"Czytanie jest nałogiem, który może zastąpić wszystkie inne nałogi lub czasami zamiast nich intensywniej pomaga wszystkim żyć, jest wyuzdaniem, nieszczęsną manią."

"Malina" Ingeborg Bachmann

niedziela, 30 listopada 2008

przegląd kina offowego

Większość ludzi wczoraj bawiła się na imprezach andrzejkowych. Dziś z pewnością boli ich głowa. A mnie dziś głowa nie boli, ponieważ wczoraj wieczorem byłam w teatrze. Bynajmniej nie na żadnym spektaklu.
W ramach pewnego Festiwalu wybraliśmy się z mężem na Przegląd kina offowego, który odbył się na Małej Scenie teatru w naszym mieście. Jako, że lubię kino niezależne, to spoza oficjalnego komercyjnego nurtu, chętnie chodzę na takie spotkania. A wczoraj: małe, kameralne miejsce, na widowni może w sumie dwadzieścia osób, wprowadzenie przez dyrektora teatru i świetne wstępy przed poszczególnymi filmami wygłaszane przez Mateusza Drobę. Mój rówieśnik, bo pamiętam go z równoległej klasy LO i tyle wiem. To, co utkwiło mi w pamięci to to, co mówił na temat kina offowego i ich twórców, amatorów, którzy tworzą filmy z potrzeby, pasji, a nie dla zysków. Amator – wiadomo: osoba, która zajmuje się czymś dla przyjemności, bez fachowego przygotowania. Filmy amatorskie, offowe, są więc dziełami, które już z założenia mają cieszyć ludzi, którzy nad nimi pracują. Mnie, jako potencjalnego widza cieszą ogromnie. Bo dotykają tematów często omijanych przez komercyjne kino. Bo traktują o rzeczach często niewygodnych, albo banalnie prostych. Bo są robione (m. in.) przez młodych ludzi i o młodych ludziach. Bo niosą pewien ładunek emocjonalny i metaforyczny, który nie jest przygotowany pod publikę. Są wśród filmów offowych perełki, ale są i – co tu dużo mówić – gnioty.
Obejrzałam wczoraj 5 filmów:
1. „Brat czeka na końcu drogi” w reżyserii Waldemara Grzesika, zrealizowany na podstawie opowiadania Marka Hłaski. Dość wiernie przedstawia tekst Hłaski. Podobało mi się. Ale pomimo przesłania wynikającego z treści opowiadania Hłaski, klimatu i nastrojowości, film jest dość suchy, nie czułam uderzenia zachwytu, nie czułam zainteresowania.
2. „Tworzywo” – niestety nie pamiętam nazwiska autora. Ale akurat tego nie żałują, bo niektóre dzieła, w ogóle nie powinny trafiać do szerszej publiczności, bo są kiepskie i nawet łatka filmu offowego nie przyczynia się do odbioru ich, jako czegoś ciekawego.
3. „Ballada o majtku bożym” – Karola Godka. Nieco symboliczna przypowieść o człowieku sięgająca do postaci biblijnych. Akurat mnie nie bardzo treść tego filmu odpowiada, ale ogólnie oglądało się przyjemnie.
4. „Stiudent 2” – Huberta Gotkowskiego. Niby zwykły amatorski film o młodym studencie (byłym już!), który zaczyna dzień od poszukiwania WKU, bo właśnie go wylali z Politechniki i dostał bilet do wojska, lecz zamiast trafić do celu, przeżywa kolejny, pełen wrażeń dzień z kumplem, piwem i pewnym zielem... powodującym umiarkowane zaburzenia percepcji, euforię oraz poczucie głębokiego relaksu. Dzięki ogromnej dawce humoru, ironii i autentycznej „urodzie” grających w filmie postaci film ogląda się jak pierwszorzędną komedią. Jestem pod wrażeniem.
5. No i na koniec obejrzeliśmy pewien film z nieoczekiwanymi niespodziankami. Tytuł „Pod podszewką snów” (mam nadzieję, że dobrze pamiętam tytuł) autorstwa wyżej przez mnie wspomnianego Mateusza Droby, który przygotował wczorajszy pokaz i go prowadził. To coś na kształt reportażu, albo dokumentu. Treść bardzo mnie interesująca: autor filmował zlot ludzi mających doświadczenia z podróżami astralnymi, czyli podróżowaniem poza ciałem (OBE - ang. out of body experience) oraz świadomym śnieniem. Kolejni uczestnicy tego zlotu opowiadali o swoich doświadczeniach, często brakowało im słów, lub w bardzo nieudolny sposób próbowali opowiedzieć co im się przydarzyło. Sądzę, że w tej materii słowa często są ograniczone i pewnych treści nienazywalnych nie da się w nie ubrać. Jednakże czułam ich emocje, jak opowiadali o swoich doświadczeniach związanych z podróżowaniem poza ciałem. Temat w ogóle jest dla mnie ciekawy, bo sama nie doświadczyłam nigdy kontrolowanych snów, ani tym bardziej opuszczania ciała, ale nie wątpię i nie neguję takich zdarzeń. Lubię o tym czytać, słuchać i oglądać. Chciałabym na własnej skórze kiedyś coś takiego przeżyć.

