"Czytanie jest nałogiem, który może zastąpić wszystkie inne nałogi lub czasami zamiast nich intensywniej pomaga wszystkim żyć, jest wyuzdaniem, nieszczęsną manią."

"Malina" Ingeborg Bachmann

czwartek, 9 kwietnia 2009

"Koralina" - Neil Gaiman


Nie pamiętam dokładnie, kiedy ostatnio czytałam coś z literatury dla dzieci czy młodzieży. Musiało to być gdzieś około 15-17 lat temu. Kawał czasu. Oczywiście czasu poświęconego na czytanie innych książek. A dziś po tak długiej przerwie przeczytałam bardzo fajną książeczkę dla starszych dzieci, bo raczej nie dla nastolatków. Mówię o „Koralinie” Neila Gaimana, którą to książkę wygrałam niedawno.

„Koralina” to książka na jedno senne przedpołudnie lub popołudnie. Czyta się szybko, no bo tak mają się przecież czytać książki dla młodszych czytelników. Historyjka dość łatwa, z pedagogicznym morałem. Opowiedziana nie za krótko, nie za długo, bez ziewania, pobudzająca wyobraźnię i oczywiście z happy endem. Dla dzieci czytających „Koralinę” powinna ona być łatwym i ciekawym kąskiem. Mamy tu jakieś stwory z guzikami zamiast oczu, dziwny dom i różnorakie czary, a tytułowa Koralina ma do pokonania złą moc i wychodzi z potyczki zwycięsko. Niby banał. Niby historyjka, jakich tysiące. Ale mająca swój urok. No i to mądre przesłanie. Nie powiem jakie, bo może sami zechcecie przeczytać „Koralinę”.

Aha, wcale się nie bałam. I uważam, że jak najbardziej jest to książka dla dzieci.

Tylko jedna rzecz mnie trochę zastanawia. Kim lub czym była druga matka Koraliny? Kto zna odpowiedź? Bo chyba N. Gaiman tej sprawy nie wyjaśnił. Ale tak to już w książkach dla dzieci bywa, że nie wszystkie sprawy są wyjaśniane. Po prostu pewne sprawy przyjmuje się za oczywiste i niewymagające jakichkolwiek wyjaśnień. Chyba za bardzo się czepiam...

Chętnie zobaczę też film i biegającą po ekranie białą, trupią, zakończoną szkarłatnymi paznokciami, prawą dłoń drugiej matki.

środa, 8 kwietnia 2009

"Betonowy ogród" - Ian McEwan


Mogę sobie wyobrażać, co stało się dalej: przyjechała policja, ludzie z opieki społecznej, dochodzenie, makabryczne odkrycie w piwnicy domu... Następnie rodzeństwo ląduje w domu dziecka albo rodzinach zastępczych. I odpowiadając na pytanie Julii, będące ostatnim zdaniem książki, powiem: nie, to nie był piękny sen. Bynajmniej w moim odczuciu.

„Betonowy ogród” Iana McEwana mnie rozczarował. Czytałam wcześniej wiele na temat tej książki i pewnie dlatego byłam przekonana, że biorę do rąk coś niezwykłego. Tymczasem przeczytałam ciekawą historię czwórki rodzeństwa, której zakończenie mnie nie zaskoczyło, zawiodło i pozostawiło niesmak. Pomimo, że zakończenie nie jest jednoznaczne, bo autor jedynie wskazuje, co mogło się później wydarzyć.
Historię opowiada Jack, nastoletni chłopak, który wraz z trójką rodzeństwa po śmierci wpierw ojca, a potem matki, prowadzi beztroski tryb życia, jak gdyby nic się nie wydarzyło. A wydarzyło się coś, co spowodowało, że nagle dzieciństwo Julii, Jacka, Sue i najmłodszego Toma zmieniło się w coś na kształt farsy. Decyzja najstarszych z rodzeństwa Julii i Jacka, by pochować zmarłą matkę w piwnicy domu, jest tragiczną w skutkach decyzją. Intencje nastolatków są oczywiste. Nie chcą, aby rozdzielono rodzeństwo, chcą pozostać w rodzinnym domu. Ale będąc wciąż dziećmi, nie zdają sobie sprawy z konsekwencji swojego czynu. A konsekwencje odbijają się na psychice każdego z rodzeństwa. Każde z nich odczuwa nową rzeczywistość i nie potrafi sobie z nią poradzić. Relacje między rodzeństwem stają się napięte, dochodzi do kłótni, nie sprzyja temu okres dojrzewania Jacka, który swoje erotyczne fantazje wiąże ze starszą siostrą. Wspólna tajemnica, która miała scementować rodzeństwo, staje się dla nich ciężarem nie do udźwignięcia.

