„Dzieci ze schowka” Ryu Murakamiego nie należą do łatwych książek. Nie chodzi mi o warstwę językową, ale o treść. Są jak podłożony celowo pod nogi czytelnika ładunek wybuchowy. I albo w odpowiednim momencie uciekniesz, unikając wybuchu. Albo dasz się ponieść tej destrukcyjnej fali, która rozerwie twoje serce, głowę, ciało. I będziesz czuł wstręt, będziesz się brzydził, będziesz odczuwał przesyt. Ale jednocześnie będziesz już uzależniony od tych surrealistycznych wizji.
Bo „Dzieci ze schowka” to drastyczna wizja poszukiwania tożsamości. Ryu Murakami zabiera nas w świat, w którym wszędzie czające się zło nieodwracalnie i absurdalnie mnoży się. Zgodnie z zasadą domino, jak pchniesz jeden klocek, upadną następne.
A wszystko zaczęło się od tego, że dwie matki porzuciły noworodki
w skrytkach dworcowych. Dzieci przeżyły, trafiły do sierocińca, potem do rodziny zastępczej. A potem wkroczyły w dorosłość, sięgając po najbrudniejsze i najmroczniejsze doświadczenia.
Kiku i Hashi – to o nich jest opowieść. O ich poszukiwaniach szczęścia, pragnieniach bycia potrzebnymi. O ich nieczystej, nienormalnej, wyuzdanej, schizofrenicznej młodości, pełnej fantazji i potworów. O bijącym gdzieś w oddali sercu matki, którego dźwięk koi zmysły i zbolałą duszę. Ten dźwięk, będzie ich prześladował. Ten dźwięk jest wszystkiemu winny.
Kiku spotka Anemonę, posiadaczkę krokodyla, piękną młodą modelką, z którą się zwiąże. Hashi zostanie piosenkarzem, ożeni się ze starszą od siebie kobietą, swoją menedżerką. Kiku zabije kogoś i będzie chciał zniszczyć całe miasto. Hashi będzie chciał zabić, postrada zmysły. Kiku trafi do więzienia. Hashi do szpitala psychiatrycznego.
Pisząc te słowa, cały czas mam przed oczyma wyobraźni świat, jaki stworzył Ryu Murakami. I ten świat mnie przeraża. Jest mroczny, pesymistyczny, bez jakiejkolwiek nadziei na lepsze jutro. Człowiek w tym świecie jest samotny, a jego krzyk rozpaczy niewiele daje. Wydaje się nawet, że jedyną deską ratunku dla człowieka, jest zniszczenie świata i na nowo go stworzenie. Bo to, co znane, co zastane na ziemi, jest już skażone złem, pustką, tęsknotą, lękiem, bólem. Sensem okazuje się autodestrukcja. To straszne, brutalne i absolutnie nie do zaakceptowania.
„(…) nic się nie zmieniło od czasu, kiedy wydaliśmy z siebie krzyk w schowkach, gigantyczne schowki, mieszkamy w gigantycznych schowkach, w których przygotowano nam baseny, ogrody botaniczne, małe zwierzęta do zabawy, nagich ludzi i orkiestry, muzea, ekrany i szpitale psychiatryczne, kiedy zdzieramy jedną po drugiej zasłony i podążamy dalej za pragnieniami, natykamy się na ścianę, wspinamy się po niej, usiłujemy lecieć, uśmiechnięte typy na szczycie ściany kopią nas i zrzucają w dół, mdlejemy, a kiedy budzimy się, jesteśmy w więzieniu albo w szpitalu psychiatrycznym, ściana jest dobrze schowana, ściana jest po drugiej stronie ślicznych małych psów o długiej sierści, roślin ozdobnych, wody w basenie, rybek akwariowych, ekranów, obrazów na wystawach, miękkiej skóry nagich kobiet, tam też kryją się strażnicy i wznosi się wieża obserwacyjna, taka wysoka, że aż przyprawia o zawrót głowy, a kiedy mgła koloru ołowiu rozstąpi się na chwilę i odkryjemy ścianę i wieżę obserwacyjną, choćbyśmy oburzali się czy bali, nic nie możemy poradzić, a jeśli zrobimy coś kierowani gniewem czy strachem nie do zniesienia, czeka nas szpital psychiatryczny, więzienie i pudełko z ołowianej blachy. Sposób jest jeden – rozbić w proch wszystko, co jest w zasięgu wzroku, cofnąć do początku, obrócić w gruzy.”
Czytając innego znanego Murakamiego – Haruki, wkraczałam w św
iat Japonii pełnej magii, w świat, w którym dusza otrzymywała olbrzymi zastrzyk pozytywnych emocji. Byłam kołysana tymi emocjami. Było mi dobrze i pragnęłam więcej.
Czytając Ryu Murakamiego widzę tą samą Japonię, tylko z innej strony. Wiadomo, każdy medal ma dwie strony. I Ryu to wysłannik tej mroczniejszej strony. Mamy w książce opuszczoną fabrykę, zamkniętą skażoną część miasta, w której życie toczy się w nocy, mamy wyuzdane fantazje seksualne, mamy martwe noworodki i broń chemiczną, która wywołuje w ludziach agresję. To obraz tej drugiej Japonii.
J a nie mogłam się oderwać od tej przygnębiającej lektury. Zostałam zarażona tym dziwnym impulsem, który pojawił się w momencie wybuchu, już podczas lektury pierwszych stron „Dzieci ze schowka”.