W trakcie projekcji tego filmu miały miejsce dwie niespodzianki, dość przykre. Przed filmem autor uprzedził, że jest on nieco długi (30 kilka minut to dużo??), jeśli widownia będzie chciała przerwać seans należy tupać w podłogę. I owszem, siedzący za mną starszy pan zaczął tupać w podłogę. Włączono światło i dyskusja: przerywamy czy oglądamy dalej. Ja byłam za kontynuacją projekcji, co zresztą głośno wyraziłam proponując uczciwe głosowanie, ręka do góry, kto za, kto przeciw. Również za był jeden z mężczyzn siedzących przede mną i głośno domagał się kontynuacji. Chyba jednak kilku starszym panom siedzącym w rzędzie za mną treść filmu na tyle nie odpowiadała, albo obawiali się, że są w mniejszości, albo byli już tak głodni, że postanowili opuścić widownię i udać się na posiłek, a była już godzina 23. (To, że bynajmniej jeden z tych panów, siedzący dokładnie za mną, był głodny, miałam okazję słyszeć! Tak, słyszeć, bo odgłosy wydobywające się z jego brzucha były, mówiąc wprost, burczeniem!) No i dobrze, że opuścili salę, bo mogliśmy obejrzeć ten film do końca. Ale zdarzyła się druga niespodzianka. W pewnej chwili dyrektor teatru poprosił o przerwanie projekcji i światło. I zwrócił uwagę pewnej trójce siedzącej kilka rzędów przede mną, którzy od samego początku tego spotkania raczyli się winem, że są – jakby nie było w teatrze – i albo opuszczą teatr, albo przestaną pić. Zdziwiłam się nie samym faktem reakcji dyrektora, tylko tym, że tak późno zareagował. Ja od początku spotkania widziałam unoszoną raz po raz do góry butelkę wina. Może jestem nie dość wyrozumiała, nie dość tolerancyjna, ale przecież to nie była impreza zamknięta, podczas której można oglądać filmy i trunkować. Dobrze Pan zrobił, Panie dyrektorze!
Pewnie ze względu na to, a także fakt, że było już przed północą, po obejrzeniu do końca piątego filmu, zakończyło się to spotkanie.

W sumie gdyby była lepsza frekwencja i gdyby nie przerywano ostatniego filmu dwukrotnie to, to – górnolotnie nazwane Przeglądem, spotkanie, byłoby bardzo udane. A tak mimo wszystko czuję pewien niesmak. Choć cieszę się, że znów kilka filmów offowych miałam okazję zobaczyć.

