"Czytanie jest nałogiem, który może zastąpić wszystkie inne nałogi lub czasami zamiast nich intensywniej pomaga wszystkim żyć, jest wyuzdaniem, nieszczęsną manią."

"Malina" Ingeborg Bachmann

wtorek, 26 lutego 2013

„Historia pewnego małżeństwa. Listy Bronisława Malinowskiego i Elsie Masson” pod redakcją Heleny Wayne

100 lat temu nie było komputera, Internetu, maili, skypa, gadu-gadu i całej reszty dobrodziejstw, do których jesteśmy przyzwyczajeni. Ba! Gdyby nagle te dobrodziejstwa zniknęły, ludzkość ogarnęłaby czarna rozpacz. Zapanowałaby era niewyobrażalnego chaosu. Po ulicach zamiast ludzi szwendałyby się zombie, bo tak wyobrażam sobie nagły wysyp istot będących na głodzie, istot uzależnionych od komputera i Internetu, istot z objawami nagłego odstawienia narkotyku.

100 lat temu świat był prostszy. Nie twierdzę, że piękniejszy i lepszy, ale prostszy. Komunikacja międzyludzka wymagała czasu i umiejętności artykułowania myśli. Dziś, w dobie Internetu, występują one w stanie szczątkowym, u niewielkiej liczby ziemskiej populacji.  A przecież jeszcze nie tak dawno nie było nawet telefonii komórkowej. Żyliśmy, radziliśmy sobie, komunikowaliśmy się ze sobą. 

100 lat temu żył Bronisław Malinowski i jego żona Elsie Masson. Nie znali komputera, nie korzystali z maili. Pisali do siebie listy. Zwykłe, pisane ręcznie na papierze listy! Niekiedy list wysłany przez Malinowskiego docierał do Elsie po 3-4 tygodniach, niekiedy list wysłany z Polski przez matkę Malinowskiego docierał do niego, przebywającego akurat na Wyspach Trobrianda, po roku. Niekiedy listy ze względów bezpieczeństwa musiały być cenzurowane. 

Dziś nie wyobrażamy sobie, że moglibyśmy szybko nie otrzymać odpowiedzi. Kiedyś cierpliwość była mocniejszą stroną człowieka. 

„Historia pewnego małżeństwa. Listy Bronisława Malinowskiego i Elsie Masson” pod redakcją Heleny Wayne (córki Malinowskiego) w tłumaczeniu Anny Zielińskiej-Elliott to książka, która zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Książka wypełniona listami i kilkoma fragmentami osobistych dzienników, jakie pisali do siebie Bronisław Malinowski i Elsie Masson, zdumiewa i wciąga na długie godziny. Podczas lektury towarzyszyło mi niezmiennie uczucie podglądacza, osoby nieuprawnionej do czytania osobistych i intymnych listów dwojga kochających się ludzi. Nie mogłam się opędzić od tego uczucia. Zapewne powodem tego stanu był fakt, że zaglądam komuś w jego prywatne sprawy, a czynić tego nie lubię. (Choć wiem, że dziś właśnie podglądactwo jest w cenie, na tym bazuje cała szatańska maszyneria telewizji i kolorowych gazetek.) Z drugiej jednak strony listy pisane przez obojga tworzyły niezwykle wyczerpujący portret ludzi, których połączyło silne uczucie. Ten portret okazał się na tyle fascynujący, że nie zwracałam uwagi na moje odczucia. A skoro córka państwa Malinowskich postanowiła upublicznić korespondencję swoich rodziców, to dlaczego ja się czuję nieswojo?!

