Nie po drodze mi.
Do siebie dojść nie mogę.
Mam kilka map.
Może Witkacy potrafiłby z nich coś wyczytać?
Żaden szlak mi nie pasuje.
Północ wylądowała gdzieś z boku.
Ale morze i tak jest za górami.
Gdzie jest horyzont?
Czy idąc na zachód dojdę do słońca?
Strony
"Czytanie jest nałogiem, który może zastąpić wszystkie inne nałogi lub czasami zamiast nich intensywniej pomaga wszystkim żyć, jest wyuzdaniem, nieszczęsną manią."
"Malina" Ingeborg Bachmann
środa, 12 maja 2010
niedziela, 2 maja 2010
Sanok: Beksiński + Skansen
2 maja – Dzień Flagi Rzeczypospolitej Polskiej. A my z mężem, korzystając z ładnej pogody, ruszyliśmy na wycieczkę. Tym razem kierunek na południe: Sanok. W Sanoku odwiedziliśmy Muzeum Historyczne, w którym można podziwiać zbiory sztuki cerkiewnej. Ale mnie głównie Muzeum przyciąga inną stałą wystawą. To tu znajduje się największy zbiór dzieł Zdzisława Beksińskiego, jednego z moich ulubionych malarzy. Ponieważ zdjęć w muzeum nie robiłam, pokażę Wam obrazki znalezione w internecie. Oto moje ulubione dzieła mistrza Beksińskiego. W tej mrocznej, pesymistycznej i pełnej dziwnych tęsknot przestrzeni, jaką stworzył Beksiński, czuję się niesamowicie. Wy widzicie zdjęcia na ekranie monitora, ja dziś oglądałam obrazy „na żywo”. Obcowanie z nimi pobudza moje zmysły i sprawia, że przeżywam coś na kształt metafizycznego uniesienia. W tej estetyce czuję się doskonale. Przerażające i piękne. Budzące strach i zachwyt jednocześnie. Takie są obrazy Zdzisława Beksińskiego.


Takie widoki rozciągają się z zamkowego wzgórza (właśnie w zamku znajduje się Muzeum). W dole płynie sobie San.
Drugim miejscem w Sanoku, które należy obowiązkowo zwiedzić, jest Skansen – Park Etnograficzny. Odtworzono tutaj chaty wiejskie polsko-ukraińskiego pogranicza. Można podziwiać zabudowania różnych grup etnograficznych: Bojków, Łemków, Pogórzan i Dolinian. Spacerując po rozległym terenie parku podziwialiśmy wiejskie chaty kryte słomą, z misterną konstrukcją drewnianych kloców. Wokół chat stworzono ogródki otoczone prostymi płotami, nierzadko plecionymi z wikliny. W oczy rzucały się zielone łąki i miliony żółtych mleczy, jak również kwitnące drzewa owocowe tworzące urokliwy sielski nastrój. Były ule, były wiatraki, był młyn wodny. A i jedna cerkiew nas zachwyciła swoją urodą. Można sobie wyobrazić, że mieszkańcy tych gospodarstw opuścili je tylko na moment, że zaraz tu wrócą do codziennych czynności…






Jak widzicie pogoda nam dopisała. Dopiero w drodze powrotnej do Rzeszowa – około godziny 16, z nieba dosłownie lunęło. Wiosenny deszcz, to mało powiedziane. Niebo pociemniało i z nieba się wylało… I tak leje do chwili obecnej. Ale nam się udało spędzić kolejny miły dzień pełen wrażeń. I to jest najważniejsze.
sobota, 1 maja 2010
Storczykania
1 maja - międzynarodowe Święto Pracy. Co można robić w taki dzień? Dużo różnych rzeczy. Np. rano, koło godziny 10.00, kosić trawę wokół osiedlowego punktu bankowego. Tak, tak. Najpierw usłyszałam charakterystyczne dźwięki wydawane przez kosiarkę, a potem zobaczyłam z okien pracującego mężczyznę. Albo można razem z ekipą drogową naprawiać nasze polskie drogi. Panowie ubrani w pomarańczowe kamizelki pracowali wytrwale. A tych panów widzieliśmy w drodze do Łańcuta.