czwartek, 27 listopada 2008

Alfabet filmowy

Pewien Paweł wskazał mnie do kontynuacji filmowej zabawy. Należy podać ulubione filmy na każdą z liter alfabetu. A kino lubię, i stare, i nowe. Jako, że chcę mieć polskie tytuły filmów, bo i polskie filmy lubię, wyłamuję się z obowiązujących zasad. Podaję tytuły filmów, a także seriali (to też chyba wyłamanie się), które lubię, ubóstwiam i w ogóle. To strasznie trudne wybrać tylko 1 film na daną literę. Nie umiałam w przypadku paru liter wybrać, dlatego zostawiam wszystkie. No to czytajcie, co lubię. Chyba powinnam również pozostawiać trzykropki, które oznaczałyby filmy jeszcze przeze mnie nieobejrzane. Boję się, że o wielu filmach zapomniałam. No trudno.
A – „American Beauty”, „Adwokat diabła”, serial „Allo, allo”,
B – „Babel”,
C – „Człowiek z blizną”, „Cztery pokoje”,
D – „Dym”, „Dzień świra”(PL), „Dziecko Rosemary”,
E – „Elling”,
F – „Frida”,
G – „Gothika”,
H – „Hero”,
I – „Idioci”,
J – „Jackie Brown”,
K – „Klątwa skorpiona”, „Kill Bill” (1,2),
L – „Lot nad kukułczym gniazdem”,
Ł – „Łagodna”(PL),
M – „Matrix” (1,2,3), „Miasto grzechu” („Sin City”), serial „Miasteczko Twin Peaks”,
N – „Nóż w wodzie” (PL),
O – „Obcy” (wszystkie części), „Otwórz oczy”,
P – „Przyczajony tygrys, ukryty smok”, „Pętla”(PL), „Porozmawiaj z nią”, „Pulp Fiction”, „Przełamując fale”,
R – „Requiem dla snu”,
S – „Siekierezada”(PL), „Śniadanie u Tiffany’ego”,
T – „Tańczący z wilkami”, „Trainspotting”,
U – „Urodzeni mordercy”,
V – „Volver”, "Vengo",
W – „Wstręt”,
X – a przyznam się: kiedyś uwielbiałam serial „Z archiwum X”,
Y - ?
Z – „Zelig”.
Tym razem będę okrutna i rzucę wyzwanie 5 osobom (takie ponoć zasady), choć mogę oberwać za to (posypią się na mnie wirtualne gromy). A więc do roboty:
Chihiro, Chiara, La_Polaquita, Kemotalamot i Zosik.
Od Was zależy, czy napiszecie tytuły filmów po angielsku, czy po polsku.

środa, 26 listopada 2008

Parker

Zaglądam często na blog Babeczki, gdzie można znaleźć mnóstwo ciekawych rozwiązań dotyczących wystroju wnętrz, nowoczesnych i nie tylko pomysłów designerskich, a także różnych form sztuki użytkowej. To na blogu Babeczki przeczytałam o konkursie dla internautów organizowanym przez firmę Barlinek. Oczywiście udział w konkursie wzięłam. Spłodziłam niezły utwór pseudoliteracki wychwalający zalety deski barlineckiej. Utworem chwalić się nie będę, aczkolwiek rzeknę, że nie lada to był wyczyn wymyślić 35 powodów dlaczego deska barlinecka jest lepsza od innych desek: deski do prasowania, deski klozetowej czy snowboardowej. No, ale mnie nie straszne poetyzowanie, więc wymyśliłam te powody. No i w konkursie wygrałam! Szkoda, że nie nagrodę główną - IPOD’a. (Chyba napiszę list do św. Mikołaja.) Wygrałam długopis Parkera + zestaw gadżetów firmowych (m. in. kalendarz na przyszły rok, na pewno się przyda). Długopis piękny i wielce elegancki. Aż chce mi się znów pisać. Więc może porzucę klawiaturę na rzecz tradycyjnego pisania?
.......................................................................................................................................
Zostałam zaproszona do kolejnej blogowej zabawy przez pewnego Pawła. Postaram się oczywiście na zaproszenie odpowiedzieć.
.......................................................................................................................................
Od kilkunastu dni nie idzie mi w ogóle czytanie, książki czekają, napoczęte, ale przechodzę obok nich obojętnie. Nie mam weny na czytanie. Bywa i tak. Kiedyś wróci na pewno.

środa, 19 listopada 2008

Blog

Zaproszenie od Chihiro przyjęłam, a zatem postaram się ustosunkować do poniższych pytań.

1.Czy to pierwszy blog?
2.Jak długo go prowadzisz?
3.Dlaczego zaczęłaś?
4.Co ci blog daje i czym dla ciebie jest?

1. To jest mój pierwszy blog. I chyba jedyny, ostatni, na zawsze.

2. Zaczęłam pisać w styczniu 2008 roku. Blog nie ma jeszcze nawet roku. Jestem więc młodą i niedoświadczoną blogerką. Aczkolwiek już robię postępy i dojrzewam na Waszych oczach.

3. Dlaczego zaczęłam? Po części z wielkiej chęci posiadania swojego miejsca w sieci. Po części z wolnego czasu (m. in. w pracy, mam nadzieję, że nigdy nikt z mojej pracy tych słów nie przeczyta). A po części z możliwości dzielenia się swoimi przemyśleniami z Wami.