Z listów obojga bije olbrzymia inteligencja. To nie są listy pisane na kolanie, na szybko, nieuważnie. W tych listach osoba pisząca, czy to Bronisław Malinowski, czy też Elsie Masson, skrupulatnie, szczerze i z ogromną dbałością przekazuje drugiej osobie wiadomości o swoim życiu, swojej pracy, zdrowiu, znajomych, ale również o kwestiach dotyczących spraw gospodarczych i politycznych.  Tu powinnam dodać, że listy, które czytamy, są z lat 1916-1935, a więc z burzliwego okresu historycznego (m in. I wojna światowa, brak Polski na mapach świata!)  Listy pisane były niemal z każdego miejsca, w którym akurat przebywali oboje małżonkowie. Przez Malinowskiego z wysp Melanezji, ze Stanów Zjednoczonych, gdzie wygłaszał cykl wykładów, z Afryki Południowej, gdzie prowadził badania terenowe, z Londynu, gdzie pracował. Elsie pisała z różnych zakątków Europy, z Włoch, z Austrii, z uzdrowisk i sanatoriów, które pod koniec życia, w związku z ciężką chorobą, stawały się jej domami.

Obszerność tego tomu listów wydaje się niewiarygodna. Tyle z nich ocalało, tak wiernie odzwierciedlają koleje losów dwojga kochających się ludzi. Niemal w każdym liście jedno zapewnia drugie o swojej miłości, przywiązaniu, tęsknocie. Wyraża zainteresowanie sprawami, które go omijają.

Szczególnie uderzył mnie fakt, że małżeństwo Elsie i Bronisława w dużej mierze polegało na rozłące, a listy stawały się łącznikiem, który nadawał temu małżeństwu sens trwania. Nie bałabym się nawet określić ich mianem małżeństwa korespondencyjnego. Tak mało przebywali ze sobą, tak często Bronisław wyjeżdżał, niekiedy na wielomiesięczne podróże, tak rzadko ich trzy córki: Józefa, Wanda i Helena, mogły nacieszyć się rodzicami. 

Nazwisko Bronisława Malinowskiego jest znane w świecie naukowym. Chyba każdy wie, że był antropologiem, który prowadził badania terenowe na wyspach Melanezji.
 „Stworzył on podstawy teorii funkcjonalistycznej oraz tzw. brytyjskiej antropologii społecznej. Wprowadził nowy styl pracy terenowej, którym było długotrwałe i głębokie zetknięcie z badaną społecznością. W okresie od czerwca 1915 do maja 1916 roku i od października 1917 do października 1918 roku prowadził badania na Wyspach Trobriandzkich, które zaowocowały wieloma pracami teoretycznymi, m.in. Argonauci Zachodniego Pacyfiku oraz Życie seksualne dzikich w północno-zachodniej Melanezji.”
Cytat z Wikipedii

Nie jestem specjalnie wielką znawczynią antropologii, ale podróże, szczególnie w miejsca, których zapewne nigdy w życiu nie zobaczę, interesują mnie bardzo. Zawsze podziwiałam naukowców i podróżników za ich pasje. Po lekturze „Historii pewnego małżeństwa…” do osób, które podziwiam dołącza Bronisław Malinowski.

Pełna podziwu jestem również dla uczucia, które połączyło Elsie i Bronisława Malinowskich. 

niedziela, 10 lutego 2013

"Wilczyce" - Aneta Borowiec

„Wilczyce” Anety Borowiec to książka w sam raz na letni urlop. Najlepiej, aby był to urlop gdzieś na wsi, w starym drewnianym domu z wielkim ogrodem. I ten dom koniecznie musi mieć strych i drewniany płot. I w tym domu koniecznie powinni mieszkać mili dziadkowie. Babcia musowo musi umieć robić lemoniadę. Ech... Zamarzył mi się taki sielski urlop.

No cóż. „Wilczyce” przeczytałam w lutym, zimnym i śnieżnym miesiącu.  I zatęskniłam za gorącym latem, choć ja należę do tej grupy ludzi, którzy kochają zimę. Ot, ironia losu.

