"Czytanie jest nałogiem, który może zastąpić wszystkie inne nałogi lub czasami zamiast nich intensywniej pomaga wszystkim żyć, jest wyuzdaniem, nieszczęsną manią."

"Malina" Ingeborg Bachmann

piątek, 16 kwietnia 2010

proszę Państwa oto kubek

Bazyl miał rację! Dziś otrzymałam super-ekstra kubek z logo Dyskusyjnego Klubu Książki. Dziękuję Instytutowi Książki. Kubek jest boski. Duży. Czarny. Z wygodnym uchem. I fajnym hasłem. Na chwilę obecną wszystkie moje ulubione kubki idą w odstawkę.













Pragnę również podziękować za kartki, jakie ostatnio dostałam. Emilia z podróży po Indiach przysłała mi kartkę z widokiem na Taj Mahal - świątynię miłości, jednen z siedmiu nowych cudów świata. A Chihiro, która odwiedzała ostatnio Barcelonę, przysłała mi kartkę z widokiem na jedną ze starych uliczek żydowskiej dzielnicy miasta Girona. Dziękuję Wam. To bardzo miłe, że o mnie pamiętałyście.




wtorek, 13 kwietnia 2010

zaskoczenie

Dziś otrzymałam od Bazyla e-maila z zaskakującą wiadomością. Napisał jedno zdanie: „Nie wiem czy już widziałaś, ale jeśli nie to śpieszę donieść”. Dołączył link, który natychmiast otworzyłam. I cóż tam zobaczyłam? Wejdźcie i sami przeczytajcie.

Dzięki Bazyl za tą wiadomość!

Dawno zapomniałam, że zamieściłam tam swój komentarz do recenzji książki P. Pollaka "Niepełni". No i proszę. Taka niespodzianka. Recenzja nadal jest. Szkoda, że niestety mój komentarz zniknął gdzieś w przestworzach internetowych z powodu awarii. Ale miło, że Instytut Książki mnie wyróżnił. Ujawniłam się, wysłałam e-maila, teraz czekam na odzew.

sobota, 10 kwietnia 2010

"10.04.2010"



STANISŁAW BALIŃSKI

"Wyznanie"

Królestwo moje nie jest z tego świata
Gdzieś ponad nami, inny świat szeleści
I strąca czasem jak zapowiedź lata,
Liście oliwne na wydmy boleści.

Ludzie chwytają rękami drżącemi
Liliowe płatki i szepcą pacierze,
I wierzą znowu w spełnienie na ziemi,
Królestwa swego. I ja z nimi wierzę.

Wierzę w świat lepszy i wierzę w świat nowy,
I w burzę serca, co wolnością dyszy,
I w świt, co znajdzie sekret wspólnej mowy,
I w noc, co straci sekret wiecznej ciszy.

Wierzę, że przyjdzie, wierzę, że jest blisko
I razem z tymi, których ufność splata,
Powtarzam: wierzę... A pomimo wszystko
Królestwo moje nie jest z tego świata.

wtorek, 6 kwietnia 2010

„Samotność liczb pierwszych" - Paolo Giordano


Uprzedzam, to będzie bardzo osobisty post. O książce, którą właśnie przeczytałam. Ale nie tylko.

Nie potrafię stwierdzić, ile razy zastanawiałam się czy życiem rządzi przypadek czy przeznaczenie. W każdym przypadkowym zdarzeniu doszukuję się przeznaczenia. Jak również w czynnościach z góry zaplanowanych, wiadomych i oczekiwanych próbuję złapać odrobinę magii zwanej przeznaczeniem. Moje wątpliwości wciąż się pogłębiają i nie potrafię ułożyć odpowiedniego równania, które tłumaczyłoby zasady panujące w życiu i moje do tegoż życia nastawienie. Niby proste równanie A+B=C. Tylko, że ja nie wiem, którym elementem jestem.