4. To mój skrawek wirtualnej przestrzeni. Na początku chciałam zrobić z bloga coś na kształt pamiętnika, w którym mogłabym zapisać to wszystko, co w życiu przeżyłam, przeżywam i być może kiedyś przeżyję. Ale stchórzyłam. Moje wspomnienia niech zostaną wspomnieniami. Moje tajemnice niech zostaną we mnie. Liczne życiowe perypetie postanowiłam zatrzymać dla siebie. I pomimo, że mogłam tu być anonimowa, nie odkrywać się ostatecznie, postanowiłam jednak nie wyrzucać w przestrzeń tego, co noszę w sobie. To zbyt osobiste. Może kiedyś stworzę coś innego. Napiszę książkę, w której wykorzystam siebie samą, aby poznęcać się nad swoją wrażliwością. Blog początki miał skromne. Nie do końca wiedziałam jak pisać, co pisać. Sądziłam, że nie znajdę czytelników. A dziś wiem i cieszę się bardzo, że są tacy, którzy mnie odwiedzają. Z czasem pisanie bloga stało się dla mnie nałogiem. Przyjemnym uzależnieniem. Daje mi możliwość wyrazić swoje zdanie na tematy mnie interesujące. A ponieważ mam zbuntowaną naturę, piszę bez skrępowania o tym, co mnie razi, co mnie denerwuje, co mnie cieszy, co robi na mnie wrażenie, no i co mnie kształtuje. Bo to, o czym piszę, czyli przeczytane książki, obejrzane filmy, ale i czasem różne wydarzenia, to moje dojrzewanie, moje odkrywanie siebie. W pewnym momencie życia zdałam sobie sprawę, że zatrzymałam się, czułam olbrzymi niedosyt. Czegoś mi w życiu brakowało, za czymś tęskniłam. Ugrzęzłam w swoich dołach, nie rozwijałam się, stałam się zrzędliwą babą poszukującą jakiegoś sensu i celu. Sama czułam, że przestaję być atrakcyjną dla siebie i dla otoczenia. Mój blog stał się odskocznią od codzienności. Zaczęłam poznawać inne osoby piszące, wielu z Was polubiłam i regularnie odwiedzam. Choć nie zawsze zostawiam komentarze, mam potrzebę zaglądać na inne blogi. Ten wirtualny świat i wirtualni znajomi stali się mi bliscy. Może dlatego, że w swoim otoczeniu brakuje mi ludzi myślących, ludzi ciekawych życia, ludzi podejmujących rozmowy na ciekawe tematy krążące wokół szeroko pojętej kultury, literatury, sztuki, filmu, muzyki i całej masy innych pokrewnych dziedzin. Blog dał mi możliwość – brzydko mówiąc – spuścić z siebie powietrze, które gromadziło się i gromadziło i nie miało drogi upustu. Na co dzień, uwierzcie mi, że z niewieloma osobami mam możliwość pogadać na ciekawe tematy. Dowiedzieć się czegoś o świecie. Zaprezentować swój często odmienny światopogląd i sposób na życie. Większość ludzi zatrzymała się w swoim rozwoju na etapie szkoły średniej, zamotała się w codzienności: dom, praca, dzieci... Przykro mi to stwierdzać, ale nasze społeczeństwo prezentuje marny poziom intelektualny. Są wyjątki, oczywiście! W rzeczywistości często nie wyrażam swojego zdania, nie chcę wychodzić na dziwaczkę, choć często i tak wychodzę. Wolę nie odzywać się, bo z góry wiem, że nie zostanę zrozumiana. A z tolerancją bywa różnie. Dlatego blog daje mi tą możliwość. Czasem chciałabym coś wykrzyczeć, pokazać, że można żyć inaczej, niesztampowo, omijając schematy. Pisząc tutaj nie kieruję się tym, co należy powiedzieć, tylko tym, co ja czuję, co myślę. Świat za oknem często wydaje mi się strasznie ponury, nudny i bezpłciowy. Mijani na ulicy ludzie mają puste oczy, biorą udział w coraz straszniejszej rywalizacji, pogoni za pieniądzem, zapominając przy tym, co w stanowi wartość tego życia. Nie umieją rozmawiać, nie umieją dostrzegać w życiu czegoś więcej ponad tą prozę, w której utkwili. A ja potrzebuję czegoś więcej. Bo chcę się rozwijać, chcę kształtować swój gust, smak. Często czerpię z popkultury, ale tylko to, co mnie naprawdę zaintryguje i zaciekawi. A że gust mam dość specyficzny, to tylko czyni mnie – zabrzmi to dość wyniośle i zarozumiale – kimś wystającym z szeregu. Tak też się czasem czuję.... Blog mnie kształtuje, zastanawiam się nad sobą samą. To chyba dobrze. Staram się nie popadać w pułapki pychy, dlatego nie lubię słów pochwały. Lepiej mnie skarcić za coś, to mnie motywuje.
Na koniec tego długiego monologu powiem dość infantylnie: bardzo się cieszę, że piszę bloga. Mam nadzieję, że nie zabraknie mi chęci, że nadal będę myśleć i męczyć Was swoimi refleksjami.