Aneta Borowiec napisała powieść dla kobiet, tego akurat jestem pewna. Ale ta powieść nie jest zwykłym babskim czytadłem. Jest inteligentnie i finezyjnie skonstruowaną opowieścią, o prostej fabule, wciągającą i zastanawiającą. Natalia, bohaterka powieści, ucieka przed rzeczywistością. Ucieka w poszukiwaniu samej siebie. Łatwo się domyślić, że powodem tej ucieczki jest mężczyzna. Łatwo się domyślić, że ucieczka ma jej pomóc w ogarnięciu się, w podjęciu właściwej decyzji. Zaskoczeniem jest jednak odkrywanie rodzinnej tajemnicy, trudnej i bolesnej prawdy o swoich przodkach. Natalia odkrywa własne korzenie, własną tożsamość, przyczynę takich a nie innych zachowań swoich rodziców i dziadków. Ucieczka z miasta na wieś w celu leczenia złamanego serca okazuje się zbawiennym zabiegiem nie tylko dla niej.

Ile jest takich Natalii wśród nas, ile jest takich Wilczyc w naszym kraju? Z pewnością tysiące. Aneta Borowiec uwieczniła jedną z nas, kobiet pamiętających dzieciństwo na wsi u dziadków, pamiętającą topiący się asfalt od gorącego powietrza. Natalia to przedstawicielka pokolenia 30+. Wychowana w PRL-u, dorastająca w czasach różnych zawirowań. Mająca trudne relacje z własną matką.

Zaletą powieści Anety Borowiec jest brak sentymentalizmu, brak tkliwych i łzawych scen. W zamian dostajemy rzeczową i treściwą fabułę. Dodatkowym atutem jest tempo akcji, niby coś się dzieje, a jednak odnosi się wrażenie, że czas płynie wolniej. Wszystko jest, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, spowite leniwym i gorącym letnim powietrzem. Nad „Wilczycami” unosi się nastrojowa aura, pachnące kwitnącą lawendą powietrze. Nic nie poradzę na to, że ten klimat mną zawładnął. Lawenda i lemoniada tak na mnie wpłynęły…

Polecam „Wilczyce” na lato. Koniecznie właśnie na lato! Wtedy, kiedy będzie pachniała lawenda i będziecie mogli sięgać po zimną lemoniadę!

sobota, 2 lutego 2013

"Amsterdam" - Ian McEwan

W 1998 roku Ian McEwan za powieść „Amsterdam” otrzymał Booker Prize, najbardziej prestiżową brytyjską nagrodę literacką. Nie znam uzasadnienia werdyktu komisji przyznającej tę nagrodę, ale miałam właśnie okazję przeczytać „Amsterdam” i swoje zdanie na temat książki mam.  Jest to świetnie skomponowana tragikomedia, którą czyta się ekspresowo. McEwan nie nuży czytelnika zbędnymi wątkami, tylko błyskotliwie zabawia skondensowaną fabułą. „Amsterdam” ma zaledwie 220 stron, które obfitują w wartką akcję, niemalże sensacyjną. Ktoś inny, gdyby wpadł na pomysł tej fabuły, mógłby rozpisać się na dwa razy więcej stron i tym samym zabiłby lekturę. McEwan skupił się na doskonałej intrydze i uniknął dłużyzn. Mój zachwyt na formą jest równie duży, jak zachwyt nad treścią. A raczej nad świetnym pomysłem na fabułę. Mamy tu do czynienia z czarnym humorem, bo inaczej nie nazwę pomysłu pisarza.

Oto po śmierci Molly Lane jej byli kochankowie zostają wciągnięci w pędzący wir zdarzeń. Kompozytor Clive Linley pracuje nad wielką symfonią, mającą uświetnić wejście w nowe milenium, ale praca idzie mu ciężko. Vernon Halliday, redaktor naczelny poważnego brytyjskiego dziennika, przygotowuje druk artykułu, który wywoła skandal obyczajowy w politycznym świecie. Julian Garmony, minister spraw zagranicznych, kandydat na premiera, zostaje wplątany w ten skandal, a właściwie staje się jego bohaterem. Wszyscy muszą się liczyć z konsekwencjami swoich czynów. Wszyscy wpadają w sidła własnych kompleksów. Tragikomiczny finał ma miejsce w Amsterdamie.

