"Czytanie jest nałogiem, który może zastąpić wszystkie inne nałogi lub czasami zamiast nich intensywniej pomaga wszystkim żyć, jest wyuzdaniem, nieszczęsną manią."

"Malina" Ingeborg Bachmann

wtorek, 31 marca 2009

"Senność" - Wojciech Kuczok


Wojciecha Kuczoka bardzo lubię. Za prozę pozbawioną lukru, za treści wyzute z emocjonalnego i patetycznego anturażu. Za manierę wyalienowania i odstawanie od literatury gładkiej i moralnie poprawnej. Delektuję się jego stylem i wciąż mi mało. „Senność” uważam za książkę doskonałą.

To trzy historie o ludziach na pozór sobie obcych. Na pozór niemających ze sobą nic wspólnego. Na pozór żyjących w jakże innych światach. A jednak! Trzy historie o ludziach, którzy znaleźli się w martwym punkcie swojego życia. O ludziach zmuszonych do przemeblowania swojego życia. O ludziach, którzy już dłużej nie mogą tak żyć. Tak, czyli jak? Jak własne cienie, jak powietrze. Nie mogą żyć, jakby ich nie było. Nie mogą żyć w rytm ustalonych odgórnie zasad. Nie chcą żyć, nie czując, że żyją. Trzy historie: o Adamie i Pięknisiu, o Róży i Panu Mężu, o Robercie i Żonie. Trzy historie o marazmie, jaki wkrada się do duszy człowieka i dysponuje jego siłami witalnymi.

„Senność” oddaje te stany duchowe, które i mnie czasem dopadają. Wtedy mówię o sobie, że „ja jestem na zakręcie, proszę pana”. Proszę Pana, Panie Wojciechu, ja też chcę się wybudzić z tego letargu: cykliczności, powtarzalności, monotonii. Skoro Adamowi, Róży i Robertowi się udało, to mi też się uda?

W Senności” Kuczok mówi o genius loci. I mam wrażenie, że pisarz już swoje genius loci znalazł. Bo pisze znakomite książki, a wena twórcza nie bierze się znikąd. Jeśli chodzi o indywidualny styl pisarski, to według mnie Kuczok znalazł swoje miejsce w zdaniach wielokrotnie złożonych, ciągnących się, jak mordoklejki, które do bólu stają się rozkoszne i łechcą podniebienie słodkim smakiem słów.

Każdemu z nas jest potrzebne miejsce z duszą, nie tylko pisarzom czy artystom. Każdemu z nas!

Genius loci, chłopcze, potrzebny ci genius loci, artysta musi znaleźć swoje miejsce, takie, w którym zawrze przymierze z duchami, w którym zrozumie się bez słów z duchem stołu, duchem krzesła, duchem filiżanki z poranna kawą; powinieneś, chłopcze, unikać miejsc bezdusznych. Z tego, co mi opowiedziałeś, wynika, że mieszkasz w miejscu bezdusznym; choćbyś natężał wszystkie zmysły, zawsze będziesz czuł, jakby ci kto głowę opasał turbanem tłumiącym myśli, wszystkie one zdadzą ci się płytkie, żadna nie będzie godna utrwalenia. Musisz unikać takich miejsc, takie miejsca są wrogie intelektowi, nawet jeśli uda ci się wykraść niezapisane historie innym miejscom, kiedy je przyniesiesz ze sobą w miejsce bezduszne, natychmiast wywietrzeje z nich geniusz loci, staną się nijakie, bezwartościowe, będziesz z nich próbował budować swoją opowieść i tylko poczujesz niemoc. Ty musisz się, chłopcze, przeprowadzić; są takie miejsca, w których duchy nieustannie biesiadują, do których lubią przychodzić w gości, i kiedy zasiadasz do tworzenia, one się przekrzykują w podpowiedziach, każdy z nich chce pierwszy wyszeptać ci prosto w duszę swoją opowieść. To miejsca, w których kiedyś mieszkał twórczy intelekt; nawet jeśli już dawno zostały opuszczone przez twórczych ludzi, nawet jeśli ci twórczy ludzie dawno pomarli, ich twórczy intelekt przeniknął każdy metr kwadratowy tych miejsc, one tylko czekają na nowego lokatora, by tchnąć w niego twórcze impulsy. Musisz więc, chłopcze, porzucić swoje bezduszne miejsce, poszukaj dla siebie miejsca z genius loci, rozejrzyj się dokładnie, znajdź swój kąt i dostosuj do niego widok z okna, to bardzo ważne, każdy człowiek powinien mieć codzienny kontakt z naturą chociaż przez okno. Każdy człowiek powinien mieć za oknem choćby jedno drzewo, chociaż część drzewa, choć parę gałęzi, żeby widzieć, jak inny żywy organizm reaguje na wiatr i słotę, każdy powinien mieć swoje drzewo w zasięgu wzroku, swoje drzewo dostępne całodobowo w ekranie okna, zmienne, ruchliwe na wietrze, rozszczebiotane w porze ptasich sejmików, kwitnące albo tracące liście, spokojnie przyjmujące każdą porę roku, długowieczne.(...)”