Acha, powtórzę to, co napisałam przy poprzednim łańcuszku. Niech każdy, kto do mnie zajrzy, nie zmęczy się moim tekstem i dotrwa do tego zdania, poczuje się wirtualnie przez mnie zaproszony do udziału. Oczywiście niech połechce moją próżność wspominając, że ja go zaprosiłam.

niedziela, 16 listopada 2008

"To nie jest kraj dla starych ludzi"


Wiedziałam, że ten film mi się spodoba. Z kilku powodów:
1. Reżyseria: Joel i Ethan Coen – ich “Fargo” jest znakomite,
2. Scenariusz oparty na podstawie powieści Cormaca McCarthy'ego,
3. Znakomita obsada aktorska:
- uwielbiany przeze mnie ostatnio Javier Bardem, w roli mordercy – psychopaty,
- Tommy Lee Jones – w roli lekko zdziadziałego szeryfa,
- Josh Brolin – polubiłam go za występ w „Grindhouse: Planet Terror” Roberta Rodrigueza,
- jest w małej rólce i Woody Harrelson.

Film, o jakim dziś chcę napisać parę słów to „To nie jest kraj dla starych ludzi”. Znakomity i mroczny, trzymający w napięciu, nieprzewidywalny w zwrotach akcji. Przyznam się, że lubię takie kino „psychologiczne”, gdzie krew leje się strumieniami. Aczkolwiek nigdy nie oglądałam, i nie mam zamiaru oglądać wszystkich gniotów amerykańskich z Arnoldem, Sylwestrem, Brucem, czy innych super samców wojujących w imię dobra. Filmy „psychologiczne”, które oglądam, muszą mieć pewien smak i klimat, ciekawą fabułę i niekoniecznie być hitami kinowymi. No i nie za każdym mordobiciem przepadam. Do dziś pamiętam dwa filmy, dość krwawe, z Alem Pacino w roli głównej: „Życie Carlita” i „Człowiek z blizną”, które są niesamowite. Jak widać, nie jestem kobietą oglądającą melodramaty i romanse. Wolę zdecydowanie kino akcji, także dramaty i obyczajowe, ale te muszą mnie poruszyć naprawdę ciekawym tematem.

A „To nie jest kraj dla starych ludzi” to zdecydowanie kino męskie. Odstające całokształtem od typowych filmów akcji. Choć fabuła jest dość prosta i nieskomplikowana, film robi wrażenie.
Jeden facet znajduje na pustyni walizkę pełną dolarów, oczywiście wcześniej natyka się na miejsce zbrodni, trupy i samochód załadowany narkotykami. Walizka oznacza wcześniejszą emeryturę, bierze ją ze sobą. I tu zaczyna się jego koszmar. Jest poszukiwanym i śledzony przez pewnego psychopatę, działającego, a jakże, na zlecenie, by odzyskać pieniądze. Ofiara i kat. Bell (Josh Brolin) i Chigurh (Javier Bardem). Prędzej czy później któryś z nich zginie. Ale sama wędrówka Chigurha i uciekającego z walizką Bella jest podróżą przez piekło, naznaczoną wieloma przypadkowymi trupami. Chigurh jest perfekcjonistą, brutalny i pozbawiony emocji, z jego postawy bije spokój i opanowanie. Bell pomimo sprytu popełnia błąd.

Film jest przemyślany, zaskakujący, bez zbędnych dłużyzn. Wydawałoby się, że to thriller, ale tak naprawdę jest to wciągający dramat ukazujący pustkę i zanik tych wartości, z których Ameryka była kiedyś taka dumna. Świat się starzeje, co wcale na dobre mu nie wychodzi. Ludzie są pozbawieni uczuć, wrażliwości. Łatwo znaleźć klucz do samego tytułu.
Jest też w filmie oprócz sporej dawki adrenaliny i humor podawany z klasą. Zresztą niektóre dialogi to perełki.
Napisanie, że to świetny fim, to mało. Bo to kawał naprawdę dobrego kina.
Acha, a jak mi ktoś powie, że Javier Bardem w tej fryzurze wygląda idiotycznie, to się nie zgodzę. Jest jak zwykle uroczy.