"Czytanie jest nałogiem, który może zastąpić wszystkie inne nałogi lub czasami zamiast nich intensywniej pomaga wszystkim żyć, jest wyuzdaniem, nieszczęsną manią."

"Malina" Ingeborg Bachmann

sobota, 15 maja 2010

"Białe zęby" - Zadie Smith

Żyję w kraju, którego kultura jest słowiańska na wskroś, aczkolwiek podstawy tej kultury zostały zbudowane na bazie innych kultur. Przez wieki napływały do Polski różne tradycje i zwyczaje, które w mniejszym, lub większym stopniu zaaklimatyzowały się. Nawet dziś do naszej typowo słowiańskiej kultury wkraczają z coraz większym impetem czynniki kultur zachodnich. Jednakże nasza polska kultura nigdy nie była i nie będzie takim tyglem, jaki powstał na Wyspach Brytyjskich. Imigranci tworzący dzisiejszą kulturę brytyjską zróżnicowali i przewartościowali królujący przez wieki brytyjski porządek.

Czym jest kultura? To całokształt materialnego i duchowego dorobku ludzkości, a także ogół wartości, zasad i norm współżycia przyjętych przez daną zbiorowość. Kultura tworzy kanon myślenia, zachowania, percepcji rzeczywistości. Kształtujący kulturę ludzie są jednocześnie jej dawcami i odbiorcami. W przypadku zetknięcia się różnych kultur, nagromadzenia i wymieszania czynników kontrastujących, powstaje mieszanka wyjątkowo niespójna, niepoddająca się żadnej klasyfikacji. Ta mieszanka wielu kultur, która ma miejsce w krajach będących ziemią obiecaną wielu imigrantów, bywa fascynująca, ale jednocześnie przerażająca. Każda nowa wartość wprowadza zmiany. Każdy nowy zwyczaj, budzi niepokój, który z czasem może, ale nie musi zaniknąć. Wielokulturowość w danym społeczeństwie bywa ogniem zapalnym, przyczyną konfliktów, nie zawsze sprzyja rozwojowi społeczeństwa. W takich chwilach pojawiają się pytania o tolerancję, o akceptację, o umiejętność współżycia różnych narodowości, środowisk, grup. Pojawiają się też pytania o potrzebę trzymania się własnych korzeni, stanowiących jedną z ważniejszych wartości życia.

Taką mieszankę kultur sportretowała w „Białych zębach” Zadie Smith; udało jej się pokazać mieszkańców Londynu, wśród których imigranci stanowią znaczącą część społeczeństwa. Zaprezentowała próby przystosowania się imigrantów do życia w nowym świecie, ich rozterki, ich bolączki, ich niepogodzenie się z utratą własnych korzeni. Ale także próby asymilacji, akceptacji, otwarcia na to, co nowe. Stworzyła bohaterów, którzy paradoksalnie wśród obcej kultury, mogli odnaleźć i z szacunkiem pielęgnować własne korzenie. Oczywiście zostało to okupione wieloma zgrzytami, licznymi niepowodzeniami, wojowaniem z własną naturą i z naturą cywilizacji.

„Białe zęby” to powieść wyczerpująca wszelkie cechy tego gatunku literackiego. Wystarczy podać najprostszą definicję powieści, by zauważyć, że dzieło Zadie Smith, spełnia reguły rządzące tym gatunkiem. To proza pełna wyrazistych postaci. Z wielowątkową fabułą. Celowe braki chronologii fabuły nie stanowią przeszkody, by doskonale orientować się w świecie powieści. Narrator nienależący do świata przedstawionego dysponuje kompletną wiedzą na temat zdarzeń, bohaterów działa, zachowuje stały dystans w przedstawianiu fabuły. Buduje miarową akcję, pozostawiając miejsce na refleksje czytelnikowi. Nie narzuca się z własnym punktem widzenia. Pozwala odkrywać świat przedstawiony i samodzielnie wyciągać wnioski.
A refleksji towarzyszących lekturze „Białych zębów” jest mnóstwo. Tak, jaki i wniosków, jakie można wyciągnąć z tej rewelacyjnej powieści.

Zasadniczym miejscem akcji jest Londyn. Piszę zasadniczym, bo częste retrospekcje wprowadzają wiele innych miejsc, które miały, mają lub powinny mieć wpływ na życie bohaterów „Białych zębów”.

Czas akcji to okres pomiędzy 1974 a 1999 rokiem, aczkolwiek narrator przywołuje wiele wcześniejszych wydarzeń, aby czytelnik mógł sobie dokładniej wyobrazić i zrozumieć okoliczności następstw akcji . A jest to w tej powieści niezwykle ważne!

