"Czytanie jest nałogiem, który może zastąpić wszystkie inne nałogi lub czasami zamiast nich intensywniej pomaga wszystkim żyć, jest wyuzdaniem, nieszczęsną manią."

"Malina" Ingeborg Bachmann

wtorek, 27 stycznia 2009

"Everyman" - Philip Roth

Memento mori.

Oglądając jakiś czas temu „Elegię”, która powstała na podstawie powieści Philipa Rotha pt. „Konające zwierzę”, zastanawiałam się, jaką prozę ten amerykański pisarz tworzy. Uznałam, że to proza bardzo autentyczna i współczesna. Nabrałam również przekonania, że pewnie jest ona bardzo dosadna i sucha. Nie podejrzewałam tego mężczyzny o sentymenty i ckliwość. Nie myliłam się. Przeczytałam właśnie jego „Everymana”. Pochłonęłam w dwa wieczory. Od początku czułam ciekawość i zastanawiałam się do czego autor zmierza. Odpowiedź pojawiła się dosyć szybko. Bo temat „Everymana” nie pozostawia żadnych złudzeń. To książka o śmierci, o nieuchronnie zbliżającym się końcu życia. O jedynym i nieuniknionym momencie, do którego człowiek przygotowuje się przez cały żywot. To książka o potrzebie zaakceptowania własnej śmiertelności. Bo przed nią nie ma ucieczki. Nie ważne ile chorób człowiek przejdzie w życiu. Nie ważne po ilu operacjach uda mu się jeszcze przeciągnąć szalę na stronę życia. Śmierć nadejdzie. Całe życie jest wstępem do śmierci.

Memento mori.

Bohater „Everymana” to w zasadzie symboliczna postać. Każdy, bez względu na zawód, ilość zawartych związków małżeńskich, ilość spłodzonych dzieci, majątku i pasji życiowych, każdy jest śmiertelny. I to jest prawda oczywista, wokół której zbudowana została fabuła książki. Bezimienny mężczyzna, będący bohaterem „Everymana” jest już w pierwszym zdaniu powieści uśmiercony. Bo oto jesteśmy na cmentarzu, na jego pogrzebie. Treść właściwa książki to dosyć wnikliwie przedstawiona biografia mężczyzny, który na starość doświadcza czegoś na kształt pojednania ze śmiercią. A „starość to nie jest walka – starość to masakra.” Ostatnia scena książki odbywa się również na cmentarzu. Pomiędzy tą cmentarną klamrą jest życie. Dowiadujemy się jak bezimienny mężczyzna żył, z kim żył, na co był chory i ile miał operacji. Tu chcę lekko zakpić, bo miałam momentami wrażenie, że to idealna lektura dla studentów medycyny, opisy chorób, zabiegów chirurgicznych są dość precyzyjne i dokładne.

Memento mori.

Uświadomić sobie swoją śmiertelność, nie bać się i oczekiwać w spokoju, to zaleta. To sukces. Najważniejsza w życiu przeszkoda do pokonania. Najważniejsze wyzwanie. Bohater Philipa Rotha to osiągnął.
Walorami tej książki jest spokojnie i miarowo prowadzona narracja i właściwie brak akcji. Bo oto została nam opowiedziana historia życia pewnego mężczyzny, w sumie mało ciekawej postaci. Ale tu nie chodzi ani o bogate życie, romanse, niezwykłe przygody. Tu chodzi raczej o wskazanie, że i tak nas nie ominie to, czego się tak boimy. Obcując ze śmiercią przez całe życie, zbliżamy się do niej. Należy się z tym pogodzić. Należy się również pogodzić ze starością i jej przywilejami.
A co się stanie po śmierci? Może spotka nas to, co bohatera książki: „Uwolniony od istnienia, przeniósł się bezwiednie w krainę nigdzie. Tak jak się tego obawiał od samego początku”.

