu to wegetacja. O takim świecie nie wspominają przewodniki turystyczne.
Znowu w świecie Natsuo Kirino pojawiają się kobiety zdesperowane, poszukujące miłości, pragnące cieszyć się życiem. Jednakże los sprawia, że zamiast tego, stają się uosobieniem zła i upadku. A potwory śpiące w ich duszach budzą się i wyciągają macki, by móc nacieszyć się wolnością.
„Groteska” to opowieść o dwóch morderstwach dokonanych na prostytutkach, o których opowiada nam bezimienna narratorka, która jest jednocześnie starszą siostrą jednej z zamordowanych. Ale pierwszoplanową warstwą powieści nie jest sprawa rozwiązania zagadki kryminalnej, lecz wnikliwa psychologiczna analiza życia każdej z kobiet będących bohaterkami „Groteski”. Ich życie, wpływ społeczeństwa na postępowanie i przyczyny upadku każdej z nich, to osobliwe historie, które łączy jeden wspólny mianownik. Uroda Yuriko – młodszej siostry narratorki. Bo Yuriko wprowadziła zamieszanie w życiu osób, które pojawiły się na jej drodze. To przez nią doszło do straszliwych zbrodni na własnej duszy, do jakich dopuściła się Kazue, która z zemsty na samej sobie została prostytutką. To przez Yuriko jej siostra nigdy nie zaznała miłości i pozostała oschłą i wyrachowaną kobietą. To przez Yuriko runął w gruzach świat zasad, które wpajano szlachetnym uczennicom żeńskiego liceum Q. Ale i sama Yuriko stała się potworem i więźniem własnej urody. Współczucie budzi każda z kobiet „Groteski”, mogłabym nawet powiedzieć, że jest to współczucie połączone z pożałowaniem. Ale o ile współczuje się tym upadłym kobietom, o tyle współczucia nie budzą mężczyźni, którzy wyłącznie przez własne żądze stają się ofiarami namiętności. Przynajmniej mnie, kobiecie, łatwiej zrozumieć bohaterki „Groteski”, choć ich motywacja, którą kierują się w życiu, jest mi kompletnie obca. A mężczyźni w powieści Natsuo Kirino nie budzą żadnej litości. Odnoszę nawet wrażenie, że to mężczyzn pisarka oskarża o chory system, jaki przed wiekami stworzono w Japonii, a który do dziś panuje. To społeczeństwo klasowe, które co jakiś czas rodzi potwory, by ukazać groteskową naturę wszelakich podziałów i niszczącej wszystko rywalizacji.
W „Grotesce” może trochę męczyć sposób prowadzenia narracji, wprowadzenie formy dzienników bohaterów i przeplatanie tych różnych relacji, które tworzą pełen obraz opowiadanej historii. Chwilami odczuwałam przesyt i nad wyraz dopieszczanie wątków, które nie wnosiły niczego do treści właściwej. Przez to książkę czytałam dosyć długo. Ale i tak nie mogę odmówić jej urody – mrocznej urody, która mnie porywa, zachwyca i jednocześnie przeraża. Bo świat na granicy światła i cienia ma w sobie coś niepokojąco pięknego i ja właśnie tam szukam odpowiedzi na nurtujące mnie pytania.

sobota, 13 lutego 2010

dobra passa

Czy wypada mi się chwalić, że coś wygrałam? A co mi tam. Pochwalę się. Dawno nie miałam dobrej passy. U Krzysztofa wygrałam “Firmina” Sama Savage’a. Książka dotarła do mnie i już czeka na swoją kolej. Przyznam, że nazbierało mi się książek do czytania. A ostatnio utknęłam w pewnej „cegle”. Ale „Firmin” to nie jedyna wygrana. Dostałam e-maila z Wydawnictwa Znak, że wygrałam w comiesięcznym konkursie na recenzję. Znakowi spodobał się mój tekst o książce Kiran Desai „Brzemię rzeczy utraconych”. Oczekuję zatem na wygraną książkę, mają to być „Zeszyty don Rigoberta” Mario Vargasa Llosy. Szczęście mi sprzyja. Cieszę się bardzo. A biorąc pod uwagę fakt, że w marcu mam urodziny, liczę na to, że los będzie dla mnie szczodry i łaskawy jeszcze nie raz.

