"Czytanie jest nałogiem, który może zastąpić wszystkie inne nałogi lub czasami zamiast nich intensywniej pomaga wszystkim żyć, jest wyuzdaniem, nieszczęsną manią."

"Malina" Ingeborg Bachmann

niedziela, 4 października 2009

"Enen", "Galerianki", Przeproś"

Udało mi się ostatnio wybrać do kina na dwa polskie filmy, zupełnie różne od siebie: „Enen” i „Galerianki”.

„Enen” okazał się niewypałem. Ani scenariusz, ani gra aktorów mnie nie zachwyciły. Tym razem Borys Szyc, którego polubiłam po „Wojnie polsko-ruskiej”, absolutnie nie pasował do głównej roli, w jakiej go obsadzono. Grał nienaturalnie, nieautentycznie, za nerwowo i bezbarwnie. A ponieważ nie chcę za bardzo zdradzać treści filmu, powiem tylko to, że lekarz pracujący w szpitalu psychiatrycznym na pewno nie zachowałby się tak, jak zostało to pokazane w filmie. Chyba tak to już jest, że do filmów, powiedzmy, jakoś zaangażowanych, nie powinno się zatrudniać aktorów posiadających cechy adekwatne do lekkich filmów komediowych lub sensacyjnych. Widziałam zapowiedź nowego filmu powstającego na podstawie „Ślubów panieńskich” A. Fredry, w którym gra Szyc. O tak, podejrzewam, że tam będzie pasował.

Wracając jednak do „Enena”, nie rozumiem zamysłu reżysera. Historia bez głębszych treści, bez polotu. Już dawno powinni przestać w polskim kinie wykorzystywać wątki i motywy związane z PRL-em i stanem wojennym, z jednego ważnego powodu: to już się przejadło! Mam wrażenie, że im dalej od tamtych lat, tym filmy powstające o tamtej epoce są coraz bardziej kiepskie.


O „Galeriankach” chyba już wszyscy słyszeli. Nie jestem zaskoczona tym, że spośród tak wielu powstających u nas filmów, niekoniecznie trafiających do kin, akurat ten film jest tak nagłośniony i rozreklamowany. Przypuszczam, że stało się to dlatego, że oprócz wartości rozrywkowych, opowiadana historia jest wielce pouczająca, rzekłabym pedagogicznie, niesie ze sobą przesłanie, którego nie da się nie rozszyfrować. Spełnia funkcje społecznie ważne. To dobry film. Dobry nie tylko z powodu głębszej refleksji nad moralnością współczesnych nastolatków. Dobry, dlatego, że jest uniwersalny, dla każdego. Nawet, jeśli nie lubi się współczesnego, polskiego kina, nie przepada się za szybką akcją, głośną muzyką i szokującymi czy drastycznymi scenami. Dobry, bo może obejrzy go spora ilość małolat i dzięki niemu przestanie zwracać uwagę na wygląd swojego telefonu komórkowego, czy najmodniejszych kozaczków. Dziewczyny grające w „Galeriankach” przekonują mnie bardziej swoją grą, niż niejeden aktor z profesjonalnym wykształceniem. Wczuły się w role wręcz perfekcyjnie. Pokazały wielki i naturalny kunszt gry aktorskiej.

„Galerianki” to historia tragiczna, nie tylko ze względu na treść filmu, ale ogólnie w związku z bardzo ważnym problemem, jaki porusza. Dobrze się stało, że takie filmy powstają. Tylko, czy dzięki temu filmowi zniknie problem sprzedawania się za nową bluzkę, czy perfumy? Chciałabym być naiwna i w to wierzyć, ale szczerze mówiąc wątpię, by to coś zmieniło. Kondycja moralna sporej większości nastolatków jest na fatalnym poziomie. Wystarczy wejść do najbliższej galerii handlowej i poobserwować zachowania niektórych osób. Większość reklam i bilbordów skierowanych jest do młodych ludzi, którzy jeszcze naiwnie wierzą, że będą bardzo bogaci i będą perfekcyjnie piękni, bo przecież reklama nie kłamie. Ale nie ma co się temu dziwić, skoro media karmią nas papką. Kult ciała nade wszystko, bądź młody i piękny. Noś firmowe ciuchy, bo bez metki nie ma podnietki. Słuchaj sieczki, zamiast dobrej muzyki. Dlaczego w takiej galerii z głośników nie popłynie np. Bach, albo John Coltrane?
Ok, wiem, starzeję się, zaczynam zrzędzić.


