"Czytanie jest nałogiem, który może zastąpić wszystkie inne nałogi lub czasami zamiast nich intensywniej pomaga wszystkim żyć, jest wyuzdaniem, nieszczęsną manią."

"Malina" Ingeborg Bachmann

piątek, 4 maja 2012

"Droga do Tarvisio" - Grzegorz Kozera

Mamy ten sam światopogląd. Podobne przypadłości i uzależnienia. Podobne pasje i antypasje. No prawie. Wiele nas łączy, ale i też coś dzieli. To nie tak, że jesteśmy jak dwie krople wody. Oboje nie znosimy naszego polskiego prawicowego piekiełka, łącznie z turystycznymi składanymi krzyżami.  Uciekamy od przeszłości, nie planując przyszłości. Walczymy z hipokryzją, zacietrzewieniem i znieczulicą, nadużywając czasami wszelkiego rodzaju inwektyw z wulgaryzmami na czele. Ale akurat to, to my oboje lubimy, lżej na duszy nam się robi, kiedy sobie rzęsiście porzucamy tym i owym mięsem na prawo i lewo. Prawo jazdy mamy. Kota nie mamy. Muzyki różnej słuchamy.  Hm, chyba oboje w pracy się wypalamy. Choć akurat ja nie w marketingu i nie podczas wymyślania haseł reklamowych dla produktów spożywczych, albo innego ustrojstwa.  Nie mogę powiedzieć, abym nie poczuła olbrzymiej sympatii do Grzegorza K. No, byłoby to nie w porządku wobec bohatera książki, ale i wobec autora. Oboje ukrywają się pod tym samym nazwiskiem. To z pewnością zabieg celowy i Grzegorz K. – pisarz, wymyślił bohatera noszącego jego imię przekornie i dwuznacznie.  Aczkolwiek, jak autor zapewnia, wszelkie podobieństwo jest przypadkowe. 

„Droga do Tarvisio” Grzegorza Kozery to powieść symboliczna i rozliczeniowa. Grzegorza K. odbywa samotną podróż przez Czechy, Austrię i Włochy; jedzie, być może ostatni raz w życiu, do Pragi, Wiednia, Tarvisio i Padwy. Miał jechać razem ze swoją ukochaną Matyldą, ale tak się nie stało.  Grzegorz K. jest dużym chłopcem, nie lubiącym ograniczeń kawalerem z odzysku. Jest mężczyzną grubo po czterdziestce borykającym się z problemami zdrowotnymi. Jest nieco sfrustrowany rzeczywistością.  Wstydzi się polskości za granicą, ma uprzedzenia do Niemców i Austriaków. Drażni go nieuzasadniony antysemityzm. Jest agnostykiem, uczulonym na nadgorliwość religijną, sam jednak ogromną ufność pokłada w łaskach świętego Antoniego. I, co najważniejsze, jest on człowiekiem uciekającym przed samym sobą, przed dojrzałością, przed miłością życia. Jego europejska podróż staje się swoistym katharsis, oczyszczającą drogą po prawdę, do której nie chciał się przyznać sam przed sobą.

Grzegorz Kozera napisał powieść dwuznaczną. Z jednej strony jedziemy wraz z bohaterem i poznajemy go w trakcie tej podróży. Dowiadujemy się skąd, gdzie, dlaczego i po co jedzie. W tej warstwie „Droga do Tarvisio” to świetna powieść drogi. Z drugiej jednak strony książka Kozery to powieść psychologiczna, bohater dokonuje swoistej wiwisekcji. To nie tylko rozliczenie z samym sobą, ale również z wizerunkiem Polaka za granicą. Oczywiście najistotniejszy jest moment olśnienia i takowy w życiu Grzegorza K. (bohatera) też następuje.