Co można jeszcze robić w taki dzień? Można, o ile jest pogoda, jak tysiące innych Polaków grillować. Ale nie! Ale nie! My dziś nie grillowaliśmy. My dziś wybraliśmy się na wycieczkę do Łańcuta, by w kompleksie Muzeum – Zamek w Łańcucie odwiedzić Storczykarnię.
Zamiast misia w teczkę, zabraliśmy do samochodu moją mamę, która 3 maja ma urodziny, więc dostała od nas taki miły prezent. Zwiedziliśmy Storczykanię, Oranżerię i pospacerowaliśmy po zamkowym parku. Pogoda dopisała, słońce świeciło i było bardzo ciepło.
Storczyki są przepiękne. Tylu odmian jeszcze nie widziałam. Naziemne, rosnące na skałach (litofity) oraz nadrzewne (epifity). Można nacieszyć oko. Sami zobaczcie. Oprócz zdjęć storczyków pokażę Wam również piękne tulipany, jakie rosną w pobliżu samego Zamku. No i kilka rzeźb z zamkowego parku, które wydały mi się ciekawe.
Oto zamek w Łańcucie. To nie jest lustrzane odbicie. ;)

Oto storczyki:





A oto tulipany:


Oto rzeźby:


A na koniec mały bonus dla miłośników zwierząt wszelakich. Rybki pływały sobie w centrum Storczykarni. Żółw sennie tuptał w Oranżerii. A ten mały czarny z pomarańczowym dziubkiem ślicznie śpiewał przy zamkowej fosie.


Jeśli jutro pogoda dopisze następna wycieczka w planach. Tym razem na południe... Zamawiam zatem słońce na jutro!
Zamiast misia w teczkę, zabraliśmy do samochodu moją mamę, która 3 maja ma urodziny, więc dostała od nas taki miły prezent. Zwiedziliśmy Storczykanię, Oranżerię i pospacerowaliśmy po zamkowym parku. Pogoda dopisała, słońce świeciło i było bardzo ciepło.
Storczyki są przepiękne. Tylu odmian jeszcze nie widziałam. Naziemne, rosnące na skałach (litofity) oraz nadrzewne (epifity). Można nacieszyć oko. Sami zobaczcie. Oprócz zdjęć storczyków pokażę Wam również piękne tulipany, jakie rosną w pobliżu samego Zamku. No i kilka rzeźb z zamkowego parku, które wydały mi się ciekawe.
Oto zamek w Łańcucie. To nie jest lustrzane odbicie. ;)
Oto storczyki:
A oto tulipany:
Oto rzeźby:
A na koniec mały bonus dla miłośników zwierząt wszelakich. Rybki pływały sobie w centrum Storczykarni. Żółw sennie tuptał w Oranżerii. A ten mały czarny z pomarańczowym dziubkiem ślicznie śpiewał przy zamkowej fosie.
Jeśli jutro pogoda dopisze następna wycieczka w planach. Tym razem na południe... Zamawiam zatem słońce na jutro!
niedziela, 25 kwietnia 2010
„Niewidzialne potwory” - Chuck Palahniuk

Chuck Palahniuk od dziś dołącza do moich ulubieńców. Nie czytałam wcześniej nic tego autora, ale wiem, że nadrobię to na pewno. Bo warto, jak jasna cholera! Oglądałam jakiś czas temu film „Podziemny krąg”, który powstał na podstawie jego powieści i uważam ten film za perełkę, którą trzeba obejrzeć. Ale nie wiedziałam, że jego książki są takie szalone i zaangażowanie się w lekturę wymaga sporej dawki trzeźwości umysłu, by nie spaść z fotela. Bo Palahniuk to absolutny mistrz szaleństwa, bezkompromisowej i niepoddającej się żadnym zasadom fantazji. Jego wizja świata, to wizja psychodelicznego upadku wszelkich wartości. Nie dość, że czarny humor przeplata się z gorzką ironią, to na dodatek tragiczność postaci zostaje wyśmiana i celowo zdeformowana.
