Strony
"Czytanie jest nałogiem, który może zastąpić wszystkie inne nałogi lub czasami zamiast nich intensywniej pomaga wszystkim żyć, jest wyuzdaniem, nieszczęsną manią."
"Malina" Ingeborg Bachmann
niedziela, 20 maja 2012
piątek, 18 maja 2012
"Ciało obce" - Rafał Ziemkiewicz
W przypadku „Ciała obcego” Rafała Ziemkiewicza zadziałał zbieg okoliczności. Grzegorz Wysocki – autor artykułu „Cel, pal, pieprz” z nr 2 (5) magazynu „Książki” wśród „lektur nieobowiązkowych”, które skłoniły go do napisania tegoż artykułu, wymienia m. in. książkę Ziemkiewicza.
(Na marginesie powiem, że kompletnie nie rozumiem celu napisania tego artykułu. Nie jest on według mnie ani śmieszny, ani poważny, nic nie wnosi, a jedynie stanowi zbiór co odważniejszych/pikantniejszych zwrotów/określeń pojawiających się w książkach polskich pisarzy, którzy postanowili wziąć na warsztat temat seksu i wszystkiego co się z nim wiąże.)
Podczas lektury tekstu Grzegorza Wysockiego przypomniałam sobie, że „Ciało obce” mam! Kupiłam książkę gdzieś kiedyś na jakiejś wyprzedaży i odłożyłam na półkę. Przypomniałam sobie i postanowiłam właśnie teraz sięgnąć po ten tytuł. (Przynajmniej w tej kwestii artykuł Grzegorza Wysockiego zrobił dobrą robotę, bo skłonił mnie do lektury.)
Muszę być szczera i to na samym początku powiem. Czuję awersję do konserwatywnych, prokatolickich, prawicowych autorów, a więc i niechęć do takowych publicystów. A tu, masz ci los, Rafał Ziemkiewicz przecież do takich jest zaliczany. Postanowiłam jednak nie zrażać się i książkę przeczytać. Wszak również kiedyś z ciekawości książkę kupiłam.
Już na wstępie autor mnie mocno zirytował. Gdzieś na wysokości 30 strony czułam potężną złość. Uczynił bowiem ze swojego bohatera szowinistycznego i zarozumiałego 40-letniego chłopczyka, który po rozwodzie zaczyna traktować kobiety przedmiotowo i bez ceregieli. Wkurzyłam się, ale czytałam dalej. Przecież takie fajne motta Rafał Ziemkiewicz zamieścił do książki. Zarówno fragment z Wespazjana Kochowskiego (o sumieniu) oraz z Josepha Conrada (o nieuchronności śmierci) ogromnie mi zaimponowały.
A więc poczułam rozdarcie, ale czytałam dalej. No i im dalej czytałam, tym bardziej się pogrążałam. Bo książka jest znakomita! Bo autor doskonale sportretował mężczyznę przechodzącego kryzys wieku ... średniego (?!). Bo świetnie rozprawił się z mitem kobiety – matki – Polki. Bo, mimo wszystko, rozpad związku Hrabiego z Magdą, to obrazek nazbyt częsty w dzisiejszych czasach, okrutnie brutalny, ale, o zgrozo!, idealnie oddający polskie realia. Damsko-męska wojna widziana z perspektywy rozgoryczonego mężczyzny przechyla się na niekorzyść mojej płci, rzecz jasna można to było przewidzieć. Ale nie mogę oponować, bo niestety, ale uważam, że Ziemkiewicz w wielu kwestiach ma rację. Jego bohater – Hrabia, nadrabia okazje niewykorzystane przez lata wierności małżeńskiej i opowiada (nam) o swoich łóżkowych podbojach, wyczynach i wygibasach. Wstrętnie się wyraża o kobietach. Kpi, drwi, wyśmiewa, poniża i ubliża. Ale sam sobie wystawia równie fatalną opinię. Równowaga w zadawaniu podłości jest zachowana.