Autor nie omieszkał wprowadzić do książki swoich osobistych fascynacji literackich, muzycznych i kulturowych w ogóle. Dzięki temu „Droga do Tarvisio” zyskuje, choć oczywiście należy brać poprawkę, iż są to subiektywne fascynacje autora, nie każdy musi je podzielać.  Mnie osobiście zaskoczyła wnikliwa znajomość architektury Pragi, Wiednia czy Padwy. Ale może za punkt odniesienia stawiam swoją własną niewiedzę i stąd wiedza autora i umiejętne jej przekazanie jest dla mnie godna podziwu.

Przyznaję, że „Droga do Tarvisio” stanowiła znakomitą lekturę. Lubię ten typ humoru, lubię ironię, pod którą kryją się głębsze refleksje. Bo powieść Grzegorza Kozery to niebanalna satyra, która skrywa gorzką prawdę o naturze człowieka.

Też mam naturę samotnika. Stronię od ludzi, nie mam za wielu znajomych.  Dobrze się czuję sama ze sobą. Nie muszę śmiać się z dowcipów w ogóle nie śmiesznych, nie muszę rozmawiać o pogodzie i obiedzie. Nie muszę wysłuchiwać opowieści o zawartości pampersów.  Może to forma gnuśnienia i zgorzknienia, ale zdecydowanie wolę swój świat, niż tą nudnawą rzeczywistość dookoła mnie.  Literatura i muzyka to moja odskocznia od szarej banalności. Śmiało mogę powiedzieć, że „Droga do Tarvisio” zaskarbiła sobie moją sympatię. Bo to dobra literatura!

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Nowa Galeria Zdzisława Beksińskiego w Sanoku!

Muzeum Historyczne w Sanoku udostępniło zwiedzającym na tzw. długi majowy weekend nową Galerię Zdzisława Beksińskiego. Skorzystałam z okazji i jeszcze przed oficjalnym otwarciem galerii, które odbędzie się w połowie maja br., wybrałam się z mężem w niedzielę do Sanoka. Ogromnie podoba mi się malarstwo Beksińskiego, nie ukrywam, że jego sztuka mnie fascynuje. Nowa Galeria została utworzona w części dobudowanej do Muzeum. I właśnie tam są wystawiane dzieła artysty, który w swoim testamencie właśnie Muzeum Historycznemu w Sanoku zapisał swój artystyczny dorobek.  Zostałam zaskoczona wystawą, która prezentuje również dzieła starsze, z wczesnego okresu twórczości. Muzeum wystawia grafiki, fotografie, obrazy, nawet kilka rzeźb. Wystawa jest tym ciekawsza, że w jednej z sal zaaranżowano pracownię artysty. Człowiek może się dosłownie poczuć jak w jego warszawskim mieszkaniu. W pracowni wisi niedokończony obraz Beksińskiego. Na samą myśl, jak bezsensową śmiercią zmarł ten wspaniały malarz, czuję wściekłość. Przypomnę: 21 lutego 2005 r. Zdzisław Beksiński został zamordowany w swoim mieszkaniu przez młodego chłopaka, syna małżeństwa, które pomagało artyście w domowych sprawunkach, drobnych naprawach, sprzątaniu, załatwianiu różnych przyziemnych spraw.
Oto zdjęcia z nowej Galerii Zdzisława Beksińskiego.

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

środa, 25 kwietnia 2012

"Pedro Paramo" - Juan Rulfo

Kilka dni temu miałam dziwny sen. A może to wcale nie był sen? Hm… Obudziłam się w środku nocy przestraszona z przeświadczeniem, że nade mną ktoś się unosi. Jakby jakaś czarna postać wisiała w powietrzu jakiś metr ode mnie leżącej na plecach. Miałam wrażenie, że ta postać również leży, idealnie równolegle do mnie. Mój odruch był typowym odruchem człowieka, którego obudził nocny koszmar. Choć wcale żaden koszmar mi się nie śnił. Moje ciało przeszył dreszcz przerażenia i jęknęłam ze strachu. Spojrzałam w bok, aby się upewnić, że mąż śpi obok mnie. Pomimo ciemności bardziej wyczułam, niż zobaczyłam jego obecność. To mnie uspokoiło.  Nie obudziłam męża, choć wydawało mi się, że jęknęłam dość głośno. Wisząca nade mną postać zniknęła, rozpłynęła się. A ja z drżącym sercem zamknęłam oczy, nakryłam się kołdrą po same uszy i na nowo zasnęłam.  Rano po przebudzeniu pamiętałam dokładnie i wyraźnie scenę z nocy. Nie umiem wytłumaczyć, co to było. Ale mam dziwne przekonanie, że to wydarzyło się naprawdę, to mi się nie śniło. Czyjaś obecność w pokoju wybudziła mnie ze snu i dostrzegłam kogoś. Tylko, kto to był? Do tej pory na wspomnienie tamtej nocy czuję  lekki strach. Nie powinnam tego nikomu opowiadać.