(Wybaczcie, że pozwoliłam sobie na taki długi fragment, ale nie mogłam się powstrzymać.)

Kuczok ma niesamowitą lekkość w serwowaniu ironii i drwin. Robi to z wyczuciem godnym mistrza. No bo jak nie przyznać kunsztu zdaniu: „Słowa mi się zmęczyły”, które pada z ust Roberta, pisarza cierpiącego na niemoc twórczą. Zresztą sama postać Roberta to poniekąd aluzja do sytuacji i pozycji pisarza w naszym kraju.

Albo słowa Róży: „Oj, musimy oddychać, jeśli przestaniemy oddychać, to już nie pożyjemy, a przecież chcemy sobie jeszcze trochę pożyć, mimo wszystko, prawda?”. Róża boi się, że będzie musiała sobie to przypominać. Bo jej życie to co raz częściej sen, w który zapada niespodziewanie, zapominając co się wokół niej działo. A "jak się śpi samotnie, ostrze dni samo tnie."

My również powinniśmy się tego bać. Bo żyjemy automatycznie, bo powielamy wciąż ten sam schemat i tracimy szanse na ciekawsze życie. Zasypiamy.

W „Senności” nie ma wskazówek, nie ma rad i nie ma gotowych recept, na przebudzenie/zmartwychwstanie/odrodzenie. Każdy z bohaterów odkrywa siebie w sobie w najmniej spodziewanym momencie. Robi życiowy coming out. I zaczyna żyć.

czwartek, 26 marca 2009

"Koralina" - Neil Gaiman - wygrana


Ja wiem, nie powinnam. To źle o mnie świadczy. Ale co mi tam. Zdjęcie przedstawia książkę, którą wygrałam. Tym razem w konkursie Przystani Literackiej.


Mąż chce, abym mu na dobranoc czytała tą baśń. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. W każdym razie chętnie przeczytam „Koralinę”, bo bardzo dawno nie czytałam niczego dla dzieci.

„Paris London Dachau" - Agnieszka Drotkiewicz


„Paris London Dachau" Agnieszki Drotkiewicz to kolejna książka, którą wzięłam z bibliotecznej półki z pewną dozą niepewności. Zakładałam, że przeczytam raczej lekką prozę naśladującą styl Doroty Masłowskiej, którą osobiście lubię, i wcale się nie rozczarowałam. Doszłam nawet do wniosku, że to, co zrobiła Agnieszka Drotkiewicz, to kiepska kopia, nieudolna kalka. Zamiast wypracować sobie swój własny styl, pokusiła się o powielanie odważnego i nowatorskiego na ówczas – 2004 rok – stylu Masłowskiej.

Fatalnie jej to wyszło. To moje subiektywne zdanie. Fatalnie, bo „Paris London Dachau" to bełkot przeżywającej miłosne rozterki młodej Warszawianki, która na przemian stwierdza, że cierpi i tęskni, ale ma siły i chęci i korzysta z życia młodej warszawki, lansując się na potęgę w najmodniejszych ciuchach, w najmodniejszych lokalach, z fajnymi przyjaciółmi.

„Paris London Dachau" to przerost formy nad treścią. W każdym zdaniu, bez wyjątku. Drotkiewicz stworzyła śmietnik językowy, do którego nawrzucała mnóstwa cytatów, mnóstwa zdań po angielsku, francusku, rosyjsku. Mowę potoczną wymieszała z hasłami reklamowymi i tekstami piosenek. Narratorka, bohaterka, a pewnie i sama autorka mówi o sobie jasno: „Jestem ubrana w cytaty”. A zatem mam rozumieć, że nie ma własnej osobowości? Że nie ma swojego zdania? Że musi się posiłkować darami popkultury i słowami swoich literacko-muzycznych autorytetów?
„Błagam, lans to podstawa” – jakby odpowiadała na moje wątpliwości sama autorka.

Jako, że książka jest urozmaicona kolażami samej autorki, nie mogę sobie odpuścić i stwierdzić, że tak samo, jak styl książki jest zamotany, tak samo jej „prace plastyczne” są zastanawiające (cudzysłów potrzebny, bo użycie słowa: „plastyczne” może przez niektórych zostać odebrane, jako profanacja sztuki).