Nie da się objąć jednym zdaniem ogromu niegodziwości, jakie Ziemkiewicz literacko rozpracowuje. Gorzkie żale Hrabia wylewa dosłownie na wszystko i wszystkich. Czuje się skrzywdzony i upokorzony przez bezlitosne geny i hormony. Odbywa podróż przez rozliczne kręgi piekła, jakie sam sobie zgotował. Zaczyna od pretensji do kobiety, do teściowej, do ojca, a kończy na samym sobie. Sprytnie Ziemkiewicz skonstruował postać Hrabiego. Niby taki poszkodowany przez los, tak biedny i niewinny, taki dobry i czuły. A jednak po „odzyskaniu wolności” wychodzi z niego chamski, arogancki, zajadle wściekły, niewyżyty seksualnie samiec, któremu zależy jedynie na zaspokojeniu własnych fantazji, pragnień i potrzeb. Doskonały to portret mężczyzny prawda? Autor z rozbrajającym humorem ukazuje też obłudę i hipokryzję płytkiej religijności, dość powszechnej w naszym kraju. Tworzy niebywale śmiałą hipotezę na temat istoty Internetu. A na dodatek osadza swoją historię w czasach nam współczesnych nawiązując do niedawnych wydarzeń historycznych.
Nie mam wątpliwości, że Rafał Ziemkiewicz to świetny prozaik. Jego powieść czyta się doskonale, nic nie razi, nic nie przeszkadza. Soczysty język, niebywała ironia, czarny humor i spora dawka odważnych scen czynią z „Ciała obcego” smakowity kąsek dla czytelnika gotowego na obrazoburczą prozę. Pod przykrywką realistycznej historii o zaspokajaniu męskiego ego mamy do czynienia ze znakomitym studium psychologicznym. Nietrudno rozgryźć symbolikę tytułu. Wszak sponiewierane i nieczyste ciało Hrabiego w pewnym momencie zaczyna mu ciążyć. Po czasie hulanki i swobody następuje moment wytrzeźwienia, a wtedy ciężko spojrzeć w lustro. Kac moralny boli mocniej. Sumienie można uciszyć lekami na chwilę, ale co potem?
Jestem mile zaskoczona faktem, że osoby o konserwatywnych i prawicowych poglądach lubią czasem dotknąć zakazanego owocu, lubią poświntuszyć i pogrzeszyć oraz tworzą literaturę, która momentami ocieka wręcz pornografią. Jak wiadomo lubię mocniejszą literaturę, krwistą i soczystą, daleko mi natomiast do czytania ckliwych romansów. A „Ciało obce” ma ten smaczek! Ach!
(Na marginesie powiem, że kompletnie nie rozumiem celu napisania tego artykułu. Nie jest on według mnie ani śmieszny, ani poważny, nic nie wnosi, a jedynie stanowi zbiór co odważniejszych/pikantniejszych zwrotów/określeń pojawiających się w książkach polskich pisarzy, którzy postanowili wziąć na warsztat temat seksu i wszystkiego co się z nim wiąże.)
Podczas lektury tekstu Grzegorza Wysockiego przypomniałam sobie, że „Ciało obce” mam! Kupiłam książkę gdzieś kiedyś na jakiejś wyprzedaży i odłożyłam na półkę. Przypomniałam sobie i postanowiłam właśnie teraz sięgnąć po ten tytuł. (Przynajmniej w tej kwestii artykuł Grzegorza Wysockiego zrobił dobrą robotę, bo skłonił mnie do lektury.)
Muszę być szczera i to na samym początku powiem. Czuję awersję do konserwatywnych, prokatolickich, prawicowych autorów, a więc i niechęć do takowych publicystów. A tu, masz ci los, Rafał Ziemkiewicz przecież do takich jest zaliczany. Postanowiłam jednak nie zrażać się i książkę przeczytać. Wszak również kiedyś z ciekawości książkę kupiłam.
Już na wstępie autor mnie mocno zirytował. Gdzieś na wysokości 30 strony czułam potężną złość. Uczynił bowiem ze swojego bohatera szowinistycznego i zarozumiałego 40-letniego chłopczyka, który po rozwodzie zaczyna traktować kobiety przedmiotowo i bez ceregieli. Wkurzyłam się, ale czytałam dalej. Przecież takie fajne motta Rafał Ziemkiewicz zamieścił do książki. Zarówno fragment z Wespazjana Kochowskiego (o sumieniu) oraz z Josepha Conrada (o nieuchronności śmierci) ogromnie mi zaimponowały.