W tym samym czasie czytałam „Pedro Paramo” meksykańskiego pisarza Juana Rulfo. Czy ta lektura ma jakiś związek z moim snem? Pewnie nie bardzo. Nie jest to żaden kryminał, horror, thriller, ani powieść sensacyjna. W tej książce nie ma nawet żadnych elementów grozy. Jak napisano na okładce Juan Rulfo to prekursor realizmu magicznego, wzór dla G.G. Marqueza. „Pedro Paramo”  to dziwna książka. Próbuję dostrzec tu ten realizm magiczny, ale poza oczywistym przenikaniem się świata ludzi żywych i  świata duchów, nie dostrzegam tu tego, co tak mocno mnie zachwyciło jakieś 15 lat temu w prozie Marqueza. Nie dostrzegłam tu tego magicznego pierwiastka, historii chwytającej za serce i niepozwalającej oderwać się od lektury. Czuję zawód, bo chciałam uciec w południowoamerykański magiczny świat. Może zbyt dużo chciałam, może „Pedro Paramo” to zaczyn, z którego powstała cała późniejsza maniera pisarzy z kręgu realizmu magicznego. Również metafora krwawej rewolucji meksykańskiej jest dla mnie kompletnie nieczytelna. Zapewne dla mieszkańców Ameryki Łacińskiej ten obraz jest klarowniejszy, potrafią oni dostrzec podobieństwa, które dla mnie są zupełnie niewidoczne. Trudno mi pisać o tej książce. Nie zrobiła ona na mnie większego wrażenia. Gubiłam się pośród  licznych postaci mieszkańców Media Luna. Zastanawiałam się nad sensem podróży Juana Preciado do Comali w celu odnalezienia ojca, Pedro Paramo. Błądziłam nie wiedząc, czy jestem w świecie żywych, czy martwych.

„Tu wszędzie błądzą echa, pełno ich w całym mieście. Jakby były zamknięte pośród pustych ścian albo pod kamieniami. Kiedy idziesz, słyszysz za sobą jakieś kroki. Skrzypienie drzewa, śmiechy. Jakieś śmiechy bardzo już dawne, zmęczone. I zmęczone głosy, wyczerpane od długiego używania. To wszystko słyszysz. Myślę, że przyjdzie dzień, kiedy wszystkie dźwięki ucichną.”


Czuję się zdruzgotana, bo nie potrafię docenić tej powieści. Tylko te duchy zostały w mojej głowie, uderzyły w czułą nutę i jeden z nich mnie w nocy nawiedził… Dlaczego?

piątek, 20 kwietnia 2012

"Doppler" - Erlend Loe

„Tu na górze nie jestem narażony na innych ludzi i inni ludzie nie są narażeni na mnie. Nie dosięgnie ich mój sarkazm i moja złośliwość, a mnie ich ambicje i głupota. Moim zdaniem to dobry układ. Poza tym ćwiczę się w samotności. Uczę się z nią żyć. (...)
Rodzimy się w samotności i umieramy w samotności. Trzeba się tylko prędzej czy później do niej przyzwyczaić. Samotność jest fundamentalna w całej konstrukcji. Jest, że się tak wyrażę, belką nośną. Można razem z innymi żyć, ale razem znaczy zazwyczaj tyle, co obok. I to nie jest takie złe. Człowiek żyje tuż obok innych ludzi, a w chwilach szczęścia może nawet razem z nimi. Siedzi w tym samym samochodzie, je ten sam obiad, obchodzi to samo Boże Narodzenie. Ale to nie jest to samo, co jechać razem samochodem, jeść razem obiad i obchodzić razem Boże Narodzenie. To dwie skrajności. Dwie planety.”