Bohaterami powieści pisarka uczyniła przedstawicieli trzech rodzin zamieszkujących Londyn:
- Jonesonów: Archibald (Anglik), jego czarnoskóra żona Clara (pochodząca z Jamajki) i ich córka Irie.
- Iqbalów: Samad i Alsana – emigranci z Bangladeszu oraz ich synowie bliźniacy Magid i Millat,
- Chalfenów: Marcus i Joyce (Anglicy, jednakże dopiero w trzecim pokoleniu) a także jeden z ich synów Joshua.

Każda z postaci została doskonale sportretowana. Każdą z postaci gryzie jakieś niespełnienie, lęk przed własną tożsamością. Każda jest rozdarta pod względem moralnym i duchowym, ale również pod względem społecznym. Imigranci chcą wyjść ze stworzonego im getta, jednocześnie sami się w nie coraz dalej zapędzają. A angielska tolerancja wobec odmienności bywa dwuwarstwowa i przysparza człowiekowi wyimaginowanych kompleksów. Izolowanie się od społeczeństwa nie zawsze dotyczy imigrantów. Okazuje się, że wśród białych jest spora grupa ludzi uciekających przez światem. Ta ucieczka przybiera różne formy, od fizycznych nałogów, poprzez zamknięcie się w czterech ścianach i religijne fanatyzmy, do absurdalnego poczucia wyższości i oddania się naukowych doświadczeniom.

Obok refleksji natury obyczajowo-społecznej Z. Smith zgrabnie przemyca również refleksje dotyczące natury ludzkiej. Zajmuje się problemem rozdzielenia, oddalania się od siebie osób bliskich. Istotny dla całej powieści jest też fakt istnienia przypadku, który rządzi życiem. Pojawia się nawet myśl, że gdyby wyeliminować przypadek, móc zaplanować wszytko od początku do końca, wtedy życie człowieka byłoby idealne. Bohaterowie „Białych zębów” są idealistami, ale czy są fantastami? Czy ich idee i marzenia nie mogą zrealizować się? Tak, jak asymilacja wydaje się pierwotnie ułomnym procesem, tak, jak w wędrówce do źródła pokonać trzeba mnóstwo przeszkód, tak też i pewne idee, mimo wszystko, są możliwe do zaistnienia. Problemem nie jest kłamstwo czy mała wiara, tylko niemoc dostrzeżenia własnej atrakcyjności, własnej wartości.

Nie można zapomnieć o rozważaniach nad religijnością i wpływem wiary na życie człowieka. W „Białych zębach” ścierają się ze sobą świadkowie Jehowy i muzułmanie. W opozycji do nich stoją zwolennicy teorii naukowych poświęcający się badaniom i eksperymentom.

Jeśli chodzi o warstwę stylistyczną, to „Białe zęby” wzbudzają tyle śmiechu, ile zadumy nad ułomnością ludzkich zachowań. Humor bywa gorzki, czasem wzbudza pobłażliwość, czasem zamienia się w ironię i szyderstwo. Śmiejemy się z zachowań bohaterów, którzy mogą wzbudzać naszą sympatię. Ale „Białe zęby” to przede wszystkim powieść ośmieszająca cywilizację zachodnią, jej wymagania, warunki, style życia.

Akcja powieści jest budowana stopniowo. Początkowe rozdziały przedstawiają kolejno bohaterów, ich życie i ich psychikę. Zgodnie z regułą akcja zaczyna się zawiązywać, łączyć poszczególne wątki i zamienia się z czasem w pędzący ciąg zdarzeń. Punkt kulminacyjny, który poprzedza mnóstwo mniej lub bardziej spodziewanych zdarzeń, zabiera wszystkich bohaterów w jedno miejsce, by tam przeznaczenie mogło się wypełnić. By wszystkie zbiegi okoliczności nareszcie się dopełniły.

Symbolika tytułowych białych zębów jest brutalna w swojej wymowie. Bo białe zęby mogą być przyczyną śmierci, a z drugiej strony są wyznacznikiem zamożności.