A więc poczułam rozdarcie, ale czytałam dalej. No i im dalej czytałam, tym bardziej się pogrążałam. Bo książka jest znakomita! Bo autor doskonale sportretował mężczyznę przechodzącego kryzys wieku ... średniego (?!). Bo świetnie rozprawił się z mitem kobiety – matki – Polki. Bo, mimo wszystko, rozpad związku Hrabiego z Magdą, to obrazek nazbyt częsty w dzisiejszych czasach, okrutnie brutalny, ale, o zgrozo!, idealnie oddający polskie realia. Damsko-męska wojna widziana z perspektywy rozgoryczonego mężczyzny przechyla się na niekorzyść mojej płci, rzecz jasna można to było przewidzieć. Ale nie mogę oponować, bo niestety, ale uważam, że Ziemkiewicz w wielu kwestiach ma rację. Jego bohater – Hrabia, nadrabia okazje niewykorzystane przez lata wierności małżeńskiej i opowiada (nam) o swoich łóżkowych podbojach, wyczynach i wygibasach. Wstrętnie się wyraża o kobietach. Kpi, drwi, wyśmiewa, poniża i ubliża. Ale sam sobie wystawia równie fatalną opinię. Równowaga w zadawaniu podłości jest zachowana.
Nie da się objąć jednym zdaniem ogromu niegodziwości, jakie Ziemkiewicz literacko rozpracowuje. Gorzkie żale Hrabia wylewa dosłownie na wszystko i wszystkich. Czuje się skrzywdzony i upokorzony przez bezlitosne geny i hormony. Odbywa podróż przez rozliczne kręgi piekła, jakie sam sobie zgotował. Zaczyna od pretensji do kobiety, do teściowej, do ojca, a kończy na samym sobie. Sprytnie Ziemkiewicz skonstruował postać Hrabiego. Niby taki poszkodowany przez los, tak biedny i niewinny, taki dobry i czuły. A jednak po „odzyskaniu wolności” wychodzi z niego chamski, arogancki, zajadle wściekły, niewyżyty seksualnie samiec, któremu zależy jedynie na zaspokojeniu własnych fantazji, pragnień i potrzeb. Doskonały to portret mężczyzny prawda? Autor z rozbrajającym humorem ukazuje też obłudę i hipokryzję płytkiej religijności, dość powszechnej w naszym kraju. Tworzy niebywale śmiałą hipotezę na temat istoty Internetu. A na dodatek osadza swoją historię w czasach nam współczesnych nawiązując do niedawnych wydarzeń historycznych.
Nie mam wątpliwości, że Rafał Ziemkiewicz to świetny prozaik. Jego powieść czyta się doskonale, nic nie razi, nic nie przeszkadza. Soczysty język, niebywała ironia, czarny humor i spora dawka odważnych scen czynią z „Ciała obcego” smakowity kąsek dla czytelnika gotowego na obrazoburczą prozę. Pod przykrywką realistycznej historii o zaspokajaniu męskiego ego mamy do czynienia ze znakomitym studium psychologicznym. Nietrudno rozgryźć symbolikę tytułu. Wszak sponiewierane i nieczyste ciało Hrabiego w pewnym momencie zaczyna mu ciążyć. Po czasie hulanki i swobody następuje moment wytrzeźwienia, a wtedy ciężko spojrzeć w lustro. Kac moralny boli mocniej. Sumienie można uciszyć lekami na chwilę, ale co potem?
Jestem mile zaskoczona faktem, że osoby o konserwatywnych i prawicowych poglądach lubią czasem dotknąć zakazanego owocu, lubią poświntuszyć i pogrzeszyć oraz tworzą literaturę, która momentami ocieka wręcz pornografią. Jak wiadomo lubię mocniejszą literaturę, krwistą i soczystą, daleko mi natomiast do czytania ckliwych romansów. A „Ciało obce” ma ten smaczek! Ach!
sobota, 12 maja 2012
"Piknik na skraju drogi" Arkadij i Borys Strugaccy
„(…) No a Lądowanie? Przynajmniej powiedz, co myślisz o
samym Lądowaniu?