To o mnie. To słowa, pod którymi mogę się podpisać i dorzucić od siebie jeszcze kilka gorzkich prawd. Święta racja. Bohater książki „Doppler” – norweskiego pisarza Erlenda Loe, to moje odbicie, to ja w męskim wydaniu, to mój typ człowieka. Pragnęłabym zrobić coś równie szalonego jak on, ale jestem tchórzem i w mniej brutalny sposób odcinam się od ludzi. Stronię od głupoty i ambicji, stronię od arogancji, zarozumiałości, egocentryzmu, owczego pędu za karierą i wikłania się ciasne stereotypy. Tak jak Andreas Doppler! Jednakże do głowy by mi nie przyszło, aby nagle spakować manatki, zabrać namiot i śpiwór i zamieszkać w lesie. No, aż taką indywidualistką to ja nie jestem. Pomimo ogólnej niechęci do ludzi, nie potrafię kompletnie zrezygnować ze zdobyczy cywilizacji. W sumie Doppler też nie zrezygnował ze wszystkich zdobyczy. Produktem, bez którego kompletnie nie może funkcjonować, jest odtłuszczone mleko. A wiadomo, że takowe w naturze nie występuje, trzeba skorzystać z supermarketów. A żeby się wybrać do supermarketu i zdobyć upragnione produkty, trzeba mieć gotówkę. Chyba, że jest się Dopplerem i ma się na tyle tupetu i odwagi, aby nawracać ludzi na drogę handlu wymiennego. On daje mięso z łosia, którego właśnie zabił, a w zamian dostaje odtłuszczone mleko. No i tu się też różnimy, bo ja nigdy nie zabiłabym żadnego zwierzęcia. (Co innego obrzydliwe insekty, owady i wszelakie latające świństwa.)

Doppler to przezabawny gość. Tak naprawdę to typ nieszkodliwego wariata, któremu nagle odbija i postanawia porzucić wygodne życie na łonie rodziny i przenieść się do lasu nieopodal Oslo. Zostawia żonę, nastoletnią córkę – fankę Tolkiena, i czteroletniego synka, który uwielbia oglądać bajki na dvd. Rzuca wszystko i zamieszkuje wraz z cielakiem łosia. De facto, cielak jest dzieckiem łosia, którego właśnie zabił. Bongo, bo tak nazwał małego łosia, staje się jego jedynym przyjacielem, towarzyszem i wspólnikiem. Oczywiście do czasu! Bo prędzej czy później inni ludzie i tak się pojawią.

Doppler to współczesny outsider, buntownik, norweski Don Kichot walczący z konsumpcjonizmem. To kontestator, przeciwnik materializmu, mesjasz i wzór do naśladowania. Ja nie żartuję sobie, ani nie drwię. Podkrada jedzenie z domu niejakiego Düsseldorfa, postrzela w udo prawicowca, który nawiedza go w lesie. A pod nieobecność żony, która spodziewa się trzeciego dziecka (cóż, odwiedzała kilka razy go w namiocie), spędza noc w domu i zaprzyjaźnia się z włamywaczem. Oddaje zresztą złodziejowi odtwarzacz CD/DVD wraz z pokaźną kolekcją płyt dvd swojego syna. Wszystkie ukochane filmy Gregusa (synka) oddaje z dziką satysfakcją, że już nigdy więcej nie usłyszy i nie zobaczy Boba Budowniczego, Pingu, Tinky-Winky, Dipsy, La-La, Po – wszystkich Teletubisiów, małej lokomotywy o imieniu Thomas, która jeździ sobie zadowolona to tu, to tam, razem ze swoimi wagonami Annie i Clarabel oraz kolegami lokomotywami Percym i Tobym, helikopterem Haroldem, autobusem Bertie, buldożerem Terence’em. Piosenki towarzyszące filmom dla dzieci prześladowały Dopplera i przeciążały jego centralny układ nerwowy. Zresztą nie lepsze zdanie ma Doppler na temat telewizji.