Fabuła jest dość prosta, brak tu spektakularnych zwrotów akcji, największym atutem jest genialna narracja i lekki styl. Co ważne, dotyka ona moralnych dylematów, kładzie nacisk na egoistyczne i interesowne skłonności człowieka, które w efekcie mogą przynieść nieprzewidywalne skutki.

McEwan ujął mnie tą lekkością pióra i diabelskim humorem. Pomyli się ten, który sądzi, że w tej powieści brak głębszego tła. Otóż pod warstwą fabuły kryje się spora doza refleksji nad istotą przyjaźni, szacunku, władzy i zemsty. „Amsterdam” obnaża działania dziennikarzy, którzy potrafią zniszczyć karierę ważnych osobistości, piętnuje również świat polityków, w którym prym wiedzie prywata i hipokryzja.

Nie wiem, czy „Amsterdam” został już sfilmowany. Ale jestem przekonana, że na podstawie książki Iana McEwana powstałby znakomity film sensacyjno-komediowy.

sobota, 26 stycznia 2013

„Wstydliwa historia piękna. Jak Helena Rubinstein i L'Oréal stworzyli kobietę.” - Ruth Brandon

„W przemyśle kosmetycznym zawsze chodziło o pewność siebie, to ona była prawdziwym towarem. Kremy, farby, zastrzyki, operacje są zaledwie ścieżkami do tego, co najważniejsze. To pewności siebie mężczyźni z epoki wiktoriańskiej odmawiali swoim kobietom. To ją Helena Rubinstein i jej klientki chciały osiągnąć dzięki kosmetykom. Sprzedawanie pewności siebie dało Eugène’owi Schuellerowi dość pieniędzy, by kupić sobie władzę. Jak na ironię, firma, której używał jak dojnej krowy, teraz, gdy handluje pewnością siebie, ma prawdopodobnie więcej władzy, niż jakakolwiek partia polityczna czy jakikolwiek ekonomista kiedykolwiek będzie mieć.”

Tymi słowami Ruth Brandon kończy swoją książkę pt. „Wstydliwa historia piękna. Jak Helena Rubinstein i L'Oréal stworzyli kobietę.”  Książkę ogromnie ciekawą i otwierającą szerzej oczy na funkcjonowanie przemysłu kosmetycznego we współczesnym świecie.

W cytowanych słowach pojawia się śmiała teza, jakoby pomiędzy pewnością siebie i kosmetykami istniał znak równości. Teza jest jak najbardziej słuszna i zasadna. Książka Ruth Brandon nie tylko udowadnia tę tezę, ale również rzuca nowe światło na marki kosmetyczne, po które my kobiety sięgamy na co dzień, nie zawsze znając histerię ich powstania.
 
Zależności rządzące kosmetycznym biznesem i jego powiązanie ze światem polityki (!) to zdecydowanie główne tematy „Wstydliwej historii piękna”. O ile autorka z biografii Heleny Rubinstein wyciąga najistotniejsze szczegóły, o tyle biografia Eugène’a  Schuellera –  twórcy L'Oréala, została przedstawiona dość wnikliwie. To zresztą nie dziwi, bowiem L'Oréal wchłonął swego czasu koncern Heleny Rubinstein i stał się niekwestionowaną potęgą na rynku kosmetycznym. Ruth Brandon podaje, że L'Oréal ma dziś ponad 400 filii i 500 marek w 150 krajach na świecie, m. in.: Maybelline, Garnier, Lancôme, Biotherm, perfumy Giorgio Armani, Ralph Lauren, Cacharel, Lanvin, Victor&Rolf, Diesel, a także kosmetyki Vichy, La Roche Posay, Sanflore. Posiada również sieć popularnych sklepów The Body Shop.