Matematyka zawsze stanowiła dla mnie problem nie do przeskoczenia. Gubię się w logice i systematyce. Prawa królowej nauk są dla mnie abstrakcyjne. Mój umysł nie toleruje jakichkolwiek równań matematycznych, liczby budzą moje przerażenie a próba nakłonienia mnie do wykonania prostych działań wywołuje we mnie panikę. Jeśli powiem, że na szczęście w życiu matematyka nie jest mi do niczego potrzebna, pojawią się głosy wyjaśniające mi, że się mylę. Jeśli nawet matematyka rządzi moim życiem, to ja tego absolutnie nie dostrzegam. Nie potrafię dostrzec. A chyba także nie chcę dostrzec. Chaos i brak reguł to płaszczyzna, po której toczy się moje życie. Nie chcę porządku, nie czuję sympatii do symetrii i geometrii. Zdecydowanie bardziej podobają mi się elementy nie dające się sklasyfikować, odstające od reguły, będące w opozycji do porządku.

Co mnie właśnie przeraziło?! To fakt, że to, o czym mówię, to też matematyka. Logika, bo przecież wyjątek potwierdza regułę?
A jeśli i ja jestem liczbą pierwszą? Jakąś tam 3647586593464758659? Jeśli to jest liczba pierwsza, bo nie potrafię tego stwierdzić.

A jeśli prawa rządzące moim życiem, to nic innego, jak rachunek prawdopodobieństwa? Świat jest podobno tak skomplikowany, że nic w naturze się nie powtarza. Nie ma podobno dwóch identycznych płatków śniegu. A ludzie? Czasem wydaje się, że ten drugi człowiek, właśnie spotkany, właśnie poznany, jest nam tak irracjonalnie bliski, znany i należący do nas. Kto z nas nie złapał się na tym, że poczuł do kogoś taką dziwną więź, jakąś tajemniczą nić łączącą dwa obce sobie ciała? Albo niekoniecznie więź fizyczną, tylko duchową. Żyjemy obok siebie nie zdając sobie sprawy, jak bardzo blisko siebie jesteśmy. I w sumie nigdy nie dowiemy się o sobie. Pozostając odrębnymi wyspami. W olbrzymim oceanie nieskończoności.

Mogę teraz napisać, że książka „Samotność liczb pierwszych” młodego włoskiego pisarza Paolo Giordano wywołała w moim mózgu burzę. No bo ja, antytalencie matematyczne, nagle dostrzegam pewne zasady i nie mogę dłużej udawać, że ich nie ma. Każda decyzja jest przyczyną jakiegoś skutku. Każdy ruch powoduje następny ruch. To, że właśnie piszę, a Wy to czytacie, też jest wynikiem pewnych działań. I to wszystko jest matematyką!

Bohaterowie „Samotności liczb pierwszych”, Alice i Mattia, to wyjątkowo dziwni ludzie. Przypadki potwierdzające regułę, że w życiu nie wszystko musi być uporządkowane, dokładne i mające swój sens. Alice tkwi w szponach anoreksji. To jej ucieczka, wpierw od despotycznego ojca, a potem … od miłości. Samotność staje się kokonem, którego nikomu nie udaje się z niej zdjąć. Mattia jest geniuszem matematycznym, samotnikiem, który po stracie siostry bliźniaczki nie potrafi odnaleźć się w życiu. Oboje krążą wokół siebie. Zbliżają się i oddalają. Każda próba zbliżenia powoduje coraz większe oddalenie.

„Na pierwszym roku studiów Mattia dowiedział się, że wśród liczb pierwszych niektóre są jeszcze bardziej szczególne. Matematycy, nazywają je liczbami pierwszymi bliźniaczymi. Są to pary liczb pierwszych, które ze sobą sąsiadują albo raczej prawie sąsiadują, bo między nimi stoi zawsze liczba parzysta, która nie pozwala im się stykać naprawdę. Liczby takie jak 11 i 13, 17 i 19, 41 i 43. Kto ma cierpliwość, by kontynuować liczenie, odkrywa, że liczby bliźniacze, im większe, tym są rzadsze. Natrafia na liczby pierwsze coraz bardziej odosobnione, zagubione w przestrzeni wypełnionej samymi tylko cyframi, w której panuje cisza i rytmiczny porządek. Pojawia się wtedy niepokojące podejrzenie, że napotkane dotąd pary były przypadkowe, a prawdziwym przeznaczeniem liczb pierwszych jest samotność.”

Alice i Mattia są liczbami pierwszymi bliźniaczymi. 2760889966649 to liczba Matti, 2769889966651 to liczba Alice. Pomimo prób, nigdy nie będzie im dane zbliżyć się do siebie na wystarczającą odległość, by poczuć rytm bijącego serca drugiej osoby. Im dane jest słyszeć tylko głuche echo.