„Oglądanie telewizji to jak czytanie poradnika „1001 powodów, dla których nie lubię ludzi”. Telewizja to sama kwintesencja tego wszystkiego, co w nas odrażające. Te cechy ludzi, z którymi w rzeczywistości trudno się pogodzić, w telewizji są po prostu nie do zniesienia. Ludzi przedstawia się tam jak idiotów. W telewizji nawet ze mnie zrobiliby idiotę. Wszystko, co ludzkie, jest mi obce.”

Erlend Loe napisał genialną satyrę, która zapewnia doskonałą rozrywkę obnażając nasz skrupulatny materialistyczny styl życia. Historia Dopplera to bajka z morałem, nie sposób nie usłyszeć tej szyderczej nuty, która pobrzmiewa przez całą lekturę.

„Byłem ambitny w przedszkolu. Byłem ambitny w podstawówce. Byłem ambitny w gimnazjum. W liceum byłem obrzydliwie ambitny, nie tylko w nauce, ale także w życiu społecznym. Byłem ambitny, nie będąc kujonem i nie ograniczając się do czytania lektur, byłem po części zbuntowany i bezczelny, i traktowałem swoich nauczycieli w taki sposób, że czasem niewiele brakowało, żebym przeholował, a pomimo tego nauczyciele lubili mnie bardziej niż innych. Dzisiaj już wiem, że aby to osiągnąć, trzeba być ambitnym w niemal odrażający sposób. Byłem ambitnym studentem i poznałem superambitną dziewczynę, z którą ożeniłem się w ambitnym stylu, otoczony ambitnymi przyjaciółmi, po tym jak zaproponowano mi stanowisko, które było tak ambitne, że mogło innym ambitnym stanowiskom pokazać środkowy palec. Potem postaraliśmy się o dzieci, które ambitnie wychowujemy, i dorobiliśmy się domu, który ambitnie wyremontowaliśmy. Gdzieś pośród tych ambicji wędrowałem przez te wszystkie lata. Budziłem się ambitnie i zasypiałem ambitnie. Oddychałem ambicjami i stopniowo straciłem życie. Teraz tak na to patrzę. Nie daj Boże, żeby moje dzieci były tak ambitne, jak ja.”

A teraz zróbmy rachunek sumienia i przyznajmy się sami przed sobą, na ile jesteśmy niewolnikami telewizji, supermarketów, elektronicznych gadżetów, Internetu? No? Może czas znaleźć jakiś odległy las i przynajmniej pojechać tam na cały dzień, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. Aby posłuchać śpiewu ptaków. I odpocząć od cywilizacji!


Do poszukania tej książki zmusił mnie kolega Krzysztof. I to jemu należy się moja wdzięczność, miałam bowiem olbrzymią przyjemność podczas lektury! ☺

wtorek, 17 kwietnia 2012

"Trzecia cywilizacja" - Adam Wiśniewski-Snerg

„Moja droga – usiłowałem jej wytłumaczyć – myślę, że motywy kierujące postępkami człowieka nigdy nie bywają całkowicie jasne ani dla innych, ani dla niego samego. Jeśli chodzi o mnie, ja po prostu to lubię. Jestem ciekawy, chcę wiedzieć. Patrzę może nieco inaczej niż inni na nasza dymiącą i owrzodzoną planetę. Widzę szamoczącego się człowieka, który chce rozbić ściany więzienia własnych ograniczeń, tkwiących w nim samym. A mimo to zafascynowany jest sobą. Człowieka, który jest pyszny, butny i dumny ze swych osiągnięć, a przecież to wszystko nie tak. Chcę zrozumieć dlaczego jest tak, a nie inaczej. Szukam źródła. Pierwotne kultury nie skażone przez cywilizację i religię są właśnie dla mnie takim źródłem poznania.”

