Od trzech dni mam katar, jak stąd do wieczności. Nie jestem w stanie stwierdzić ilości zużytych chusteczek higienicznych. Przeziębiłam się i mam powód do narzekania. Gripex HotActiv chyba pomaga, bo gałki oczne już nie parzą, mięśnie nie bolą, ale ten cholerny katar... Siedzę w domu i czytam.

Właśnie przeczytałam „Cenę wody w Finistere” szwedzkiej pisarki Bodil Malmsten.
Nie będę owijać w bawełnę. Kompletnie nie czuję tej książki. Zupełnie nie umiem docenić jej uroku. Nie potrafię się zachwycać jej dobrodusznością, ciepłem i pozytywnym ładunkiem, jaki rzekomo niesie ze sobą. Wymęczyłam ją tylko po to, by mi ktoś nie zarzucił, że nie powinnam mówić o rzeczy, której nie znam. Więc teraz mam prawo napisać, że „Cena wody w Finistere” Bodil Malmsten, to strasznie nudna książka.
Autorka spisała wrażenia z przeprowadzki do innego kraju, a właściwie swoje zmagania z problemami ogrodnika i niemocą pisarską. Opisywanie kolejnych cebulek kwiatów: tulipanów, piwonii czy róży nadaje się do poradnika dla początkującego działkowicza. Zachwycanie się zakładaniem i pielęgnacją ogródka, to już wyższy stopień wtajemniczenia. Jednakże nie dla mnie. Wśród tych urokliwych opisów sadzonych roślinek znajdują się perełki, np.: opis śmierdzącego szamba. Kwiatki – szambo, no piękny zestaw! Zniesmaczyłam się. A najweselsze jest to, że pisarka wyjaśnia czytelnikowi, że do smrodu postanowiła się przyzwyczaić. W myśl zasady: czego nie możesz zmienić, zaakceptuj. No proszę bardzo! Jest się czym zachwycać. A może zachwycać się mamy plagą mszyc, która zaatakowała roślinki pani Malmsten? Albo jej walką ze ślimakami?
Ja nie lubię „idiotycznie upraszczać skomplikowanych zależności”, ale odnoszę wrażenie, że pisarka właśnie wpadła w tą pułapkę. „Idiotyczne upraszczanie skomplikowanych zależności” wyszło jej rewelacyjnie. Bo „Cena wody w Finistere” „idiotycznie upraszcza skomplikowane zależności” życia, natury człowieka i w ogóle relacji z otoczeniem. A końcowe fragmenty „Ceny...” dotyczące przymusu napisania książki o roku spędzonym w Finistere, są kiepską próbą autoprezentacji.
Język Bodil Malmsten jest prosty i pozbawiony poetyckości. Humor jej powieści nie powala swym ciężarem, choć czasem można się pośmiać. Jak na książkę z niższej półki, jest to książka autentycznie niskich lotów. A przecież czasem można i tam znaleźć perełki. Jako czytadło jest to dobra książka, bo czyta się lekko, szybko i bez zadumy. Ale ja takim czytadłom mówię nie.
Zastanawia mnie fenomen książek pisanych przez ludzi, którzy postanawiają porzucić dotychczasowe życie i przenieść się do innego kraju, by zmienić całkowicie swoje otoczenie, by zająć się uprawą ziemi, tworzeniem ogródków lub też produkcją wina. Pełno jest takich książek o słonecznych prowincjach, które stają się domem dla obcokrajowców. Jakoś po lekturze tej jednej absolutnie nie ciągnie mnie do innych tego typu. Nie mam natury ogrodnika, więc czytanie przez kolejne kilkadziesiąt stron, w jakim tempie rośnie kwiatuszek mnie nie interesuje. Zmagania z życiem na obczyźnie są ciekawe, owszem. Ale wtedy, kiedy dotykają ważnych problemów, kiedy mówią o człowieku. A w urządzaniu ogródka, lub zakładaniu winnicy nie widzę żadnych głębszych treści. Odnoszę nawet wrażenie, że takie książki mogą narobić wiele szkody. Dają bowiem człowiekowi złudne poczucie sielskości życia na prowincji, w zgodzie z porami roku i tym co ziemia urodzi. Ale przecież takie życie wcale nie jest proste, piękne i kolorowe, ani tym bardziej bajkowe. To, co najciekawsze, zostaje czytelnikowi odebrane. Zamiast prawdziwego życia dostajemy bajeczkę o tym, jak to cudownie mieszka się pod słońcem Toskanii, Prowansji lub innej południowej, śródziemnomorskiej krainy. I aż chce się tam pojechać, aż chce się zmienić własne życie. No niech ktoś spróbuje, wtedy przekona się ile trudności, ile kłopotów, ile walki z biurokracją...
Nie dostrzegam walorów artystycznych „Ceny wody w Finistere”. Uważam, że czegoś w tej książce brakuje. Może autentyczności. Może prawdy o trudnościach w realizowaniu decyzji o przeprowadzce i zmianie życia. Może zamiast tego lukru przydałaby się łyżka dziegciu.
Pewnie naraziłam się swoją goryczą wielu osobom. Ale czasami gorycz jest potrzebna.