Długo czytałam tę prawie 500-stronicową powieść. Nie spieszyłam się, by dłużej móc rozmyślać nad losami Archiego, Samada, Millata, Irie, reszty ich rodzin oraz przyjaciół. Pisarka nie pozwalała mi się nudzić, choć zdarzały się wątki zbędne. Po lekturze z satysfakcją odłożyłam książkę i zadumałam się, by jeszcze raz prześledzić losy wszystkich trzech rodzin. I doszłam do wniosku, że „Białe zęby” to wielce realistyczna powieść. Każde opisane zdarzenie mogło się wydarzyć. I jestem pewna, że Zadie Smith wiele spośród wplecionych w powieść historii zasłyszała od bliskich, znajomych, rodziny. Nie chcę wierzyć, że to fikcja literacka. Dowodów na to nie muszę szukać, wystarczy spojrzeć na biografię samej pisarki. Więc skoro jej przypisuje się postać Irie, to czemu cała reszta barwnych bohaterów „Białych zębów” nie miałaby mieć swoich pierwowzorów? Może jeszcze gdzieś żyją Archibald i Samad ze swoimi młodszymi o ponad 20 lat żonami? Może Irie nie popełniła błędów swoich rodziców? Może Magid kontynuuje pracę nad Myszą Przyszłości? A Millat nie ma nic wspólnego z terrorystami?

środa, 12 maja 2010

***

Nie po drodze mi.
Do siebie dojść nie mogę.
Mam kilka map.
Może Witkacy potrafiłby z nich coś wyczytać?
Żaden szlak mi nie pasuje.
Północ wylądowała gdzieś z boku.
Ale morze i tak jest za górami.
Gdzie jest horyzont?
Czy idąc na zachód dojdę do słońca?

niedziela, 2 maja 2010

Sanok: Beksiński + Skansen

2 maja – Dzień Flagi Rzeczypospolitej Polskiej. A my z mężem, korzystając z ładnej pogody, ruszyliśmy na wycieczkę. Tym razem kierunek na południe: Sanok. W Sanoku odwiedziliśmy Muzeum Historyczne, w którym można podziwiać zbiory sztuki cerkiewnej. Ale mnie głównie Muzeum przyciąga inną stałą wystawą. To tu znajduje się największy zbiór dzieł Zdzisława Beksińskiego, jednego z moich ulubionych malarzy. Ponieważ zdjęć w muzeum nie robiłam, pokażę Wam obrazki znalezione w internecie. Oto moje ulubione dzieła mistrza Beksińskiego. W tej mrocznej, pesymistycznej i pełnej dziwnych tęsknot przestrzeni, jaką stworzył Beksiński, czuję się niesamowicie. Wy widzicie zdjęcia na ekranie monitora, ja dziś oglądałam obrazy „na żywo”. Obcowanie z nimi pobudza moje zmysły i sprawia, że przeżywam coś na kształt metafizycznego uniesienia. W tej estetyce czuję się doskonale. Przerażające i piękne. Budzące strach i zachwyt jednocześnie. Takie są obrazy Zdzisława Beksińskiego.






Takie widoki rozciągają się z zamkowego wzgórza (właśnie w zamku znajduje się Muzeum). W dole płynie sobie San.






Drugim miejscem w Sanoku, które należy obowiązkowo zwiedzić, jest Skansen – Park Etnograficzny. Odtworzono tutaj chaty wiejskie polsko-ukraińskiego pogranicza. Można podziwiać zabudowania różnych grup etnograficznych: Bojków, Łemków, Pogórzan i Dolinian. Spacerując po rozległym terenie parku podziwialiśmy wiejskie chaty kryte słomą, z misterną konstrukcją drewnianych kloców. Wokół chat stworzono ogródki otoczone prostymi płotami, nierzadko plecionymi z wikliny. W oczy rzucały się zielone łąki i miliony żółtych mleczy, jak również kwitnące drzewa owocowe tworzące urokliwy sielski nastrój. Były ule, były wiatraki, był młyn wodny. A i jedna cerkiew nas zachwyciła swoją urodą. Można sobie wyobrazić, że mieszkańcy tych gospodarstw opuścili je tylko na moment, że zaraz tu wrócą do codziennych czynności…












Jak widzicie pogoda nam dopisała. Dopiero w drodze powrotnej do Rzeszowa – około godziny 16, z nieba dosłownie lunęło. Wiosenny deszcz, to mało powiedziane. Niebo pociemniało i z nieba się wylało… I tak leje do chwili obecnej. Ale nam się udało spędzić kolejny miły dzień pełen wrażeń. I to jest najważniejsze.