Zacznę od Dogonów, bo oni są tu najważniejsi. Dogonowie to plemię zamieszkujące okolice uskoku Bandiagara na południu Mali w Afryce Zachodniej. Są ludem rolniczym, a ich kultura nie zmieniła się przez setki lat. Dogonowie wierzą, że ich przodkowie przybyli na Ziemię bardzo dawno temu w kosmicznej arce z gwiazdy, którą nazywają „Po-Tolo”, a którą naukowcy identyfikują z Syriuszem (najjaśniejsza gwiazda w gwiazdozbiorze Wielkiego Psa). Zadziwiająca jest ich wiedza astronomiczna dotycząca układu podwójnego gwiazdy Syriusz A i B, ale wiedzą też m.in. o pierścieniach Saturna i czterech głównych księżycach Jowisza. Dogonowie twierdzą, że wiedzę tę przekazali im mieszkańcy kosmosu zwani Nommo, którzy dawno temu przybyli na Ziemię, właśnie z okolic Syriusza. To brzmi, jak opowieść science-fiction, nieprawdaż? Wielu naukowców zajmowało się tajemniczą kosmogonią Dogonów, raz ogłaszając niepodważalne dowody potwierdzające autentyczność ich wierzeń, innym razem obalając te wierzenia. Jaka jest prawda? Prawda jest zawsze względna...

Dlaczego wspominam o Dogonach? Nie dlatego, że ostatnio ogromnie mnie fascynuje temat pochodzenia naszego świata, naszej cywilizacji. Nie dlatego, że próbuję was skłonić do przemyśleń w tej kwestii. Każdy wierzy w to, co jest mu najbliższe, albo jest powszechne i uznawane za jedynie słuszne. To kwestia wyboru. Mamy wolną wolę, a więc możemy się jednak zastanowić, czy aby wiedza, którą nas karmiono i która weszła do naszego krwioobiegu, jest prawdą? Czy może są rzeczy, o których dla dobra ludzkości mówić nie należy, aby nie siać paniki. Wszak ludem niedoinformowanym rządzi się najłatwiej...

Wspominam o Dogonach, ponieważ ich wierzenia posłużyły za kanwę opowieści „Trzecia cywilizacja” Adama Wiśniewskiego-Snerga. Jako że Snerga pokochałam miłością niewytłumaczalną i mam już wszystkie jego książki przeczytane (zostały mi tylko opowiadania), mogę śmiało stwierdzić, że ja również mam wątpliwości co do tego, czy Snerg jest rzeczywistym autorem „Trzeciej cywilizacji”. Wielu miłośników twórczości Snerga twierdzi, że dwie wydane pośmiertnie książki – „Oro” oraz „Trzecia cywilizacja” – zostały podpisane nazwiskiem Snerga, aby dorzucić coś jeszcze do jego niezwykle skromnego dorobku literackiego, ale nie wyszły spod jego pióra. Muszę się zgodzić z tymi, którzy wątpią w autorstwo Snerga, bowiem „Trzecia cywilizacja” kompletnie nie pasuje mi do jego stylu. Również warstwa moralno- filozoficzna, która u Snerga jest niezwykle wymowna, w „Trzeciej cywilizacji” wydaje mi się zbytnio uproszczona, a nawet nieco naiwna.
No, ale nie mi rozstrzygać, czy faktycznie Adam Wiśniewski-Snerg napisał „Trzecią cywilizację”.