Mając wciąż recenzję Jarka w głowie, wzięłam do ręki „Niewidzialne potwory” i poddałam się tej jeździe bezwarunkowo. Pojechałam, że hej! Książka jest absolutnie doskonała. Ma wszystko to, co lubię najbardziej. Szyderstwo z cywilizowanego świata, w którym kult młodości i piękna, jest jedyną i prawdziwą wartością. Ale Palahniuk nie tylko drwi i szydzi z tego świata. Nie tylko poddaje obróbce wizję tego świata. On dożylnie ten świat zatruwa swoim śmiechem. Śmieje się z całej kultury nastawionej na konsumpcję. Śmieje się z karykaturalnej wizji Stanów Zjednoczonych, kraju gdzie wszystko jest i musi być naj, naj, naj. Drwi z wszelkich markowych produktów, z magazynów mody narzucających kanony piękna, z poprawności politycznej, z poprawności moralnej. Rzuca na kolana tych, którzy wierzą w to, że świat wcale nie jest taki zły.
„Niewidzialne potwory” to powieść pułapka. Powieść – szkatułka. Powieść – taśma filmowa, pocięta i posklejana precyzyjnie z celowym brakiem chronologii. Wszystko, co dzieje się w danym momencie, ma swój cel w przeszłości i swoją przyczynę w przyszłości.
Brandy Alexander wcale nie jest superkrólową, boginią piękności. Ale załóżmy, że jest. Manus Kelley, wcale nie nazywa się Alfa Romeo, ale załóżmy, że tak właśnie jest. Evie Cottrell wcale nie jest Evie, ale załóżmy, że jest. Shannon McFarland wcale nie jest Daisy St. Patience, ale załóżmy, że jest. To ona wprowadza nas w swoją opowieść. To ona wysyła do nas pocztówkę z przyszłości. Kiedyś była pięknością, występowała w reklamach, a dziś nosi woalkę, bo nie ma dolnej szczęki, jest kobietą bez twarzy. Jeśli myślicie, że to ona jest tytułowym niewidzialnym potworem, to guzik prawda. Przemierzamy Stany wraz z Shannon, Brandy i Manusem i uczestniczymy w ich pogoni za szczęściem. Łykamy z nimi kolejne dawki psychotropów i hormonów, by kiedyś nie obudzić się ze snu i by kiedyś nasze ciało zmieniło płeć.
„Nie oczekuj, że będzie to jedna z tych opowieści, które mówią: a potem, a potem, a potem. To, co tu się wydarzy, przypomni raczej stylem magazyny mody, takie jak „Vogue” albo „Glamour”, z chaotyczną numeracją na co drugiej, co piątej albo co trzeciej stronie. Z wysypującymi się saszetkami perfum i wyłaniającymi się znikąd nagimi kobietami, które chcę ci sprzedać puder.
Nie szukaj spisu treści, ukrytego gdzieś na dwudziestej stronie. Nie spodziewaj się, że znajdziesz coś od razu. Nie ma tu żadnej logiki. Artykuły się zaczynają, a po trzech akapitach:
Ciąg dalszy na stronie którejś tam.
A potem, cofnij się do strony tej a tej.
To będzie dziesięć tysięcy oddzielonych sztuk garderoby, które się miesza i dobiera tak, żeby uzyskać może z pięć gustownych strojów. Milion modnych dodatków, apaszek i pasków, pantofli, kapeluszy i rękawiczek, i żadnych prawdziwych ubrań, z którymi można by je nosić.
I musisz naprawdę, ale to naprawdę przywyknąć do tego uczucia, tutaj, ma autostradzie, w pracy, w małżeństwie. To jest świat, w którym żyjemy. Trzymaj się tekstu na monitorze.”