Dziwna to książka, przypomina mi rodzaj notatnika, pamiętnika, brudnopisu, w którym młoda kobieta notuje swoje myśli. Strumień świadomości to jednak nie jest. To przechowalnia najcenniejszych dla autorki zdań, cytatów i złotych myśli, którą wykorzystała po to, by opowiedzieć banalną historyjkę o rozchwianej emocjonalnie młodej studentce. Ja rozumiem, to lans. Więc nie będę pytać, po co Agnieszka Drtokiewicz to zrobiła.

Z ciekawości przeczytam następną książkę Agnieszki Drotkiewicz pt. „Dla mnie to samo”. Kupiłam ją w salonie Kolportera w cenie 7 zł. A podobno jest lepsza i dojrzalsza.
Czasem lubię się dręczyć/czytać młodą, gniewną i nastroszoną, polską prozę. W przeciwieństwie do wzniosłej, patetycznej i egzaltowanej młodej i nie tylko młodej polskiej prozy, która powoduje zawrót mojej głowy i niekontrolowane odruchy ... . To taki rodzaj literackiego sadomasochizmu.

poniedziałek, 23 marca 2009

"Tartak" - Daniel Odija


Była sobie Maria i był sobie Józef. I na początku Józef bardzo kochał Marię, mógł dla niej zrobić wszystko. Urodził im się Krzyś. Józef hodował lisy, na futra, bo była taka moda. Potem zbudował tartak, na kredyt, ale co tam. Żył jak król, zbudował dwupiętrowy dom, jeździł mercedesem. Znienawidził Marię, za to, że była prostą kobietą, za to, że nie dała mu więcej dzieci, bił ją i poniżał. Miał mnóstwo kochanek, nie potrzebował uczucia, chciał się tylko odprężyć, bo życie zaczęło go stresować. Krzyś wyrósł na Krzysztofa, odsunął się od rodziców, uciekał od nich.
Obok nich żyli inni mieszkańcy małej, biednej wioski, gdzie stały dwa bloki popegeerowskie, gdzie chłopi spędzali wolny czas w „Zagrodzie” pijąc i podziwiając wdzięki pani Marioli. We wiosce większość chłopów piła, bo nie było pracy, bo nic innego nie mieli do roboty. Alek, Sękowiak, Michał, Tosiek, Staszek, Marian Zygmunt, Marta, stary dziad z bielmem na oczach i wszechobecna bieda i pustka. Wioska ludzi skazanych na niebyt, na nieszczęście, na śmierć już za życia.

Daniel Odija w „Tartaku” stworzył bardzo smutny świat, kawałek naszej polskiej prowincji, z okresu, kiedy do władzy dochodził np. pan Lepper. Stworzył bardzo sugestywny obraz smutku i rozpaczy, ludzi, którzy zgubili sens życia, albo nigdy go nie poznali. Ludzi, którzy obeszli się smakiem miłości. Ludzi, którzy pomimo swojego prostego pochodzenia, szaleństwa lub choroby, dobrze wiedzieli i czuli, że coś ich w życiu omija.

„Tartak” to bardzo ciepła opowieść, mimo, że bardzo smutna. O pewnym świecie, który miał swój czas i rozpadał się wraz z upadkiem swoich mieszkańców. Żal mi bohaterów Odiji, wiem, że jego fikcja literacka wcale nie odbiega daleko od rzeczywistości małych miasteczek i wiosek.

Proza Daniela Odiji jest jak gorzka herbata, która tylko służy zdrowiu. Ja ten smak lubię.

niedziela, 22 marca 2009

"Lala" - Jacek Dehnel


Kiedy czytam książkę chcę rozumieć, co czytam, chcę wiedzieć, do czego prowadzi mnie autor, do jakich odkryć, do jakich prawd. Kiedy czytam książkę chcę oderwać się od rzeczywistości i zatopić się w opowiadanej mi historii. Jeśli nawet temat jest mało oryginalny, ale sposób narracji ciekawy, czytam i dążę do poznania całości. Ale jeśli mowa i styl pisarza, narracja i nadmierna maniera elokwencji sprawiają mi dość trudów, by chcieć czytać dalej, zastanawiam się, jaki ma to sens. Odkładam taką książkę. Nie chcę się trudzić. Dlatego właśnie podziękowałam Jackowi Dehnelowi, przeczytawszy 157 stron z czterystustronicowej „Lali”.