sobota, 1 maja 2010

Storczykania

1 maja - międzynarodowe Święto Pracy. Co można robić w taki dzień? Dużo różnych rzeczy. Np. rano, koło godziny 10.00, kosić trawę wokół osiedlowego punktu bankowego. Tak, tak. Najpierw usłyszałam charakterystyczne dźwięki wydawane przez kosiarkę, a potem zobaczyłam z okien pracującego mężczyznę. Albo można razem z ekipą drogową naprawiać nasze polskie drogi. Panowie ubrani w pomarańczowe kamizelki pracowali wytrwale. A tych panów widzieliśmy w drodze do Łańcuta.
Co można jeszcze robić w taki dzień? Można, o ile jest pogoda, jak tysiące innych Polaków grillować. Ale nie! Ale nie! My dziś nie grillowaliśmy. My dziś wybraliśmy się na wycieczkę do Łańcuta, by w kompleksie Muzeum – Zamek w Łańcucie odwiedzić Storczykarn.
Zamiast misia w teczkę, zabraliśmy do samochodu moją mamę, która 3 maja ma urodziny, więc dostała od nas taki miły prezent. Zwiedziliśmy Storczykanię, Oranżerię i pospacerowaliśmy po zamkowym parku. Pogoda dopisała, słońce świeciło i było bardzo ciepło.
Storczyki są przepiękne. Tylu odmian jeszcze nie widziałam. Naziemne, rosnące na skałach (litofity) oraz nadrzewne (epifity). Można nacieszyć oko. Sami zobaczcie. Oprócz zdjęć storczyków pokażę Wam również piękne tulipany, jakie rosną w pobliżu samego Zamku. No i kilka rzeźb z zamkowego parku, które wydały mi się ciekawe.

Oto zamek w Łańcucie. To nie jest lustrzane odbicie. ;)



Oto storczyki:







A oto tulipany:




Oto rzeźby:




A na koniec mały bonus dla miłośników zwierząt wszelakich. Rybki pływały sobie w centrum Storczykarni. Żółw sennie tuptał w Oranżerii. A ten mały czarny z pomarańczowym dziubkiem ślicznie śpiewał przy zamkowej fosie.




Jeśli jutro pogoda dopisze następna wycieczka w planach. Tym razem na południe... Zamawiam zatem słońce na jutro!

niedziela, 25 kwietnia 2010

„Niewidzialne potwory” - Chuck Palahniuk


Chuck Palahniuk od dziś dołącza do moich ulubieńców. Nie czytałam wcześniej nic tego autora, ale wiem, że nadrobię to na pewno. Bo warto, jak jasna cholera! Oglądałam jakiś czas temu film „Podziemny krąg”, który powstał na podstawie jego powieści i uważam ten film za perełkę, którą trzeba obejrzeć. Ale nie wiedziałam, że jego książki są takie szalone i zaangażowanie się w lekturę wymaga sporej dawki trzeźwości umysłu, by nie spaść z fotela. Bo Palahniuk to absolutny mistrz szaleństwa, bezkompromisowej i niepoddającej się żadnym zasadom fantazji. Jego wizja świata, to wizja psychodelicznego upadku wszelkich wartości. Nie dość, że czarny humor przeplata się z gorzką ironią, to na dodatek tragiczność postaci zostaje wyśmiana i celowo zdeformowana.

Mając wciąż recenzję Jarka w głowie, wzięłam do ręki „Niewidzialne potwory” i poddałam się tej jeździe bezwarunkowo. Pojechałam, że hej! Książka jest absolutnie doskonała. Ma wszystko to, co lubię najbardziej. Szyderstwo z cywilizowanego świata, w którym kult młodości i piękna, jest jedyną i prawdziwą wartością. Ale Palahniuk nie tylko drwi i szydzi z tego świata. Nie tylko poddaje obróbce wizję tego świata. On dożylnie ten świat zatruwa swoim śmiechem. Śmieje się z całej kultury nastawionej na konsumpcję. Śmieje się z karykaturalnej wizji Stanów Zjednoczonych, kraju gdzie wszystko jest i musi być naj, naj, naj. Drwi z wszelkich markowych produktów, z magazynów mody narzucających kanony piękna, z poprawności politycznej, z poprawności moralnej. Rzuca na kolana tych, którzy wierzą w to, że świat wcale nie jest taki zły.

„Niewidzialne potwory” to powieść pułapka. Powieść – szkatułka. Powieść – taśma filmowa, pocięta i posklejana precyzyjnie z celowym brakiem chronologii. Wszystko, co dzieje się w danym momencie, ma swój cel w przeszłości i swoją przyczynę w przyszłości.