„Wstydliwa historia piękna” zestawia i porównuje dwie osobowości, których koncerny kosmetyczne odniosły ogromne sukcesy w XX wieku. Co ciekawe te osobowości prezentują skrajnie odmienne światopoglądy i style. Helena Rubinstein – Żydówka z krakowskiego Kazimierza, stworzyła biznes rodzinny i dążyła do tego, aby pozostał on w rękach rodziny; opoką jej firmy, rzecz jasna prócz niej samej, były siostry, kuzynki i siostrzenice. Rubinstein była ekscentryczką, pełną energii kobietą, która kochała bogactwo, przepych, niekiedy nawet ocierając się o kicz. Ale kicz w jej wydaniu był ujmujący i do zaakceptowania. Natomiast Eugène Schueller, Francuz, którego poglądy antysemickie były znane, został oskarżony po II wojnie światowej o kolaborację z nazistami. Swoją firmą zarządzał twardą ręką i słynął z zapędów dyktatorskich. Miejsce kobiety upatrywał u boku mężczyzny, a kierowanie swojej firmy polecał wyłącznie mężczyznom. Warto tu zaznaczyć, że to jednak kobiety dostrzegły olbrzymi potencjał w rynku kosmetyków. To Helena Rubinstein, Elizabeth Arden i Estée Lauder rozpoczęły ekspansję na rynku kosmetycznym, ponieważ „mężczyźni nie mieli jeszcze pojęcia o handlowych możliwościach przemysłu kosmetycznego”. A kiedy kobiety udowodniły handlowy potencjał tego przemysłu, pojawili się mężczyźni.
 
Helena Rubinstein zaczęła swoją przygodę z kosmetykami od kremu do twarzy, natomiast Eugène Schueller od farby do włosów. Rubinstein kochała podróże, poznawanie nowych ludzi, otaczała się artystami, lubiła błyszczeć i być w centrum uwagi. Twórca L'Oréala stronił od ludzi, nie afiszował się bogactwem. Jego córka Liliane Bettencourt, która po śmierci ojca odziedziczyła majątek, stanowiła przeciwieństwo Heleny Rubinstein. Była zwolenniczką minimalizmu, a większość swojej kolekcji biżuterii ulokowała w bankowych sejfach, nie obwieszając się rubinami i perłami tak, jak Madame Rubinstein.

Ruth Brandon sporo miejsca poświęca w swojej książce osobie Eugène’a Schuellera i jego biografii z okresu II wojny światowej. Z jednej strony Schueller wspierał francuski ruch oporu, z drugiej strony dowody świadczące o jego współpracy z nazistami były mocne. Jego działalność z czasów wojny przez następne półwiecze budziła kontrowersje, co niespecjalnie służyło firmie L'Oréal. Zarzuty kolaboracji dotyczyły zresztą wielu jego przyjaciół i osób zarządzających firmą.
 
„Historia przejęcia Heleny Rubinstein przez L'Oréal i następujące po tym skandale to niemal idealny pomysł na powieść. Gdyby nie zaciekły antysemityzm Schuellera i jego przyjaciół, Madame nigdy nie odkryłaby na nowo swojego żydowskiego pochodzenia i nie otworzyłaby izraelskiego oddziału firmy, który stał się przyczyną kłopotów z komisją do spraw bojkotu Izraela.”
 
Jak widać z książki Ruth Brandon można dowiedzieć się wielu ciekawych faktów historycznych.  Tylko, czy prawda o antysemityzmie założyciela L'Oréal  wpłynie na spadek sprzedaży kosmetyków tej marki? Szczerze wątpię.
 