Chciałabym napisać jeszcze o „Przeproś” Aleksandra Kościów. Świetna książka, aczkolwiek nie odważyłabym się porównać jej do prozy H. Murakamiego. Jest zbyt polska, jest zbyt słowiańska. Kościów bardzo ostrożnie przeplata dwa światy, ale nie łączy ich dróg. Owszem, świat rzeczywisty i świat wyobraźni są ze sobą powiązane, ale nie istnieją równolegle. Ja tego nie odczułam.
Jeśli chodzi o treść, to w sumie „Przeproś” mogłoby być książką na poły obyczajową, na poły przygodową z elementami fantasy. Obyczajową, bo dość istotne są przemyślenia bohaterów, ich dylematy i lęki, ich spojrzenie na relacje międzyludzkie, na samotność, na brak miłości, na ból. Przygodową, bo tak naprawdę poszukiwania Szymona, dziecka Marty, która przyjeżdża do Warszawy i spotyka Błażeja, sprawiają, że czytelnik towarzyszy w coraz ciekawszych przygodach głównych bohaterów. Fantasy, ponieważ, jak wspomniałam na wstępie, jest też ten drugi świat, świat jakby z gry komputerowej, której realia nagle w niewyjaśniony sposób przeniknęły do rzeczywistości i uwikłały w swoje reguły kilka osób.

Magia u A. Kościów nie ma tego czynnika poruszającego pokłady mojej duszy, które znajduję u Murakamiego. Kościów opowiada o relacjach między ludźmi, o oddalaniu się od siebie, o tęsknocie, o potrzebie wsparcia. Fragmenty dotyczące wędrówki Dala z tajemniczym medalionem przepełniały mnie dziwnym smutkiem, poczuciem dotykania świata, który czasem pojawia się w moich snach. Bo pisarz w „Przeproś” tworzy świat gdzie zmory senne, lub raczej z gry komputerowej nie dają nam spokoju i zrobimy wszystko by odzyskać spokój. Ale to tylko przygrywka do prawdziwej walki, jaką stoczymy ze złem w czystej postaci.
„Przeproś” to w pewnym sensie studium o człowieku, o wartościach, które od wieków kształtują osobowość i psychikę człowieka. Nie aspiruje do wysokiej literatury, ale poruszane treści wywołują refleksję, a to ważne.

Książka wciąga niesamowicie, ale zakończenie mnie rozczarowało. Bo spodziewałam się większych efektów specjalnych, bo scena kulminacyjna nie spełniła rosnących podczas czytania oczekiwań. Zabrakło mi czegoś, ostatnia strona nie wzbudziła we mnie sytości, jaką lubię mieć po znakomitej lekturze. Dlatego nie mogę powiedzieć, że to rewelacyjna i doskonała proza. Jest świetną lekturą i niech tak zostanie.