- Proszę bardzo – powiedział Walentin. – Wyobraź sobie
piknik…
Nunnun drgnął.
- Jak powiedziałeś?
- Piknik. Wyobraź sobie: las, przesieka, polana. Z przesieki
na polanę wjeżdża samochód, z samochodu wysiada młodzież, butelki, koszyki z
prowiantem. Dziewczyny, tranzystory, kamery filmowe… Rozpalają ognisko,
stawiają namioty, gra muzyka. A rankiem odjeżdżają. Zwierzęta, ptaki i owady,
które przez całą noc ze zgrozą obserwowały to, co się działo, wyłażą ze swoich
kryjówek. I cóż widzą? Na trawie kałuża oleju, rozlana benzyna, leżą
nieprzydatne już świece i olejowe filtry. Poniewierają się stare szmaty,
przepalone żarówki, ktoś zgubił klucz francuski. Z opon spadło błoto
przywiezione z niewiadomych bagien… no, sam rozumiesz, ślady ogniska, ogryzki
jabłek, papierki od cukierków, puszki po konserwach, puste butelki, czyjaś
chusteczka do nosa, czyjś scyzoryk, podarte przedwczorajsze gazety, bilon,
zwiędłe kwiaty z innych lasów…
- Zrozumiałem – powiedział Nunnun. – Piknik na skraju drogi.
- Właśnie. Piknik na skraju jakiejś kosmicznej drogi. A ty
mnie pytasz, czy oni wrócą, czy nie?”
Sięgnęłam po klasykę literatury fantastycznej. Po „Piknik na
skraju drogi” Arkadija i Borysa Strugackich. Powieść po raz pierwszy została wydana w 1972 r. w
ZSRR. Przedziwna to powieść, w której tak naprawdę fantastyki mamy niewiele.
Nie ma tu żadnych obcych, żadnych stworów, statków kosmicznych, sztucznej
inteligencji i gwiezdnych wojen. Przynajmniej nie w warstwie fabularnej. Wiemy
natomiast, że obca cywilizacja kilkanaście lat temu na Ziemię dotarła.
Lądowanie miało miejsce. Nie wiadomo jednak, kim byli ci obcy, po co tu
przybyli i dlaczego odlecieli. Pozostawili po sobie mnóstwo śladów, które
znajdują się w tzw. Strefach. Strefy oraz to, co w nich się znajduje, stanowią
główny motyw powieści. To one
przyciągają śmiałków – stalkerów – poszukiwaczy tajemniczych przedmiotów pozostawionych
przez obcych podczas Lądowania. Jednym z takich śmiałków jest Red
Shoehart. I to jego historię opowiadają bracia Strugaccy.
Wyprawy Reda Shoeharta do Strefy nieopodal miasteczka
Harmont są podwójnie niebezpieczne. Należy się strzec patroli służb pilnujących
Stref, ale także mieć na baczności w nich samych, bowiem nigdy nie wiadomo
gdzie i co się stanie, czego dotknie, co poruszy…
Olbrzymią zaletą książki jest skupienie się na
psychologicznym aspekcie Lądowania i jego oddziaływaniu na ludzką osobowość. Ludzkość
po Lądowaniu próbuje rozwiązać zagadkę tego zdarzenia. Powołano Międzynarodowy
Instytut Cywilizacji Pozaziemskich, który oficjalnie bada Strefy. Naukowcy
jednak nie potrafią dojść do sedna. Pozostawione przez obcą cywilizację
przedmioty są dla człowieka trudne do wyjaśnienia, ich działanie nierzadko ma fatalny
wpływ na zdrowie i życie, albo też posiadają moc, którą ludzie chętnie wykorzystaliby
w swojej działalności. Fakt Lądowania
stał się najważniejszym wydarzeniem w historii ludzkości. Udowodnił, że nie
jesteśmy sami we wszechświecie.
Bracia Strugaccy położyli nacisk na fundamentalne pytanie
człowieka o jego znaczenie w kosmosie, jego los, jego wartość. Pokazali, że
ludzie mogą być nawet niezauważeni przez obcą cywilizację lądującą na Ziemi.