Książka Giordano jest na wskroś smutna i pesymistyczna. Samotność i lęk przed światem biją z każdej strony powieści. Samotność jest tym większa, im bardziej wciąga nas lektura. Przeraża realność bohaterów, ich autentyczność, ich nieprzystosowanie do życia. Język powieści, pozbawiony barwnych ozdobników, nie pozwala przerwać lektury. Im więcej w nim ironii i goryczy wobec życia, tym losy Alice i Mattia są nam/mi bliższe. Ta historia nie ma hollywoodzkiego happy endu. A jednak jest w niej jakiś pierwiastek chwytający za serce.
Czy można stworzyć takie równanie, w którym Alice i Mattia staliby obok siebie, tak, aby nic ich nie dzieliło? To proste pytanie wcale nie ma prostej odpowiedzi. Ciężar pewnych konsekwencji jest właściwą naturą życia. Jeśli nie zna się właściwego ruchu na otwarcie partii szachowej, żadna mądra strategia na dalszą grę nie ma prawa zaistnieć. Gra toczy się samoistnie tylko na etapie pierwszego zbliżenia. Ale co wtedy, kiedy do tego otwarcia nie dochodzi? Kiedy obie strony pragną gry, ale żadna nie może wykonać ruchu, bo paraliż lub niemoc jest silniejsza? Pozostaje samotność i dźwiganie ciężaru konsekwencji.

„Samotność liczb pierwszych” nie jest książką wyjątkową, nie powala też na kolana swoim artyzmem. Ale mocnym uderzeniem odbija się w sercu i duszy. Zmusza do zadumy, zmusza do refleksji. Pisarz dobrze wiedział, jakimi strunami poruszyć, by melodia zabrzmiała pięknie. Jest to wielce nastrojowa opowieść o wielkiej pustce życia i samotności, z którą ludzie radzą sobie, jak tylko potrafią.

Samotność w XXI wieku staje się chorobą ludzkości, przypadłością, na którą nie ma lekarstwa. Wymagania stawiane człowiekowi burzą jego naturalną potrzebę powolnego dojrzewania. Nakazują mu tu i teraz być dorosłym, odpowiedzialnym, konsekwentnym. A co z outsiderami? Ludźmi nieprzystosowanymi do dzisiejszego świata? Będącymi kolorowymi wyspami pośród jednakowego tłumu?

Jest w książce Paolo Giordano mnóstwo szczerości, ciepła i współczucia. Mnóstwo prawdy o codziennych zmaganiach się z życiem. Jest ból, jest lęk. Jest płacz, krew. Ale jest też nadzieja, wschód słońca po długiej nocy...

My wszyscy jesteśmy jak te liczby pierwsze. Tak blisko, a jednak obok.

A co z samotnością w sieci? Wiem, ten niefortunny skrót myślowy, kojarzący się z pewną książką, wydaje się strasznie naiwny. (Nigdy nie czytałam wspomnianej „Samotności w sieci”. Film mnie zmęczył po kilkunastu minutach.) Czy tu na tych łączach, światłowodach, kablach, drucikach i innych podczerwieniach nadal można mówić o samotności? Skoro jesteście Wy? czy ja jestem samotna? Jest kilka osób po drugiej stronie tego kabla, które właśnie czytają moje słowa. I może nawet uśmiechają się do mnie. Jest kilka osób, których nie dane mi było spotkać w świecie realnym, znam ich tylko stąd. Ale czuję, że mogłabym z nimi konie kraść. To im czasami opowiadam o sobie i o tym, co się dzieje w mojej duszy. Ostatnie tygodnie pokazały mi, że przyjaźń w formie elektronicznej jest jak najbardziej możliwa. Nie wierzycie?

Książkę otrzymałam w ramach Blogowej Akcji Przeciwko Samotności” Wydawnictwa W.A.B. Ja już ją przeczytałam, czas, aby powędrowała dalej w świat. Np. do Moni. ;)

wtorek, 30 marca 2010

"Firmin" - Sam Savage

„Życie szczura jest krótkie i bolesne, bolesne, ale szybko się kończy, a jednak kiedy trwa, wydaje się długie.” Te słowa chyba najbardziej utkwiły mi w głowie, kiedy po lekturze „Firmina” Sama Savage usiadłam i zastanawiałam się, co o książce napisać.