Sam Dehnel mnie do tego skłonił, podając mi na tacy odpowiednie słowa:

„W Oliwie wszystko więc było trochę inne, z Edypem, Brugią i rosyjskimi baletami w tle. Porozumiewaliśmy się językiem oderwanym od rzeczywistości ulicy Kwietnej, ulicy Liczmańskiego, ulicy Podhalańskiej, i dalej oderwanym od rzeczywistości Gdańska, Pomorza, Polski i większości zachodniego i wschodniego świata: aluzjami do rodzinnych opowieści, wspólnie czytanych książek, wewnątrzklanowymi powiedzonkami. Komuś z zewnątrz nieraz trudno było nas zrozumieć; ale czy nie o to po trosze chodziło?”

Nie, Panie Dehnel. Nie o to chodziło. Chodziło o to, by historię swojej rodziny opowiedzieć w taki sposób, aby był ona czytelna i zrozumiała dla przeciętnego czytelnika. Dla mnie cała ta otoczka nadzwyczajności rodziny, niezliczone historyjki, anegdotki i opowiastki o fragmentach życia dziadków, pradziadków, wujków, ciotek, stryjków, sąsiadów i całej reszty krewnych i znajomych królika, jest nudnawa, pozbawiona smaczku i za bardzo zmanierowana. Tworzenie aury nadzwyczajności i nieprzeciętności swojej rodziny uważam za przechwalanie się i brak taktu.

Nie odbieram Dehnelowi warsztatu literackiego, bo potrafi on pisać polszczyzną barwną, korzysta z dobrodziejstw środków stylistycznych bez większej trudności. Tworzy nastrój, stylem gawędziarskim przyciąga uwagę. Ale kwiecista mowa nie wystarczy, by zachwycać się „Lalą”.

Ja w pewnym momencie zaczęłam odczuwać nudę. Bo „Lala” nie ma fabuły wciągającej. Pisarz, będący zarazem narratorem i bohaterem książki opowiada poznane historie rodzinne, lub pozwala swojej babci, Lali, snuć wspomnienia. Rozumiem, że odkrywanie swoich korzeni ma wpływ na osobowość, kształtuje charakter, gust i smak. Nie przeczę, że spisując te wszystkie historie rodzinne Dehnel zrobił kawał dobrej roboty. Ale zrobił to dla siebie. Nie dla mnie, nie dla czytelnika. Bo jego rodzina ukształtowała jego osobowość, nie moją.

Owszem udało się Dehnelowi pokazać dawną Polską, tą sprzed wojny jednej i drugiej. Sportretował on życie w małych dworkach, w majątkach ziemskich, ale nie tylko, bo przecież i w wielkich miastach. Ale mnie tym nie oczarował. Bo zaczęłam się gubić, gdzie jestem. Zbyt dużo postaci, zbyt dużo miejsc, zbyt dużo historii. Może i miejscami historyjki są zabawne, ale i miejscami niesmaczne. Bo po co nam wiedzieć, że w Lisowie był koń Kubuś, który „nawet kupy robił koliście, czy raczej spiralnie, zaczynał gdzieś pośrodku trawnika, a potem jedna przy drugiej, stopniowo zataczając coraz szersze kręgi...”? Natomiast historyjka o piorunie kolistym jest mało realna, Dehnelowi puściły wodze fantazji.

Może powinnam czytać dalej, by znaleźć tą wspomnianą z tyłu na okładce „miłość w rozmaitych odmianach”. Ale nie będę czytać dalej. Bo podejrzewam, że maniera dystyngowania i mania wielkości, które mnie rażą, z każdą dalszą stroną utwierdzałyby mnie w przekonaniu, że w tej książce nie ma dla mnie nic ciekawego. Nie wnosi ona w moją wrażliwość żadnych nowych doznań. Mimo, że zamiar autora wydaje mi się bardzo trafny. Bo czyż nie dzięki własnym przodkom jesteśmy tacy, jacy jesteśmy? Sama nie raz zastanawiałam się na własnymi korzeniami, może nie poznałam tak wnikliwie, jak Dehnel, historii swojej rodziny, ale wiem, że dzięki rodzicom, dziadkom i pradziadkom, których nie znałam, jestem taka, a nie inna.

Aż się boję, co to będzie, bo czytam wokoło same zachwyty nad „Lalą”. Ale do jasnej..., dlaczego mam nie napisać, że mnie ta książka najzwyczajniej nie wzrusza, nie podnieca i nie zachwyca? Czyżbym nie dojrzała do dojrzałego Jacka Dehnela?

A tak na marginesie: O swojej rodzinie opowiada nam czasami La_Polaquita. I jej opowieści o swoich krewnych bardziej mnie wzruszają i skłaniają do refleksji. No!