Podczas lektury „Betonowego ogrodu” miałam chwilę zadumy i wspominałam swoje dzieciństwo. Chyba nie byłam osamotniona, kiedy mając naście lat, wyobrażałam sobie, że nagle zostaję sama na świecie i muszę sobie poradzić sama. Przyznam, że wtedy wydawało mi się to bardzo proste. Mieszkałabym sama, jakoś (no właśnie jakoś?) miałabym pieniądze na życie, nie musiałabym nikogo słuchać. W swoich fantazjach nie uwzględniałam różnych trudności, jakie pojawiłyby się wokół mnie. A pojawiłyby się na pewno. Wyobraźnia wyobraźnią, a życie życiem.

Ian McEwan opisał taką właśnie historię. Stworzył gotowy scenariusz makabreski, w jaką zostają wplątani młodzi i nie znający życia bohaterowie „Betonowego ogrodu”. Pokazał mechanizmy, które działają wszędzie tak samo. Sielanka, która wcale nie do końca cieszyła rodzeństwo, została brutalnie zakończona. Beztroskie dzieciństwo i zabawa w dorosłość nie mogła trwać długo. Prędzej, czy później prawda i tak wyjdzie na jaw.

Niesmak mam, ponieważ pisarz mógł stworzyć coś więcej, rozwinąć historię, posunąć się dalej. Tak samo, jak brutalnie i szybko zakończył dzieciństwo Julii, Jackowi, Sue i Tomowi, tak też zbyt szybko zakończył opowieść i pozostawił mnie rozgoryczoną. Cieszyłam się z ciekawej historii, ale ta radość nie trwała długo. Bo prędzej, czy później każda historia się kończy.

poniedziałek, 6 kwietnia 2009

"Szklana huta" - Daniel Odija


Biorąc do ręki „Szklaną hutę” Daniela Odiji nie wiedziałam, że biorę tom opowiadań. Czytając pierwsze rozdziały – opowiadania usiłowałam sobie tworzyć historię jednego mężczyzny, który opowiada o swoim życiu. W połowie książki miałam dziwne uczucie, że coś mi nie gra. Pod koniec książki już wiedziałam, że każdy kolejny rozdział, to odrębne opowiadanie. Ale jakby dotykające tego samego tematu, w którym bohaterem jest wciąż ten sam mężczyzna. Raz młody, raz starszy, ale wciąż ten sam człowiek.
„Szklana huta” to opowiadania o ludziach poszukujących pracy, imających się różnych zajęć, zdeterminowanych przez obowiązki i odpowiedzialność. Czy młody mężczyzna szukający pracy, aby utrzymać żonę i małe dziecko, czy starszy mężczyzna filmujący przyjęcia weselne, czy robotnik fizyczny w przepoconym podkoszulku, to obraz wciąż tego samego kraju. Kraju, który nie daje zbyt wielu szans, kraju, który zmusza ludzi do kombinowania, do wyjazdów za ocean za chlebem, do upijania się z radości i ze smutku. Historie, jakie zebrał w tym tomie Odija, to gorzka prawda o nas, o Polakach. Przez absurd przemawia gorycz, przez gorycz obojętność. Humor miesza się tu z ironią, ironia powoduje zadumę, zaduma zaczyna doskwierać.

A opowiadane historie podobno działy się naprawdę. To życie samego pisarza, jego krewnych i znajomych. Odija obserwuje i umiejętnie to życie przelewa na papier.