Zdradzę jeszcze, że oczekuję na dwie przesyłki. Obie z muzyką. Jedną płytę zamówiłam sama, a ponieważ czas realizacji zamówienia wynosi około 14 dni, więc cierpliwie czekam. A druga płyta to niespodziewany prezent z wytwórni pewnej znanej polskiej artystki. Mam nadzieję, że obie oczekiwane płyty będą piękne. Bo dobrej muzyki nigdy dość.

wtorek, 9 lutego 2010

Mono "Hymn To The Immortal Wind"

Nie napiszę, że ta muzyka mi się podoba. Napiszę, że słuchając tej muzyki przeżywam duchową ucztę. Rozpływam się w tych dźwiękach. Nie pamiętam, jak trafiłam na Mono. Pewnie buszując w sieci natrafiłam na ich muzykę. I przepadłam. Bez zastanowienia zamówiłam ostatnią płytę "Hymn To The Immortal Wind". I choć czytam różne recenzje, że ta płyta nie dorównuje brzmieniom poprzednich płyt Mono, to ja w tej muzyce dostrzegam piękno. Niech będzie, że te rozbudowane postrockowe instrumentalne kompozycje są nieco pretensjonalne. Niech będzie, że są przewidywalne i nieskomplikowane. Ale mają w sobie ładunek emocji, których brakuje w codzienności. Muzyka Mono przenosi do innego wymiaru. Każdy utwór to inna opowieść. Delikatne i spokojne dźwięki zmieniają się w pełne dramatyzmu i napięcia tony, w których słychać rosnący ból, strach i niepokój. Muzyka Mono hipnotyzuje, czaruje każdą następną nutą. Pozwala oderwać się od rzeczywistości i zatopić w bajkową muzyczną przestrzeń, jaka się przed nami otwiera.
Udało mi się również znaleźć poprzednie płyty tego japońskiego kwartetu, za co jestem wdzięczna pewnej osobie. I słucham tych wszystkich albumów, ale nie mam zamiaru oceniać, który jest najlepszy, bo każdy niesie ze sobą coś fantastycznego. Mono ma swój specyficzny i rozpoznawalny styl.
W muzyce Japończyków dostrzegam poezję i magię, którą dostrzegłam w prozie Harukiego Murakamiego. Podobne odczuwanie piękna i wrażliwość na detal, na najdrobniejszy element dzieła. Podobne spojrzenie na duszę człowieka, w której toczą ze sobą bój anioły z demonami. Podobne rozdarcie, podobny ból samotności i pragnienie miłości. Ta sama magia, ta sama tęsknota, ta sama wrażliwość. Myślę, że muzyka Mono idealnie oddaje atmosferę, jaka panuje w powieściach tego japońskiego pisarza.
Płyta Mono „Hymn To The Immortal Wind” jest nastrojowa i tak piękna, jak tylko piękne potrafią być najprostsze uczucia, których się często wstydzimy. Ta wzruszająca muzyka przyciąga od pierwszej do ostatniej nuty. I fascynuje prostotą dźwięków zaklętych w muzyczne opowieści.
Na długie zimowe wieczory muzyka Mono pasuje, jak ulał. Jest absolutnie wyciszająca, relaksująca i pozwalająca na zadumę.

czwartek, 28 stycznia 2010

„Mircea” - Maitreyi Devi


Jestem chyba romantyczką. Taką niepoprawną, sentymentalną, ckliwą i ciut naiwną. Pomimo, że nie oglądam romansideł, ani nie czytam żadnych romansów. Jestem babą upiornie łaknącą wzruszających doznań. Pomimo, że uważacie mnie za twardą sztukę. Wewnątrz mnie siedzi przestraszona istotka, pragnąca się tulić, być głaskaną i zapewnianą o miłości. I chyba właśnie ta istotka wybudza się z głębokiego snu, ponieważ daje co raz częściej o sobie znać. Ku mojej zgubie, ku mojemu zatraceniu. Bo przecież muszę twardo stąpać po ziemi, nie mogę rozmieniać się na drobne...