Każda z postaci powołanych do życia przez Palahniuka ma swoje zadanie do wykonania. Każda z postaci jest produktem masowej wyobraźni, uosobieniem niechcianych, perwersyjnych fantazji, które i tak pojawiają się w głowach czystych i dobrych ludzi. Każda jest produktem kultury coraz bardziej pochłaniającej wolną wolę człowieka. Brandy, Manus, Shannon, Evie. Transseksualizm, chirurgia plastyczna, lekomania, bogactwo i przepych, luksusowe stroje, ucieczka od przeznaczenia, strach przed niewidzialnością. I krew. Wszystko to jest częścią kultury. Wszystko to zostaje w „Niewidzialnych potworach” cynicznie skrytykowane.
„Nie znoszę tego poczucia nierzeczywistości, kiedy ludzie na mnie nie patrzą.” – mówi Evie Cottrell.
„Cokolwiek myślisz, milion innych ludzi myśli to samo. Cokolwiek robisz, oni też to robią, i nikt z was za to nie odpowiada. Cała jesteś dziełem wysiłku zbiorowego.” – mówi Brandy Aleksander.
„(…) nie możesz uciec od świata i nie jesteś odpowiedzialna za to, jak wyglądasz, czy jesteś nieziemsko piękna, czy brzydka jak noc. Nie jesteś odpowiedzialna za to, co czujesz, ani za to, co mówisz, albo za to, jak się zachowujesz, ani w ogóle za to, co robisz.” – mówi Brandy.
„Nie ma we mnie nic oryginalnego. Jestem zbiorowym dziełem wszystkich, których w życiu poznałam.” – mówi Shannon.
Przeskok.
„Niewidzialne potwory” to mocna powieść, w której nic nie jest przewidywalne. Wszystko jest zaskakujące, przekoloryzowane, wynaturzone, absurdalne. Jedyne co jest pewne, to to, że świat wcale nie jest taki, jakim go widzimy. A niewidzialne potwory czają się wszędzie, w telewizji, w prasie, na ulicach, w sklepach. Wyciągają po nas swoje lepkie palce. I wołają: kup, weź, bądź, zrób, musisz, idź… I tylko nielicznych błysk flesza ocuci i obudzi z ogłupiającego snu.
Błysk.
„Rób rzeczy, których się najbardziej boisz”.
sobota, 17 kwietnia 2010
„Pochwała macochy” - Mario Vargas Llosa
„Pochwała macochy” Mario Vargasa Llosy całkowicie mn
ie rozbawiła i zauroczyła. Książka do pochłonięcia w jeden wieczór. To lekka powiastka o zabarwieniu erotycznym o pożyciu małżeńskim don Rigoberta i jego drugiej małżonki Lukrecji, która niespodziewanie zamienia się w tragikomedię. A wszystkiemu winne są zmysły i niecna gierka młodziutkiego syna don Rigoberta, Alfonsa.
ie rozbawiła i zauroczyła. Książka do pochłonięcia w jeden wieczór. To lekka powiastka o zabarwieniu erotycznym o pożyciu małżeńskim don Rigoberta i jego drugiej małżonki Lukrecji, która niespodziewanie zamienia się w tragikomedię. A wszystkiemu winne są zmysły i niecna gierka młodziutkiego syna don Rigoberta, Alfonsa.Wiemy, że akcja dzieje się w Limie. Wiemy, że jest to raczej druga połowa XX wieku, ponieważ jest mowa o telewizji, motorze, samolocie. Wiemy również, że don Rigoberto ma służącą Justynianę. Ale ta wiedza ni jak nie pasuje do atmosfery i zwyczajów panujących w domu don Rigoberta. Jest bowiem w powieści pewien element niepokojący, zastanawiający i sprawiający kłopot interpretacyjny. Czytając „Pochwałę macochy” odnosi się wrażenie, że Llosa pisze o czasach bardziej odległych, kiedy to konwenanse i egzaltacja, relacje rodzinne i zwyczaje domowników były bardziej dystyngowane i pełne wzajemnego respektu. Sądziłam nawet, podczas lektury pierwszych stron książki, że Llosa umiejscowił akcję jakieś 100 lat temu. Drugą zagadkę stanowi wiek Alfonsa. Dawałam mu jakieś 10-12 lat, ale w związku z pewnymi hm..., czynnościami, wpadłam w konsternację.