„Świat niech się rozpada na ulotne kawałki, a każdy z kawałków niech zostawia za sobą zapach i nie ma znaczenia, czy coś rzeczywiście się zdarzyło czy nie, bo skoro o tym mówimy, to pewnie jest i zdarzyło się, bo opowieścią powołaliśmy zdarzenie do życia. Niech czas zatacza koło i gdy tylko zechcemy, bądźmy młodzi albo starzy, i niech nam starość nie przeszkadza. Dobrze byłoby osiągnąć zdolność rozjaśniania nawet najciemniejszej nocy i nie żadną zapałką czy żarówką, ale sobą samym i nawet największym bólu umieć dostrzegać przyjemność.”

Do tej pory jedynymi opowiadaniami, które lubiłam, były opowiadania Marka Hłaski i chyba tak pozostanie. Odija swoimi opowiadaniami nie zachwycił mnie tak, jak poprzednią swoją książką „Tartak”. Czegoś mi w nich brakowało, a nieco męczący styl pisania spowalniał tempo czytania. Spisane historie nie są ani oryginalne, ani odkrywcze, ale chyba refleksja, z jaką po lekturze człowiek zostaje, czyni „Szklaną hutę” wartą zainteresowania. Śmiech przez łzy, gorzkie prawdy o życiu ukryte w żartobliwych komentarzach, drwina z sytuacji godnych pożałowania. Oto, co wynika ze „Szklanej huty”.

Zdecydowanie jednak wolę powieści niż opowiadania, za szybko się kończą.

wtorek, 31 marca 2009

"Senność" - Wojciech Kuczok


Wojciecha Kuczoka bardzo lubię. Za prozę pozbawioną lukru, za treści wyzute z emocjonalnego i patetycznego anturażu. Za manierę wyalienowania i odstawanie od literatury gładkiej i moralnie poprawnej. Delektuję się jego stylem i wciąż mi mało. „Senność” uważam za książkę doskonałą.

To trzy historie o ludziach na pozór sobie obcych. Na pozór niemających ze sobą nic wspólnego. Na pozór żyjących w jakże innych światach. A jednak! Trzy historie o ludziach, którzy znaleźli się w martwym punkcie swojego życia. O ludziach zmuszonych do przemeblowania swojego życia. O ludziach, którzy już dłużej nie mogą tak żyć. Tak, czyli jak? Jak własne cienie, jak powietrze. Nie mogą żyć, jakby ich nie było. Nie mogą żyć w rytm ustalonych odgórnie zasad. Nie chcą żyć, nie czując, że żyją. Trzy historie: o Adamie i Pięknisiu, o Róży i Panu Mężu, o Robercie i Żonie. Trzy historie o marazmie, jaki wkrada się do duszy człowieka i dysponuje jego siłami witalnymi.

„Senność” oddaje te stany duchowe, które i mnie czasem dopadają. Wtedy mówię o sobie, że „ja jestem na zakręcie, proszę pana”. Proszę Pana, Panie Wojciechu, ja też chcę się wybudzić z tego letargu: cykliczności, powtarzalności, monotonii. Skoro Adamowi, Róży i Robertowi się udało, to mi też się uda?

W Senności” Kuczok mówi o genius loci. I mam wrażenie, że pisarz już swoje genius loci znalazł. Bo pisze znakomite książki, a wena twórcza nie bierze się znikąd. Jeśli chodzi o indywidualny styl pisarski, to według mnie Kuczok znalazł swoje miejsce w zdaniach wielokrotnie złożonych, ciągnących się, jak mordoklejki, które do bólu stają się rozkoszne i łechcą podniebienie słodkim smakiem słów.

Każdemu z nas jest potrzebne miejsce z duszą, nie tylko pisarzom czy artystom. Każdemu z nas!