Lektura „Wstydliwej historii piękna” to również świetna rozprawa o tym, jak kosmetyki rządzą światem. O tym, że biznes kosmetyczny to olbrzymie pole manewru dla rządzących światem, wiadomo. Wiadomo również, że większość obietnic, jakie znajdziemy w reklamach kosmetyków, to czcze gadanie, mydlenie oczu i próba zaspokajania próżności. Żaden krem tak naprawdę  nie przywróci młodości, nie zlikwiduje zmarszczek, nie ujędrni ciała, nie zmieni rysów twarzy. Skoro jesteśmy świadomi, że kosmetyki nie zdziałają cudów, to dlaczego ulegamy ich czarowi? Odpowiedź jest banalnie prosta i ukryta w genialniej tezie, którą postawiła autorka „Wstydliwej historii piękna”. Kupujemy kosmetyki, bo dodają nam pewności siebie. Udowadnia to również przemysł operacji plastycznych, który przynosi równie znakomite dochody. Chcemy kosmetykami i operacjami plastycznymi upiększyć się, poprawić naturę. Chcemy być piękniejsi i idealniejsi. Nasza epoka to epoka dominującego kultu piękna i młodości. Chcemy wyglądać, jak modelki na zdjęciu retuszowanym w Photoshopie.  Chcemy mieć gładką cerę, bez niedoskonałości, idealnie lśniące włosy, śnieżnobiałe zęby, wiecznie jędrny biust, nie chcemy się pocić. Tych nowych wzorców piękna jest cała masa. Tu przyznam, że wcale się nie zdziwiłam, gdy przeczytałam, że również słynne zdjęcia z kampanii Dove Real Beauty to dzieła zdolnych grafików posługujących się Photoshopem.
 
Swoistą ironią losu jest to, że chcąc udoskonalać naturę gonimy za nieosiągalnym ideałem, bo ideał jest wirtualnym efektem programu komputerowego. Drugą ironią jest to, że chcemy żyć w zgodzie z naturą, a usilnie staramy się ją poprawiać.
 
„Skoro nowe ciała i twarze są dostępne jak z katalogu, w jaki sposób dokonujemy wyboru? Kto ustanawia obowiązujący ideał?
Odpowiedź brzmi: ten kto ma władzę i komu zazdrościmy. Wygląd osiemnastowiecznego francuskiego dworu na przykład był nie tylko błazeński, ale też niebezpieczny. Wszyscy wiedzieli, że wybielająca skórę pasta zrobiona z ołowiu jest trucizną, która niszczy skórę i powoduje śmierć. Ale król malował nią twarz i by nie ryzykować swojej pozycji, pokazując się dziwnie niepomalowanym, dworzanie dostosowywali się do sytuacji.”

Tym cytatem-puentą kończę i bez cienia wątpliwości polecam lekturę „Wstydliwej historii piękna”.

piątek, 18 stycznia 2013

"Bezsenność w Tokio" - Marcin Bruczkowski

 „Bezsenność w Tokio” Marcina Bruczkowskiego chodziła za mną od dawna. Ale, jak to bywa z książkami dobrymi (!), ciężko je znaleźć. Udało mi się w końcu kupić nowiutkie wydanie, ponieważ Znak wspaniałomyślnie postanowił wznowić książki Marcina Bruczkowskiego! W 2013 r. mają się ukazać kolejne wznowienia ("Singapur, czwarta rano" i "Zagubieni w Tokio"), a także najnowsza książka, która właśnie powstaje. Jest to informacja pewna, bowiem sam autor o tym wspomina na swojej stronie.

„Bezsenność w Tokio” czyta się jednym tchem, a jak to bywa w przypadku konsumowania dobrego kąsku, apetyt rośnie w miarę jedzenia. Wspomnienia z 10-letniego pobytu autora w Japonii są pełne lekkości i wesołości. I nie ważne, że dotyczą przełomu lat 80. i 90. XX wieku. Sądzę, że doświadczenia gajdzinów w Kraju Kwitnącej Wiśni nie zmieniają się. A życie gajdzinów w Japonii wcale do lekkich nie należy. Marcin Bruczkowski opisał w swojej pierwszej książce zapewne ułamek z sytuacji, jakie przeżył. A przeżył naprawdę sporo.

To, że Japonia jest dla nas Europejczyków krajem egzotycznym, wiemy nie od dziś. My dziwimy się obserwując ichniejszą kulturę, oni dziwią się nam. Nic w tym nadzwyczajnego, przecież zawsze to, co nieznane, co odmienne od naszego, wzbudza ciekawość i chęć poznania. No, może nie wszystkich, ale sporej grupy ludzi. I chwała za to tym, którzy mają odwagę i chcą poznawać te inne kraje, a potem nam je opisywać. Bo najciekawsze są wspomnienia ludzi zwyczajnych, wędrujących po świecie i opisujących własne doświadczenia. Nie sięgnęłabym po żadne książki podróżnicze celebrytki A, czy dziennikarza B. Nie mam zaufania do szczerości takich wydawnictw.  Natomiast książki takie jak „Bezsenność w Tokio” to autentyczne i wspaniałe lektury.