W powieści powaga i patos na przemian mieszają się z wyszukanym humorem. Doznania estetyczne są zaraz profanowane opisami budzącymi niesmak i wstręt. Zawsze jednak są związane z ... ludzkim ciałem.
Dodatkową atrakcją powieści są świetne interpretacje autentycznych dzieł znanych malarzy, choćby Fra Angelico, Francois’a Bouchera czy Francisa Bacona. Oczywiście nie bez przyczyny obrazy pojawiają się na kartach książki. (Don Rigoberto jest miłośnikiem malarstwa erotycznego.) Obrazy służą pisarzowi do przedstawienia bohaterów w sposób zupełnie nieoczekiwany. Bo bohaterowie Llosy utożsamiają się z postaciami z obrazów. Opowiadają czytelnikowi o świecie obrazu, o detalach i znaczeniach. Wyjaśniają ruch i gesty, budują wokół siebie aurę szlachetności.
Ale tak naprawdę „Pochwała macochy” nie jest wcale szlachetną powieścią o pięknie, ani tym bardziej o doznaniach estetycznych. Prezentowanie dzieł sztuki służy ukazaniu charakteru bohaterów. Budowanie zmysłowej aury, jaka panuje w domu don Rigoberta, to nic innego, jak próba oszukania czytelnika. Bo „Pochwała macochy” to smakowity, subtelnie zmysłowy, żeby nie powiedzieć wyuzdany, kawał literatury pełnej ukrytych symboli, podwójnych znaczeń i domysłów. Pomyli się ten, który uzna, że to powieść przepełniona erotyzmem, choć ten góruje nad całością. Bo pod płaszczykiem erotyzmu jest coś więcej. Drwina, ironia, celna riposta, wyniosła kpina, rubaszny humor i trafne aluzje. „Piękno jest cudowną ułomnością formy”. Więc to, co brzydkie, ułomne, wyuzdane, nieco kontrowersyjne i perwersyjne może być właściwą naturą człowieka. I o tej naturze pisze Mario Vargas Llosa. O naturze ekscentryka, pasjonata, szaleńca, wyrachowanego egocentryka. Bo „należy swoje ułomności nosić jak szaty królewskie, ze spokojem”. (Cytaty pochodzą z motta do książki.)
Grzeszna jest Lukrecja, grzeszny jest don Rigoberto, nawet młodziutki Alfonso ma swoje grzeszki. Ale właśnie one dodają im uroku. Sprawiają, że czytelnik z politowaniem przygląda się ich zabawom. Z politowaniem, a nie ze zgorszeniem!
Nie jest to książka dla ponuraków i konserwatystów. Jest to książka dla ludzi nie bojących się własnej fantazji. Tej erotycznej też...
Aha, jeśli wydaje się Wam, że za dużo czasu spędzacie w łazience, to nie znacie don Rigoberta. A jeśli myślicie, że 40-letnia kobieta nie może być atrakcyjna i kusząca, to nie znacie Lukrecji. A jeśli sądzicie, że dziecko nie jest zdolne do świństwa, to nie znacie Alfonsa.
Aha, jeśli wydaje się Wam, że za dużo czasu spędzacie w łazience, to nie znacie don Rigoberta. A jeśli myślicie, że 40-letnia kobieta nie może być atrakcyjna i kusząca, to nie znacie Lukrecji. A jeśli sądzicie, że dziecko nie jest zdolne do świństwa, to nie znacie Alfonsa.
Jestem bardzo ciekawa „Zeszytów don Rigoberta”. Dobrze, że ta książka już czeka na półce.
A zatem c.d.n.
Subskrybuj:
Posty (Atom)