Brandy Alexander wcale nie jest superkrólową, boginią piękności. Ale załóżmy, że jest. Manus Kelley, wcale nie nazywa się Alfa Romeo, ale załóżmy, że tak właśnie jest. Evie Cottrell wcale nie jest Evie, ale załóżmy, że jest. Shannon McFarland wcale nie jest Daisy St. Patience, ale załóżmy, że jest. To ona wprowadza nas w swoją opowieść. To ona wysyła do nas pocztówkę z przyszłości. Kiedyś była pięknością, występowała w reklamach, a dziś nosi woalkę, bo nie ma dolnej szczęki, jest kobietą bez twarzy. Jeśli myślicie, że to ona jest tytułowym niewidzialnym potworem, to guzik prawda. Przemierzamy Stany wraz z Shannon, Brandy i Manusem i uczestniczymy w ich pogoni za szczęściem. Łykamy z nimi kolejne dawki psychotropów i hormonów, by kiedyś nie obudzić się ze snu i by kiedyś nasze ciało zmieniło płeć.

„Nie oczekuj, że będzie to jedna z tych opowieści, które mówią: a potem, a potem, a potem. To, co tu się wydarzy, przypomni raczej stylem magazyny mody, takie jak „Vogue” albo „Glamour”, z chaotyczną numeracją na co drugiej, co piątej albo co trzeciej stronie. Z wysypującymi się saszetkami perfum i wyłaniającymi się znikąd nagimi kobietami, które chcę ci sprzedać puder.
Nie szukaj spisu treści, ukrytego gdzieś na dwudziestej stronie. Nie spodziewaj się, że znajdziesz coś od razu. Nie ma tu żadnej logiki. Artykuły się zaczynają, a po trzech akapitach:
Ciąg dalszy na stronie którejś tam.
A potem, cofnij się do strony tej a tej.
To będzie dziesięć tysięcy oddzielonych sztuk garderoby, które się miesza i dobiera tak, żeby uzyskać może z pięć gustownych strojów. Milion modnych dodatków, apaszek i pasków, pantofli, kapeluszy i rękawiczek, i żadnych prawdziwych ubrań, z którymi można by je nosić.

I musisz naprawdę, ale to naprawdę przywyknąć do tego uczucia, tutaj, ma autostradzie, w pracy, w małżeństwie. To jest świat, w którym żyjemy. Trzymaj się tekstu na monitorze.”

Każda z postaci powołanych do życia przez Palahniuka ma swoje zadanie do wykonania. Każda z postaci jest produktem masowej wyobraźni, uosobieniem niechcianych, perwersyjnych fantazji, które i tak pojawiają się w głowach czystych i dobrych ludzi. Każda jest produktem kultury coraz bardziej pochłaniającej wolną wolę człowieka. Brandy, Manus, Shannon, Evie. Transseksualizm, chirurgia plastyczna, lekomania, bogactwo i przepych, luksusowe stroje, ucieczka od przeznaczenia, strach przed niewidzialnością. I krew. Wszystko to jest częścią kultury. Wszystko to zostaje w „Niewidzialnych potworach” cynicznie skrytykowane.

„Nie znoszę tego poczucia nierzeczywistości, kiedy ludzie na mnie nie patrzą.” – mówi Evie Cottrell.

„Cokolwiek myślisz, milion innych ludzi myśli to samo. Cokolwiek robisz, oni też to robią, i nikt z was za to nie odpowiada. Cała jesteś dziełem wysiłku zbiorowego.” – mówi Brandy Aleksander.

„(…) nie możesz uciec od świata i nie jesteś odpowiedzialna za to, jak wyglądasz, czy jesteś nieziemsko piękna, czy brzydka jak noc. Nie jesteś odpowiedzialna za to, co czujesz, ani za to, co mówisz, albo za to, jak się zachowujesz, ani w ogóle za to, co robisz.” – mówi Brandy.

„Nie ma we mnie nic oryginalnego. Jestem zbiorowym dziełem wszystkich, których w życiu poznałam.” – mówi Shannon.

Przeskok.

„Niewidzialne potwory” to mocna powieść, w której nic nie jest przewidywalne. Wszystko jest zaskakujące, przekoloryzowane, wynaturzone, absurdalne. Jedyne co jest pewne, to to, że świat wcale nie jest taki, jakim go widzimy. A niewidzialne potwory czają się wszędzie, w telewizji, w prasie, na ulicach, w sklepach. Wyciągają po nas swoje lepkie palce. I wołają: kup, weź, bądź, zrób, musisz, idź… I tylko nielicznych błysk flesza ocuci i obudzi z ogłupiającego snu.

Błysk.

„Rób rzeczy, których się najbardziej boisz”.