Memento mori.

sobota, 24 stycznia 2009

„Kwietniowa czarownica” - Majgull Axelsson


Ja chyba nie powinnam czytać takich książek, bo popadam w depresję. Nie dość, że życie mnie nie rozpieszcza, to jeszcze lektury, które, nie przeczę, sprawiają mi olbrzymią przyjemność, gatunkowo są smutne, pełne gorzkich prawd i co najgorsze nastrajają mnie bardzo pesymistycznie do wszystkiego. Za bardzo utożsamiam się z losami niektórych bohaterów literackich. Za bardzo prawdy objawione przez pisarza łączę z własnym życiem. Taka już jestem, za bardzo wrażliwa, krucha i podatna na słowa.
Skąd mój smutek? Bo wszystkie bohaterki „Kwietniowej czarownicy” Majgull Axelsson to bohaterki tragiczne. Każda na swój sposób uwikłana i nieradząca sobie z życiem. Każda skrywająca bolesne doświadczenia, które wywierają wpływ na życie. Każda zagubiona i niedowartościowana. Ciocia Ellen, jej trzy przybrane córki: Christina, Margareta i Birgitta oraz jej własna córka Desiree, która urodziła się upośledzona fizycznie, z porażeniem mózgowym, a którą matka musiała oddać, bo tak się wtedy robiło. Każda z tych kobiet jest skazana na samotność, na walkę z własnym losem i przeznaczeniem. Każda porzucona przez Boga-Wielkiego Dowcipnisia, który zadrwił z ich życia. Walka z własnymi genami, wspomnieniami, z piętnem gorszego życia jest z góry skazana na przegraną. Pomimo starań.

Autorka „Kwietniowej czarownicy” wspaniale nakreśliła swoje postaci. Każdą z nich uzbroiła w gorset tragicznych cech, opowiedziała o nich w sposób wielce emocjonalny. Dlatego nie potrafię przejść obojętnie wobec każdej z tych kobiet. Rozumiem żal i gorycz każdej z nich. Rozumiem ich chęć lepszego życia. Rozumiem ich chęć zemsty na swoim własnym losie, ucieczki od niego. Rozumiem ich pragnienie bycia kochaną.

Chyba najpiękniej pisarka sportretowała Desiree, kobietę o nadprzyrodzonych zdolnościach. Potrafiącą wyjść ze swojego sparaliżowanego ciała, by doświadczać życia, którego nie było jej dane poznać. To ona jest kwietniową czarownicą, o której mówią skandynawskie wierzenia ludowe.

Proza Majgull Axelsson trafia w najczulsze miejsca ludzkiej psychiki. Dotyka najprostszych uczuć, które okazują się najbardziej bolesne. Jest przytłaczająco smutna. Nie pozostawia obojętnym. To moje drugie spotkanie z tą autorką i choć „Kwietniową czarownicę” czytałam dość długo, a dopiero mniej więcej od połowy książki wsiąkłam w nią bez reszty, dziś mogę z całą pewnością powiedzieć, że jest to książka wzruszająca i wspaniała. Niebanalna i nietuzinkowa. Bo Majgull Axelsson ma niezwykły dar pisania o kobietach.

PS. Minął rok, jak sobie tu piszę, To w ramach pochwalenia się. A w ramach polecania wydarzeń kulturalnych, polecę sztukę teatralną, na której byłam 2 tygodnie temu. „Małe zbrodnie małżeńskie” na podstawie krótkiej opowieści Erica-Emmanuela Schmitta. Kto czytał, ten wie, o czym ten dramat. A kto nie czytał, niech sięgnie, bo to przewrotna i zabawna historia pewnego małżeństwa z piętnastoletnim stażem, które szuka sensu w związku.