wtorek, 29 września 2009

moja lewa stopa

Dziękuję wszystkim za słowa pociechy i troski. Jestem ofiarą, ale jakoś muszę sobie radzić. Z moją nogą lepiej, choć czy dobrze, to się dopiero okaże w najbliższej przyszłości. Szynę gipsową zdjęłam sama w niedzielę. Pod gipsem stopa mi spuchła jeszcze bardziej, gips zaczął mnie uwierać w najbardziej bolące i spuchnięte miejsce, każdy ruch sprawiał mi ból. Obtarł mnie i nie wytrzymałam, zdjęłam szynę sama. Na pogotowiu robiąc tą szynę nie uwzględnili, że stopa może mi jeszcze bardziej spuchnąć, a na dodatek pod tą szyną nie było żadnego opatrunku. Od niedzieli smaruję stopę żelem Altacet, opuchlizna powoli znika, a krwiak występuje na obrzeżach śródstopia i na palcach. Nogę w kostce zginam bez problemu, palcami też ruszam. Opaska uciskowa zastępuje szynę gipsową. Dziś byłam u chirurga. Dostałam zwolnienie na 15 dni, aczkolwiek lekarz zaznaczył, że to na razie. Potem się okaże, jak długo jeszcze potrwa leczenie. Lekarz obejrzał zdjęcie rtg i stwierdził, że według niego jest uszczerbana kość jednego palca i kazał mi jak najmniej chodzić, a jak już to opierać stopę tylko o piętę. Swoją drogą lekarz, u którego dziś byłam, był bardzo wyluzowany. Zwrócił się do mnie tymi słowy, cytuję: „Coś ty k... m... dziewczyno z nogą zrobiła?” A potem po imieniu do mnie, nie opieprzył mnie za zdjęcie szyny gipsowej, zauważył, że na pogotowiu nie zrobili tego pewnie fachowo i na służbę zdrowia ponarzekał. I kto to mówi!? ;) W przyszłą środę kolejna wizyta u fajnego pana doktora Czesława. Mam nadzieję, że jego czarne scenariusze, że mi włoży stopę w gips na 4-6 tygodni, nie sprawdzi się.

Także jakoś sobie radzę. Remont nie jest skończony, przez najbliższe kilka tygodni będziemy musieli mieszkać remontując. Jak wszystko dobrze pójdzie to w sobotę skręcimy meble do salonu i ten pokój będzie już miał „ręce i nogi”. A reszta po kolei: przedpokój oraz drugi pokój. Remont łazienki zostawiam na listopad albo grudzień.

Nasz dobytek już cały przewieziony: oprócz telewizora, bo mąż ogląda właśnie nasze siatkarki. Oprócz laptopa, na którym piszę, bo do 30 września internet jest jeszcze na obecnym mieszkaniu. Oprócz kołderek i podręcznych kosmetyków. Jutro moja matka pomoże mi posprzątać opuszczane mieszkanie a pod wieczór oddajemy klucze.

A zatem dziś ostatnia noc na starym mieszkaniu. Na wynajmowanym! Od jutra już we własnym domku, który za niedługi okres czasu będzie wyglądał, jak należy.

Życzcie mi spokoju, cierpliwości i abym nie panikowała, nie załamywała się i tym samym nie wprowadzała męża w złe samopoczucie. Bo moje depresje odbijają się na nim. A przecież przed nim jeszcze sporo roboty. Dzielne chłopisko z niego, że wytrzymuje z taką niezdarą i marudą, jak ja.

sobota, 26 września 2009

noga w gipsie

Dziś przewoziliśmy pudła z naszym dobytkiem na nowe mieszkanie. Pech chciał, że pod klatką potknęłam się i moja lewa stopa doznała urazu. Spuchła jak bania, a ja zaczęłam utykać. Pomyślałam, że pewnie stłuczenie, jak ta lala. Mąż zawiózł mnie na pogotowie. W kolejce odczekałam swoje i pan doktor po zrobieniu zdjęcia rtg stwierdził, że nastąpiło stłuczenie śródstopia lewego i załadował mi stopę w szynę gipsową, tak na wszelki wypadek. Za 10 dni znowu po foto rtg i do kontroli. Mój urlop remontowo – przeprowadzkowy zamienia się w zwolnienie lekarskie. Jestem teraz ciężarem sama dla siebie. Popłakałam się. Że też teraz musiałam być taka nieostrożna. Za 3 dni przeprowadzka, remont mieszkania wciąż trwa, a ja, ofiara losu, wylądowałam w domu z nogą w gipsie. Nic już mężowi nie pomogę, mam siedzieć w domu. Jestem załamana. Dlaczego akurat teraz!?! No dlaczego!?!

czwartek, 24 września 2009

remont, remont, remont...