Czytając książkę Marcina Bruczkowskiego doszłam do wniosku, że do odważnych świat należy. Zazdroszczę tej odwagi, której mi natura poskąpiła. Gdybym ją miała, sama wyruszyłabym w siną dal. Sama chętnie wsiadłabym na rower, aby zgubić się w gąszczu tokijskich maleńkich uliczek bez nazwy. Sama chętnie wybrałabym się autostopem na inną wyspę, choć raczej nie rozbiłabym namiotu na peronie kolejowym. Sama chętnie popływałabym w oceanie, gdzie woda jest niezwykle przejrzysta, ale spotkania z parzącymi meduzami wolałabym uniknąć.  Chętnie skosztowałabym większość potraw japońskiej kuchni, ale Oka Tuńczyka za grube miliony do ust bym nie wzięła. Zastanawiam się, czy przyzwyczaiłabym się do maleńkich mieszkanek o ścianach grubości kartki papieru, na dodatek bez łazienki i centralnego ogrzewania.  Zastanawiam się, jak zniosłabym ścisk w metrze i codzienne wielogodzinne dojazdy do pracy i z pracy. Podobno do wszystkiego człowiek idzie się przyzwyczaić. Ale wiadomo, że podstawą są pieniądze, bez nich ciężko przeżyć. A życie w Japonii do tanich nie należy.

„Bezsenność w Tokio” ma ogromna zaletę, poprawia humor i wzbudza olbrzymią ciekawość.  Marcin Bruczkowski rozwiewa wiele mitów na temat Japonii i udowadnia, że gajdzin to nie ufoludek, ale taki sam człowiek jak Japończyk, choć ten może uparcie się z tym nie zgadzać. Niezwykła gościnność, uprzejmość i nawyk przepraszania to chyba te cechy, które u Japończyków najbardziej mnie zdumiewają, ale tak pozytywnie.  Ile bym dała, żeby zostać potraktowaną tak uprzejmie, grzecznie, kulturalnie, bez lekceważenia i wywyższania się, np. w przychodni. Już sobie wyobrażam sytuację: idę do okienka, aby zarejestrować się do lekarza i widzę panią, która kłania mi się w pas, z najwyższą uniżonością mnie przepraszając, że pani doktor nie przyjmie mnie zaraz, tylko za godzinę. To byłby cud! Prawda!? :)  Zresztą sam fakt, że lekarz przyjąłby mnie dziś, a nie za dwa tygodnie (albo za miesiąc), to już byłby cud nad cudy.

Jako, że Marcin Bruczkowski wspominał o naszym rodzimym trunku, który Japończycy wymawiają jako dzoburokka, ciekawa jestem, jak też Japończycy wymawiali nazwisko Basi Trzetrzelewskiej, popularnej wtedy na wyspach japońskich naszej piosenkarki. Jeśli ktoś wie, niech da znać. Bo skoro Japończycy nie potrafią wymówić dwóch spółgłosek znajdujących się obok siebie, to jak wymówili jej nazwisko? Wiem natomiast, że Bruczkowski po japońsku brzmi tak: Burucikofusuki.

Przyznam, że narobił mi Marcin Bruczkowski smaku na okonomiyaki. Chyba będę musiała znaleźć jakąś japońską restaurację i skosztować tego. Choć pewnie w mieście, w którym mieszkam takowej nie ma, a nawet jak jest, to jej kuchnia nie ma nic wspólnego z kuchnią japońską. No zobaczymy.
Aha, no i warto zapamiętać, że nasze polskie „daj dziobu” w ustach Japończyka oznacza zupełnie coś innego.