czwartek, 15 stycznia 2009

„Kochający na marginesie” - Johanna Nilsson


Miałam łzy w oczach, gdy czytałam ostatnie zdania tej książki. Znowu ogarnął mnie smutek. Ale to „znowu” było bardzo oczekiwanym stanem, wytęsknionym i wbrew pozorom bardzo miłym. Bo Johanna Nilsson jak nikt potrafi wstrząsnąć wrażliwością i spowodować zadumę nad życiem. „Kochający na marginesie” to książka o miłości i o życiu, a właściwie o cierpieniu, jakiego doświadcza człowiek pragnący być kochanym. Wszyscy bohaterowie książki przeżywają swój mały dramat. Chcą być akceptowani, chcą być kochani. Los plącze ich ścieżki ze sobą, nierzadko powodując jeszcze większe spustoszenie w cierpiącej duszy.
Bea rozdarta życiowo przez wykonywaną profesję, popada w depresję. Obdarza uczuciem Jacka, lekarza, który nigdy nie pogodził się z odejściem od niego Evelyn. Mans, niepełnosprawny uliczny grajek tęskni za kobietą, nieśmiało podkochuje się w Bei. Rosa i Viktor prowadzą „Kawiarnię Na Marginesie”, są szczęśliwym i kochającym się małżeństwem z czwórką dorosłych już dzieci, którym los w ramach życiowych doświadczeń zsyła chorobę Viktora. Mirja ich nastoletnia córka musi stanąć przed życiową decyzją. Transseksualna Sofia, która pociechę i przyjaźń znajduje u Mirii, odrzucona przez rodzinę, wyklęta przez społeczność, w której żyła, a na koniec zraniona przez najbliższe jej osoby wybiera ucieczkę.
Wszyscy bohaterowie książki Johanny Nilsson niosą swój bagaż doświadczeń i stają przed decydującymi wyborami. Poddać się, zwątpić, uciec od rzeczywistości, a może walczyć, wierzyć, że marzenia mogą się spełnić, kochać i oczekiwać, że miłość będzie odwzajemniona? Ich wybory są różne, okupione cierpieniem, depresją, samotnością, a nawet szaleństwem. Ale ich wybory są potwierdzeniem jak różnimy się od siebie. „Żeby w pełni zaznać życia, człowiek powinien umierać każdego dnia” – to zdanie jest piękną frazą, która oddaje właściwą treść i przesłanie powieści Johanny Nilsson. Mnie ta powieść oczarowała swoja prostotą, naturalnym językiem i wspaniałym warsztatem literackim, jakim autorka się posługuje. Bo pisać o zwykłym życiu, o ludziach, którzy mieszkają obok nas jest rzeczą prostą. Ale pisać w taki sposób, aby skłonić do refleksji, zadumy a nawet do łzy w oku, to już sztuka. Za wyczucie i trafność przekładu, należy się też ukłon w stronę tłumacza Pawła Pollaka.
Jakże często ludzie, których mijamy na ulicy mają smutek w oczach, jakże często są przygnębieni, samotnie siedzą na ławce w parku, jakże często każdy z nas ze swoją życiową historią mógłby stać się pierwowzorem któregoś z bohaterów literackich. Johanna Nilsson swoich bohaterów wybiera właśnie spośród nas. I za to ją cenię.

Ja książkę przeczytałam na początku grudnia 2008 r. Mam tą przyjemność już za sobą. Jeśli zaciekawiłam Was nią, to już niedługo będzie można ją znaleźć w księgarniach: wydawnictwo Replika informuje, że książka ukaże się na przełomie stycznia/lutego br.

środa, 14 stycznia 2009

"Tony Takitani"



Jakimi słowami opisać ten film? Jak opowiedzieć o wrażeniach, które na mnie zrobił? Czy czułam tą magię, którą się czuje czytając książki Haruki Murakamiego?
„Tony Takitani” to film o samotności. Tytułowy bohater jest naznaczony samotnością, jak jakąś nieuleczalną chorobą. I nawet wtedy, kiedy wydaje się, że samotność została zażegnana, wkracza ona w życie Tony’ego, jakby domagając się należnego jej miejsca. Film jest niezwykle nastrojowy. Cudownie oddaje aurę pustki i samotności, jaka może towarzyszyć człowiekowi. Wydaje się nawet, że ta samotność jest zaakceptowana przez Tony’ego; on wie, że to jego los. Ale my wiemy, że samotność to więzienie, z którego trudno uciec. Tony Takitani jest przykładem człowieka obdarzonego stoickim spokojem, nie okazującego emocji na zewnątrz, człowieka żyjącego w swoim zamkniętym świecie. Ale wcale to nie oznacza, że jest on człowiekiem, któremu nie towarzyszą żadne emocje. Jedynie sposób okazywania tych emocji jest dość powściągliwy i ostrożny. Ale to zrozumiale, bo człowiek, który zaznał życia w samotności, nie otworzy się przed światem.
Nastrojowa muzyka lecąca w tle i kolory filmu wiernie oddawały nastrój samotności. Powiem nawet, że wsłuchując się w dźwięki filmu czułam przenikający mnie spokój (film oglądałam w wersji oryginalnej z polskimi napisami). Jeśli miałabym opisać mój stan podczas oglądania tego filmu, powiedziałabym, że czułam się, jakbym przez nieco ponad godzinę sączyła przez słomkę lekko uspokajająco-odprężający drink. Czułam smak i aromat filmu przenikający w mój krwioobieg. Na szczęście działanie i odbiór filmu wpłynęły na mnie kojąco i pozytywnie. Została ochota i wspomnienie tego cudownego smaku.
Na koniec taka refleksja: film ogląda się przyjemnie, owszem, jest nastrojowy i ma coś z atmosfery świata Haruki Murakamiego, ale mnie osobiście większą przyjemność sprawia lektura jego książek. Może wolę sama wyobrażać sobie ten magiczny świat. Już niedługo czeka mnie ta literacka uczta, bo mam zamiar przeczytać kolejne jego dzieła.