Moi drodzy! Od poniedziałku mam urlop. Ale o odpoczynku mogę pomarzyć. Pomagam mężowi przy remoncie mieszkania, do którego się przeprowadzamy, a które dostałam od rodziców (oni tydzień temu przenieśli się do innego). Sama zdemontowałam boazerię w przedpokoju, a potem zdarłam dwie warstwy tapety, które wspaniałomyślnie położyli moi rodzice, zanim założyli boazerię. Co się namęczyłam przy zdzieraniu tapety, to moje. Jedynie pewien płyn do usuwania tapet sprawił, że ściany są czyste, o ile można je nazwać czystymi. Mąż w międzyczasie usunął stare metalowe futryny, które dawniej montowano w blokach. Teraz nadszedł czas na wstawianie nowych futryn (czy ościeżnic, bo chyba tak fachowo się to nazywa). Zacznę dziś szpachlować wszelkie dziurki w ścianach, a są ich setki, potem wyrównanie ścian, potem położenie płyt kartonowo-gipsowych na najbardziej zdemolowaną ścianę. Potem malowanie. Do przedpokoju wybrałam farbę koloru niebieskiego, bo świetnie się komponuje do koloru mebli w przedpokoju i koloru drzwi. Roboty przed nami jeszcze masa, ale damy radę. Mam chwile zwątpienia, mam chwile nerwów, zamykam się w sobie i staję się klapnięta. Ale wiem, że nasze wysiłki nie pójdą na marne. W poniedziałek przywożą nam nowe meble, które składamy sami, mam nadzieję, że instrukcja obsługi nie jest skomplikowana. A we wtorek przeprowadzka. Niestety będziemy musieli malowanie dwóch pokoi rozpocząć już po przeprowadzce. Farby już kupione, wesołe kolory, bo mam dość białych ścian. Na razie musimy się uporać z remontem przedpokoju, bo to tak zwany punkt wyjściowy. Jak już wstawimy drzwi, możemy ruszać dalej: malowanie, wymiana kilku paneli podłogowych, które niestety zostały zniszczone podczas wydzierania metalowych futryn. Potem kładzenie płytek w przedpokoju. Potem remont generalny łazienki. Na szczęście kuchnia jest nowa, bo moi rodzice wyremontowali kuchnię dwa lata temu, więc bynajmniej to pomieszczenie odpada do remontu. Cudownie byłoby, gdybyśmy mogli remontować nie mieszkając, ale musimy zwolnić wynajmowane mieszkanie do 30 września. Jestem straszliwie przejęta tym zamieszaniem. Moje mięśnie stają się prężniejsze i nie czuję już zakwasów. Ręce i nadgarstki trzymają się dobrze. Ale za to, jak cudownie jest wieczorem położyć się po pracowitym dniu i zasnąć snem sprawiedliwego. Dziś zaczęłam pakować nasze książki i ubrania. Jest tego sporo, ale za to mam możliwość zrobić przegląd, już kilka worków z ubraniami powędrowało do pojemników PCK. Trzymajcie za nas kciuki, byśmy sobie dali radę. Byśmy nie zwątpili. By nas optymizm nie opuszczał. By chęci starczyło na cały remont. Ja jestem silna baba, mąż silny chłop, wspólnymi siłami podołamy wszelkim trudnościom, przeciwnościom, wszelkim problemom i zmorom remontowym. Byle zdrowie dopisało. Na razie to tyle relacji. Do usłyszenia.
PS. A „Przeproś” A. Kościów już prawie przeczytana. Jestem pod wrażeniem fantazji i kunsztu autora. Wstępnie mogę polecić, jako świetną lekturę.

sobota, 5 września 2009

cisza przed ...

Nadszedł czas na zmiany w moim życiu. Od kilku miesięcy nieuchronnie zbliżał się ten czas, ale dopiero teraz czuję, że już niedługo coś się zmieni. Będę mogła umeblować własne mieszkanko. Będę mogła wybrać nowe płytki do łazienki i super wygodą kabinę prysznicową. Będę mogła wybrać kolor ścian, może jakąś tapetę. Będę mogła... Będzie tego dużo. Bo przeprowadzam się. 30 września br. oddaję klucze wynajmowanego mieszkania, by od 1 października br. być już na swoim. Jestem tym lekko przerażona, lekko podniecona i wielce zadowolona. Dlatego na blogu cisza. Bo wolne chwile spędzam oglądając, planując, rozmyślając, mierząc, kupując. A wieczorami czytam „Przeproś. Przewodnik gracza” Aleksandra Kościów, książka coraz bardziej mi się podoba i wciąga. A jak skończę czytanie, to powiem, czy słusznie porównują prozę polskiego pisarza do magicznych światów Haruki Murakamiego.