Tym faktem zwrócili uwagę na naszą zarozumiałość i pychę. Na poczucie
wyjątkowości towarzyszące człowiekowi odkąd zaczął myśleć. Te refleksje
pojawiające się podczas lektury „Pikniku…” są nieuniknione.
Zastanawiałam się, skoro brak w tej książce wyraźnie
fantastycznej fabuły, dlaczego jest ona zaliczana do science fiction? Przecież
już 100 lat temu pisano powieści o wiele bardziej typowe dla fantastyki. A
jednak „Piknik…” jest powieścią zaliczaną do klasyki science fiction! Tu chyba bardziej należy się skupić nie na
treści, ale na wymowie książki. Na przesłaniu i symbolice.
Choć „Piknik…” charakteryzuje się specyficznym stylem, który
trąci myszką, jest to bardzo dobra powieść. Nawet nieco duszna atmosfera i
wolna akcja nie są w stanie zniechęcić do lektury. Ten nieco staroświecki styl
opowieści ma bowiem w sobie coś wyjątkowo przyciągającego. Człowiek powoli
delektuje się treścią „Pikniku na skraju drogi”, powoli odkrywa jego wartość,
powoli przekonuje się do tej książki. A po przeczytaniu czuje niedosyt.
„Nie przejmuj się – niefrasobliwie powiedział Walentin. –
Piknik – to przecież tylko moja hipoteza. I nawet nie hipoteza, szczerze
mówiąc, tylko tak, obrazek… Tak zwani poważni ksenologowie próbują uzasadnić znacznie solidniejsze i
pochlebniejsze dla ludzkości wersje. Na przykład: że żadnego Lądowania nie było,
że Lądowanie dopiero nastąpi. Pewien niezmiernie wysoko rozwinięty intelekt
zrzucił na Ziemię kontenery z próbkami swoich osiągnięć w dziedzinie kultury
materialnej. Intelekt ów oczekuje, że po zapoznaniu się z tymi próbkami
dokonamy skoku w dziedzinie techniki i wówczas będziemy w stanie posłać w
odpowiedzi sygnały oznaczające, że jesteśmy gotowi do nawiązania kontaktu. Może
taka interpretacja bardziej ci odpowiada?”
wtorek, 8 maja 2012
"Próby wyjścia" - Izabela Fietkiewicz-Paszek
„Tu sen się urywa: nie ma kto dopisać
następnej sekwencji ani przejąć władzy
nad kolejnym aktem. Teraz strach prowadzi
dziwną grę z rozumem: kto przegrywa – znika.”
następnej sekwencji ani przejąć władzy
nad kolejnym aktem. Teraz strach prowadzi
dziwną grę z rozumem: kto przegrywa – znika.”
fragment wiersza [Beksiński po raz piąty]
Nigdy nie odważyłabym się stworzyć wiersz do obrazów Zdzisława Beksińskiego. Nigdy o tym nawet nie pomyślałam. Bo jak ubrać w język poezji doznania wywołujące szereg emocji: grozę, strach, przerażenie, zdumienie, konsternację, zaniemówienie, a nawet pokorę i błogą obojętność. Obrazy Beksińskiego przemawiają do mnie kształtem postaci i budowli, barwą świata dwuznacznego i niepokojącego. Otacza je aura powagi, nieśmiertelności i nieskończoności. To estetyka śmierci, rozkładu, zgliszcz, pożogi, chłodnej pustki, niemego krzyku. Potrafię przystanąć i patrzeć w obraz doszukując się jego piękna w przyciemnionej barwie, w nienaturalnie zniekształconym zarysie człowieka, w zatrzymanym na zawsze ruchu. Ale nie potrafię przemówić wierszem.