Sama książka budzi mieszane uczucia, fabuła wciąga, opowiedziana historia intryguje, ale niestety nie mogę jej zaliczyć do wartościowych lektur. Ot, zwykła rozrywkowa science-fiction. Aczkolwiek nie żałuje czasu jej poświęconego. Pewien potencjał dostrzegam. Z pewnością opowiedziana historia rozwija wyobraźnię i skłania do refleksji. Kosmogonia Dogonów, tak jak i wierzenia wielu innych ludów, to fascynujący temat. Przekazywane przez dziesiątki pokoleń wierzenia religijne z czasem ulegają zniekształceniu. Każde następne pokolenie być może dodaje coś od siebie, pierwotne legendy mogą ewoluować, ale jądro pozostaje w stanie niezmienionym. W nim ukryta jest pierwotna historia.

„Trzecia cywilizacja” bazuje na wierzeniach Dogonów. Przenosi ich mitologię na grunt literacki. Niejaki Tom Burns, inżynier pracujący w Mali, poza pracą zawodową poświęca się swojej pasji archeologicznej i etnograficznej. Pewnego razu w jego ręce trafia tajemnicza obręcz z metalopodobnego tworzywa, którą kupuje na targu od jednego z Dogonów, a która okazuje się urządzeniem do zapisu osobowości.

„Jest to urządzenie do zapisu osobowości – podjął Papadukulos. – Nie wiem, czy mnie rozumiecie? Każdy z nas odbiera sygnały z otaczającego go świata za pośrednictwem doznań zmysłowych. Wszystko, co dociera do mózgu, przetworzone zostaje na bioprądy i „zapisane” w szarych komórkach. Ten zapis doznań gromadzony systematycznie przez całe życie tworzy naszą osobowość. Obręcz służyła do zdublowania zapisu. Wszystkie sygnały docierające do mózgu były jednocześnie „notowane” w pamięci umieszczonej w obręczy...”

Tom Burns wraz ze swoim przyjacielem przeprowadzają eksperyment, dzięki któremu Tomowi udaje się poznać zapis obręczy. Tu rozpoczyna się opowieść właściwa, a mianowicie historia przybycia na Ziemię Nommo – ragona Dogonu, który postanowił uratować choć część swoich rodaków przed kataklizmem zagrażającym ich planecie. Nommo przybywa na Ziemię i tworzy tu nową cywilizację, a my czytelnicy „Trzeciej cywilizacji” mamy możliwość w telegraficznym skrócie obejrzeć narodziny naszej własnej cywilizacji, a właściwie starożytnych cywilizacji, których liczne ślady rozsiane na wszystkich kontynentach niesamowicie nas fascynują.

Oczywiście alternatywna historia stworzenia podwalin naszej cywilizacji jest bogata w liczne wątki, dotyka wielu motywów powtarzalnych i charakterystycznych dla dziesiątków znanych nam systemów religijnych i kultur w ogóle. Bazuje na odwiecznym motywie walki dobra ze złem. Ale i bada psychikę i złożoność ludzkiej osobowości.

„Czym jesteśmy, my ludzie? – myślałem. Co robimy w tym zimnym, bezwzględnym kosmosie? Czyżbyśmy byli pomyłką natury, przypadkiem bez precedensu? A może jesteśmy jednym z ogniw łańcucha kolejnych przemian? Może człowiek, ta garść materii obdarzona świadomością, jest jądrem zagadki bytu? Może w którymś ze swych wcieleń będzie miał moc i wiedzę tworzenia światów?”

Czy daję wiarę tej alternatywnej historii? To nie jest najważniejsze, bowiem wyobrażeń o pochodzeniu świata jest mnóstwo. Zakładanie, że akurat biblijna kosmogonia jest jedynie słuszna i prawdziwa, jest jak twierdzenie, że Ziemia wciąż stanowi centrum wszechświata. Nasza cywilizacja to cywilizacja amnezji. Nie pamiętamy, co było i nie będziemy pamiętać tego, co będzie.

Warto spojrzeć nocą w gwiazdy i zastanowić się nad sensem, nad rzekomą wyjątkowością naszego gatunku. Warto myśleć. Spójrzcie na to piękne zdjęcie gwiazdozbioru Wielkiego Psa, ta najjaśniejsza gwiazda to właśnie Syriusz.