Genius loci, chłopcze, potrzebny ci genius loci, artysta musi znaleźć swoje miejsce, takie, w którym zawrze przymierze z duchami, w którym zrozumie się bez słów z duchem stołu, duchem krzesła, duchem filiżanki z poranna kawą; powinieneś, chłopcze, unikać miejsc bezdusznych. Z tego, co mi opowiedziałeś, wynika, że mieszkasz w miejscu bezdusznym; choćbyś natężał wszystkie zmysły, zawsze będziesz czuł, jakby ci kto głowę opasał turbanem tłumiącym myśli, wszystkie one zdadzą ci się płytkie, żadna nie będzie godna utrwalenia. Musisz unikać takich miejsc, takie miejsca są wrogie intelektowi, nawet jeśli uda ci się wykraść niezapisane historie innym miejscom, kiedy je przyniesiesz ze sobą w miejsce bezduszne, natychmiast wywietrzeje z nich geniusz loci, staną się nijakie, bezwartościowe, będziesz z nich próbował budować swoją opowieść i tylko poczujesz niemoc. Ty musisz się, chłopcze, przeprowadzić; są takie miejsca, w których duchy nieustannie biesiadują, do których lubią przychodzić w gości, i kiedy zasiadasz do tworzenia, one się przekrzykują w podpowiedziach, każdy z nich chce pierwszy wyszeptać ci prosto w duszę swoją opowieść. To miejsca, w których kiedyś mieszkał twórczy intelekt; nawet jeśli już dawno zostały opuszczone przez twórczych ludzi, nawet jeśli ci twórczy ludzie dawno pomarli, ich twórczy intelekt przeniknął każdy metr kwadratowy tych miejsc, one tylko czekają na nowego lokatora, by tchnąć w niego twórcze impulsy. Musisz więc, chłopcze, porzucić swoje bezduszne miejsce, poszukaj dla siebie miejsca z genius loci, rozejrzyj się dokładnie, znajdź swój kąt i dostosuj do niego widok z okna, to bardzo ważne, każdy człowiek powinien mieć codzienny kontakt z naturą chociaż przez okno. Każdy człowiek powinien mieć za oknem choćby jedno drzewo, chociaż część drzewa, choć parę gałęzi, żeby widzieć, jak inny żywy organizm reaguje na wiatr i słotę, każdy powinien mieć swoje drzewo w zasięgu wzroku, swoje drzewo dostępne całodobowo w ekranie okna, zmienne, ruchliwe na wietrze, rozszczebiotane w porze ptasich sejmików, kwitnące albo tracące liście, spokojnie przyjmujące każdą porę roku, długowieczne.(...)”

(Wybaczcie, że pozwoliłam sobie na taki długi fragment, ale nie mogłam się powstrzymać.)

Kuczok ma niesamowitą lekkość w serwowaniu ironii i drwin. Robi to z wyczuciem godnym mistrza. No bo jak nie przyznać kunsztu zdaniu: „Słowa mi się zmęczyły”, które pada z ust Roberta, pisarza cierpiącego na niemoc twórczą. Zresztą sama postać Roberta to poniekąd aluzja do sytuacji i pozycji pisarza w naszym kraju.

Albo słowa Róży: „Oj, musimy oddychać, jeśli przestaniemy oddychać, to już nie pożyjemy, a przecież chcemy sobie jeszcze trochę pożyć, mimo wszystko, prawda?”. Róża boi się, że będzie musiała sobie to przypominać. Bo jej życie to co raz częściej sen, w który zapada niespodziewanie, zapominając co się wokół niej działo. A "jak się śpi samotnie, ostrze dni samo tnie."

My również powinniśmy się tego bać. Bo żyjemy automatycznie, bo powielamy wciąż ten sam schemat i tracimy szanse na ciekawsze życie. Zasypiamy.

W „Senności” nie ma wskazówek, nie ma rad i nie ma gotowych recept, na przebudzenie/zmartwychwstanie/odrodzenie. Każdy z bohaterów odkrywa siebie w sobie w najmniej spodziewanym momencie. Robi życiowy coming out. I zaczyna żyć.

czwartek, 26 marca 2009

"Koralina" - Neil Gaiman - wygrana


Ja wiem, nie powinnam. To źle o mnie świadczy. Ale co mi tam. Zdjęcie przedstawia książkę, którą wygrałam. Tym razem w konkursie Przystani Literackiej.


Mąż chce, abym mu na dobranoc czytała tą baśń. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. W każdym razie chętnie przeczytam „Koralinę”, bo bardzo dawno nie czytałam niczego dla dzieci.