Dlatego jestem pełna podziwu dla Izabeli Fietkiewicz-Paszek. W tomie „Próby wyjścia”, który rozpoczyna cykl dziewięciu wierszy – ekfraz, stanowiących opis dziewięciu obrazów Z. Beksińskiego, autorka pokusiła się o wyrażenie poetyckim słowem doznań wzrokowych i zmysłowych. Nie tylko Beksiński stał się pretekstem do przemówienia. Izabela Fietkiewicz-Paszek odczytała obrazy Fridy Kahlo, Marca Chagalla, Rembrandta, Belliniego i Boscha. Malarstwo wielkich mistrzów zostało przetransponowane do poezji w sposób szczególny. Podeszła z empatią do malarzy, oswoiła ich wizje, nazwała duchową treść dzieł malarskich. Doskonale dobrała słowa, uważając przy tym, aby nie zburzyć kompozycji wiersza – sonetu. (Choć akurat tu mam wątpliwość co do zachowania klasycznego podziału na część narracyjno-opisową oraz na część o charakterze lirycznym, refleksyjno-filozoficznym. Ale modyfikacje gatunków poetyckich to nic nowego, więc nie widzę i tutaj nic niewłaściwego.) Poetka jawi się jako kustosz od lat strzegący muzealnych eksponatów. Przemawia do samego obrazu jak do przyjaciela, któremu doskwiera samotność. Odkrywa jego cichą prośbę o pamięć.„Można kontemplować, o ile natura
łaskawie zostawi refleksyjny profil”
Wiersze zawarte w części drugiej i trzeciej (tu tylko jeden wiersz) tomu „Próby wyjścia” Izabeli Fietkiewicz-Paszek są zdecydowanie inne. Przynajmniej ja je tak odbieram. Owszem towarzyszą im obrazy, ale nie potrafię nazwać tych wierszy ekfrazami. (Oczywiście żaden ze mnie ekspert.) Zresztą, o ile mi wiadomo, wiersze powstały bez związku z obrazem. Dopiero później pojawiły się do nich obrazy. Ich autor – Jarek Wójcik, uznał, że jego prace to „malarskie wariacje współczesnych sonetów poetki”. Przyznaję, że w tej części „Prób wyjścia” większe wrażenie robią na mnie obrazy Jarka Wójcik. Jest w nich tyle melancholii i ciszy! Są kojące i oszczędne w treści. Doceniam magię takiej kolorystki, zaklętej ciszy, niedopowiedzenia i zatarcia konturów. Nawet elementy świata dziecięcego mają tu inny wymiar, bardziej delikatny i eteryczny.
Powinnam podziękować Małgosi za możliwość sięgnięcia po "Próby wyjścia", jak również za „AltissimumAbiectum”. Tomiki wydane przez Zaułek Wydawniczy "Pomyłka" są świetne pod względem edytorskim. No ba, oczywiście również zawartość tych tomików jest warta zainteresowania.
niedziela, 6 maja 2012
BWA Rzeszów - Benedykt Kroplewski
To już dla mnie i mojego męża pewna forma tradycji. A wiadomo, że tradycję należy pielęgnować. Jeśli tradycja wiąże się ze sztuką, to tym bardziej jest godna uwagi. A zatem zgodnie z naszą własną tradycją w niedzielę wybraliśmy się nieco ukulturalnić i pozwiedzać rzeszowskie galerie. Muzeum Okręgowe na ul. 3 Maja szykuje się do nowej czasowej wystawy, stąd stała ekspozycja jest uboższa, co nie znaczy, że nie warta zainteresowania! Natomiast rzeszowskie Biuro Wystaw Artystycznych wzięło się za remont i górna największa sala wystawowa jest nieczynna. Jednakże otwarta jest dolna sala, w której wystawiane są prace Benedykta Kroplewskiego. Coś cudownego! Brak krzykliwych technokolorów, tysiące szczególików, motywy dworków, miasteczek i bramy, kolaże składające się – dosłownie – ze śmieci: blaszek (np. z puszek po piwie), kamyczków, szkiełek, patyków, drucików, piórek, martwych motyli, zardzewiałych metalowych drobiazgów. Malarstwo Benedykta Kroplewskiego nas zadziwiło i ogromnie nam się spodobało. Jakiś maleńki błąkający się na skraju obrazu Don Kichot, albo Ikar, albo scenki rodzajowe, wiejskie i miejskie! Wszystko tętni życiem, tu nie ma spokoju, jest wyczuwalny i słyszalny ruch i energia. Choć na obrazach Kroplewskiego dzieje się bardzo dużo, to dzianie się jest niezwykle subtelne, nieco baśniowe. Świat Kroplewskiego ma pozytywny wymiar, nieprawdaż?
Subskrybuj:
Posty (Atom)