A ma marginesie zdradzę, że jestem na półmetku „Kwietniowej czarownicy” Majgull Axelsson. Wciągnęła mnie ta powieść, co chyba dobrze świadczy o moim stanie czytelniczym. Chodź lektura idzie mi wolno, cieszę się, że jednak całkowicie nie straciłam chęci do czytania.

niedziela, 11 stycznia 2009

"Sztuczki"


„Sztuczki” Andrzeja Jakimowskiego obejrzałam przypadkowo i cieszę się bardzo, że ten film wpadł w moje ręce. Są w polskim kinie filmy, które można uznać za perełki: ciepłe, wzruszające i proste historie. Takie są „Sztuczki”. Film jest bardzo ciepły i spokojny. W sumie można by powiedzieć, że nic się nie dzieje. A jednak dzieje się dużo. Filmowa historia nie zasługiwałaby na pamięć, gdyby nie specyficzny klimat i magia, jaką udało się w filmie stworzyć. Powolna akcja, środek lata, zwyczajne życie małej, niepełnej rodziny, gdzieś w na peryferiach miasta chyba na Dolnym Śląsku, cudowna gra najmłodszego aktora i nad tym wszystkim czuwające łaskawe oko losu. Bo o to się właśnie w filmie rozchodzi: o przychylność losu, o kuszenie go, o pomaganie mu. Małymi, niepozornym sztuczkami los można kusić i czekać na rozwój wypadków. Mały Stefek kusi los w magiczny sposób, to stawiając ołowiane żołnierzyki, albo rozsypując drobne monety na torach. Robi to w konkretnym celu, chce odzyskać ojca. Przyznam, że byłam wzruszona zabiegami Stefka. Obok scen pełnych uroku, są też sceny pełne humoru, np. jak sprytny Stefek wypuszcza z gołębnika ptaki.

Na plakacie reklamującym film napisano, że to film o samochodach, kobietach i miłości. Ktoś, kto robił ten plakat kompletnie nie zrozumiał „Sztuczek”. Na plakacie przede wszystkim powinien być Stefek, bo to wokół niego kręci się cała opowieść, a reszta jest dopełnieniem do historii małoletniego bohatera. Stefka zagrał Damian Ul, zagrał genialnie i autentycznie. Mamy pewnie do czynienia z rosnącym na naszych oczach talentem aktorskim. Choć takich małoletnich talentów było już sporo, a czas pokazał, że niekoniecznie tak samo dobra jest gra dorosłego aktora, którym zachwycano się, kiedy był dzieckiem. „Sztuczki” to nie film o kobietach, ani bynajmniej nie o samochodach, choć i kobiety i samochody pojawiają się w filmie. Jest to bezpretensjonalny i urokliwy film o świecie widzianym oczyma dziecka, który wierzy w to, że losem można kierować. Jest to film o tym, że można czarodziejskimi sztuczkami zmienić szarą rzeczywistość dookoła, nie popadając w naiwność i żałosny sentymentalizm. Największym magnesem w filmie jest właśnie Stefek, uroczy i wydawałoby się zwyczajny chłopiec, a jednak mający w sobie tyle magii i dziecięcej wiary w dobro. Jego nastawienie do świata powinno być zaraźliwe. Grą Damiana Ula, grającego Stefka, jestem zachwycona. Ten film, to naprawdę świetne polskie kino, które bez najmniejszych skrupułów mogę polecić osobom szukającym w filmie chwil wytchnienia i wiary w to, że świat wcale nie jest taki ponury...
Wejdźcie na stronę filmu i posłuchajcie też tej wesołej melodii. Jeśli spodoba się Wam melodia, spodoba się również film.