A to wyznanie, to efekt ostatniej lektury, przy której doznałam głębokiego wzruszenia.

Po przeczytaniu w grudniu zeszłego roku „Majtreji” Mircei Eliadego, postanowiłam dla porównania przeczytać książkę Maitreyi Devi pt. „Mircea”. I cieszę się, że udało mi się ją znaleźć w bibliotece, bo mam teraz pełen obraz młodzieńczej miłości, jaka na zawsze wyryła swój ślad w duszy tych dwojga. Nie mam żadnych wątpliwości, że uczucie, które połączyło Maitreyi oraz Mirceę, to była prawdziwa miłość. Taka, na którą wielu czeka całe życie, o której niejeden marzy, przez którą niejeden ginie. Choć Maitreyi Devi przez długi czas nie przyznawała się sama przed sobą, tłumaczyła na różne sposoby swoje młodzieńcze uczucie.
Ale po kolei.

„Mircea” Maitreyi Devi to odpowiedź na książkę Eliadego. Indyjska pisarka w czterdzieści lat po powstaniu „Majtreji”, targana wspomnieniami, pragnieniami i oburzona na Eliadego napisała własną wersję zdarzeń, które połączyły tych dwoje na zawsze. Napisała książkę, jakby dla samej siebie, by się rozgrzeszyć, przyznać do porażki. Choć pierwotnie zamierzała wyrzucić z siebie gniew, ukazać swoją prawdę. Pisząc wspomnienia doświadczyła czegoś, co śmiało można nazwać duchowym katharsis.

W odróżnieniu od książki Mircei Eliadego, książka Maitreyi Devi ukazuje ich związek w bardziej ludzkim i pozbawionym mistycznych kolorytów kształcie. Nie skupia się jedynie na krótkiej przygodzie miłosnej, ale w szerokim zakresie ukazuje życie ówczesnej Kalkuty. Mamy w powieści opisy zwyczajów, tradycji, przesądów, wierzeń religijnych Hindusów. Mamy opisy domu Hindusów i panujący w nim patriarchat.

Mamy jednak, przede wszystkim, wspaniałe wyznanie miłości i wiary w nieskończoność czasu i nieśmiertelność duszy. Fragmenty, w których pisarka bada nieskończoną otchłań i przenikanie się czasu przeszłego z teraźniejszym, pozwalają zrozumieć wiarę w nieśmiertelność duszy.

„W wieczór mojego życia zabłysnęło poranne światło. Ranek i wieczór zlały się w jedno. Czas jakby zastygł na zawsze.”

Czy możliwe jest, by dojrzały człowiek tak bardzo uległ wspomnieniom, by zatracić się w poczuciu rzeczywistości? Czy możliwe jest, by przeszłość wkroczyła do rzeczywistości i domagała się zakończenia niezakończonych rozdziałów życia? Maitreyi Devi udowadnia, że jest to możliwe. Przecież czas jest także jednym z podstawowych pojęć filozoficznych. I od wieków jego istota nie dawała filozofom spokoju.

A dlaczego ja się tak rozckliwiłam? Wzruszyłam się bardzo czytając wyznanie Maitreyi Devi. Ostatnia scena książki i ostatnie zdania, jakie w niej padają, stanowią przepiękną puentę. Dają wiarę w nieśmiertelność duszy.

Nie napiszę, że bardziej podobała mi się książka Maitreyi Devi. Zarówno jej wspomnienia, jak i to, co napisał Mircea Eiade w „Majtreji” jest warte poznania i przemyślenia. Bo tak naprawdę obie lektury pozwalają poznać prawdę.

poniedziałek, 25 stycznia 2010

zima, zima, zima...

Czy tylko ja kocham zimę? Czy tylko mnie takie widoki zachwycają? Poprosiłam męża, by w niedzielę pojechać do lasu. Mąż wedle zasady: pan prosi sługa musi, zabrał mnie do pobliskiego lasu. A słońce pięknie świeciło. I mróz jak cholera! Ale mi nie straszny mróz! Ciężko się oddycha, ale to nic, że mróz w nosie szczypie. Zima w lesie tworzy przepiękne widoki. Pokaże Wam kilka fotek. Czyż nie pięknie?