Dziwna to książka, trudno ją zakwalifikować do książek wysokich lotów. Ale też pisanie, że to lekka i prosta książka, wydaje mi się nieadekwatne do jej przesłania. Bohaterem książki jest szczur, z chudym ciałem i nad wyraz rozwiniętą głową. Kochający książki, bo oprócz tego, że je zjada, czyta je i odkrywa świat jemu niedostępny. Mały, śmieszny Firmin, który chce zgwałcić własną siostrę, bo jej futrzasty podskakujący zadek prowokuje go. Mały, żałosny stwór, wyobrażający sobie, że może żyć między ludźmi i tańczyć z Ginger, jak sam Fred. Oprócz tego ten szczur potrafi grać na zabawkowym pianinku i uwielbia masło orzechowe. Najpierw mieszka nad księgarnią, której właściciela obserwuje ze swoich schowków w suficie, w ścianie. Potem mieszka razem z człowiekiem, który przygarnął go po wypadku. Za wszelką cenę chciałby, by ludzie go usłyszeli, ale nie potrafi mówić. Uczy się języka migowego, ale jego cyrkowe wygibasy drobnym ciałkiem są niezrozumiałe dla ludzi. Dużo myśli, uważa, że „edukacja literacka przydaje się do tego, by wywoływać w nas poczucie nieuchronnego nieszczęścia”. Ma naturę filozofa. Jednakże to książki są jego pasją. Czyta zachłannie wszystko, co wpadnie mu w łapki. Mówi:

„Nie musisz wierzyć w opowieści, by je kochać. Ja kocham wszystkie opowieści. Kocham rozwijanie się akcji od początku, przez środek, do zakończenia. Kocham powolne gromadzenie znaczeń, mgliste krajobrazy wyobraźni, labiryntowe spacery, zalesione zbocza, lustrzane stawy, tragiczne zwroty i komiczne potknięcia.”

Jest obserwatorem, nie gorszym od niejednego człowieka:

„Życie jest krótkie, niemniej można nauczyć się kilku rzeczy, zanim się wykituje. Jedną z tych rzeczy, które zaobserwowałem, jest przyciąganie się przeciwności. Wielka miłość staje się wielką nienawiścią, cichy pokój obraca się w hałaśliwą wojnę, okropna nuda rodzi wielkie podniecenie.”

Ale jego życie jest życiem szczura. Niezrozumienie i samotność są jego przeznaczeniem. W tym samotnym życiu doznaje odrobiny radości i szaleństwa.

„Myślę, że jak jesteś samotny, to odrobina wariactwa pomaga, dopóki z tym nie przesadzisz.”

To krótka charakterystyka Firmina. Ale i nas, ludzi! Pasjonatów literatury, odnajdujących w zapisanych stornach milionów powieści sens życia, jego piękno i jego brzydotę.

„Firmin” jest powiastką symboliczną. Z pozoru lekką, z zabawnym bohaterem, będącym jednocześnie narratorem tej opowieści. Pod płaszczykiem tej lekkości kryją się uniwersalne prawdy o człowieku. Zresztą uczynienie szczura bohaterem książki ma swój rodowód w gatunku literackim znanym nam wszystkim. To bajka! Pamiętamy bajki Ezopowe zaszczepione na grunt polski przez Ignacego Krasickiego. Zadaniem bajki jest wskazywanie uniwersalnych prawd moralnych i „Firmin” idealnie wykorzystuje cechy tego gatunku. Choć oczywiście różni się od bajek znanych nam z lekcji języka polskiego w szkole podstawowej.

W zasadzie „Firmin” to bajka dla ludzi dorosłych, którym nie obce są rozważania o sensie życia i o jego naturze. Pomimo prostej fabuły i lekkiego pióra Sam Savage stworzył opowieść sięgającą istoty człowieczeństwa. To stwierdzenie może wydać się Wam grubo przesadzone, ale idę o zakład, że ten, kto uważnie przeczyta tą książkę, przyzna mi rację. Mimo naiwności i banalnej treści ta mała książeczka niesie z sobą ważne przesłanie. Biorąc do ręki „Firmina” dziwiłam się rekomendacji napisanej przez Olgę Tokarczuk, która została wydrukowana na okładce. Ale po skończonej lekturze rozumiem jej słowa i przyznaję jej rację.