Chyba naprawdę coś w tym jest, że Japończycy mówiąc o świecie, muszą dotykać samego dna ludzkiej duszy, jakby to właśnie na tym dnie duszy działo się życie, a świat na zewnątrz, był tylko snem. Czy wynika to ze specyficznego postrzegania świata przez artystów pochodzących z Kraju Kwitnącej Wiśni? Czuję, że ich mentalność, ich odwaga wyrażania siebie, ich niechęć do konsumpcjonizmu, komercji, konserwatyzmu i wszystkich systemów ograniczających wolną wolę człowieka, są mi bardzo bliskie.
Obraz Japonii, jaki wyłania się z książki Ryu Murakamiego mnie fascynuje. Zło i mroczna strona ludzkiej duszy jest równie ciekawa, jak ta jaśniejsza. Japonia Ryu Murakamiego przypomina Japonię, jaką opisuje Natsuo Kirino w „Ostatecznym wyjściu” i w „Grotesce”, ale różni się dodatkami. Bo Ryu Murakami stworzył świat schizofreniczny. Życiem jego bohaterów kieruje niewidzialna siła. A bohaterowie Natsuo Kirino działają sami, biorą los w swoje ręce.
„Dzieci ze schowka” robią mocne wrażenie. Wyobraźnia pracuje na maksymalnych obrotach. Ja takie obroty kocham. Bo nie ma tu nudnych historyjek o życiu na zakręcie. Jest okrutna historia o zagubieniu, o dojrzewaniu, o poszukiwaniach własnego ja. O ciężarze, jaki od chwili narodzin, jesteśmy zmuszeni nieść przez całe życie. Jest przestroga, nauczka, wskazówka. Ale tak naprawdę nadziei nie ma. I tak dążymy, jako ludzkość, do samodestrukcji.
Chcę Was przestrzec. Nie czytajcie tego. Zostawcie tą książkę tylko mi. Po co się będziecie narażać na te wstrząsy, na to obrzydzenie? To są moje klimaty, ale czy Wasze?
Aha. Są takie dni, kiedy sama chętnie wyruszyłabym na poszukiwania datury... Zrobiłabym wtedy niezłe zamieszanie na tej Ziemi.
(Okładka wersji angielskiej "Coin Locker Babies" zdecydowanie bardziej mi się podoba)
A wszystko zaczęło się od tego, że dwie matki porzuciły noworodki
w skrytkach dworcowych. Dzieci przeżyły, trafiły do sierocińca, potem do rodziny zastępczej. A potem wkroczyły w dorosłość, sięgając po najbrudniejsze i najmroczniejsze doświadczenia.Kiku i Hashi – to o nich jest opowieść. O ich poszukiwaniach szczęścia, pragnieniach bycia potrzebnymi. O ich nieczystej, nienormalnej, wyuzdanej, schizofrenicznej młodości, pełnej fantazji i potworów. O bijącym gdzieś w oddali sercu matki, którego dźwięk koi zmysły i zbolałą duszę. Ten dźwięk, będzie ich prześladował. Ten dźwięk jest wszystkiemu winny.
Kiku spotka Anemonę, posiadaczkę krokodyla, piękną młodą modelką, z którą się zwiąże. Hashi zostanie piosenkarzem, ożeni się ze starszą od siebie kobietą, swoją menedżerką. Kiku zabije kogoś i będzie chciał zniszczyć całe miasto. Hashi będzie chciał zabić, postrada zmysły. Kiku trafi do więzienia. Hashi do szpitala psychiatrycznego.
Pisząc te słowa, cały czas mam przed oczyma wyobraźni świat, jaki stworzył Ryu Murakami. I ten świat mnie przeraża. Jest mroczny, pesymistyczny, bez jakiejkolwiek nadziei na lepsze jutro. Człowiek w tym świecie jest samotny, a jego krzyk rozpaczy niewiele daje. Wydaje się nawet, że jedyną deską ratunku dla człowieka, jest zniszczenie świata i na nowo go stworzenie. Bo to, co znane, co zastane na ziemi, jest już skażone złem, pustką, tęsknotą, lękiem, bólem. Sensem okazuje się autodestrukcja. To straszne, brutalne i absolutnie nie do zaakceptowania.
„(…) nic się nie zmieniło od czasu, kiedy wydaliśmy z siebie krzyk w schowkach, gigantyczne schowki, mieszkamy w gigantycznych schowkach, w których przygotowano nam baseny, ogrody botaniczne, małe zwierzęta do zabawy, nagich ludzi i orkiestry, muzea, ekrany i szpitale psychiatryczne, kiedy zdzieramy jedną po drugiej zasłony i podążamy dalej za pragnieniami, natykamy się na ścianę, wspinamy się po niej, usiłujemy lecieć, uśmiechnięte typy na szczycie ściany kopią nas i zrzucają w dół, mdlejemy, a kiedy budzimy się, jesteśmy w więzieniu albo w szpitalu psychiatrycznym, ściana jest dobrze schowana, ściana jest po drugiej stronie ślicznych małych psów o długiej sierści, roślin ozdobnych, wody w basenie, rybek akwariowych, ekranów, obrazów na wystawach, miękkiej skóry nagich kobiet, tam też kryją się strażnicy i wznosi się wieża obserwacyjna, taka wysoka, że aż przyprawia o zawrót głowy, a kiedy mgła koloru ołowiu rozstąpi się na chwilę i odkryjemy ścianę i wieżę obserwacyjną, choćbyśmy oburzali się czy bali, nic nie możemy poradzić, a jeśli zrobimy coś kierowani gniewem czy strachem nie do zniesienia, czeka nas szpital psychiatryczny, więzienie i pudełko z ołowianej blachy. Sposób jest jeden – rozbić w proch wszystko, co jest w zasięgu wzroku, cofnąć do początku, obrócić w gruzy.”
Czytając innego znanego Murakamiego – Haruki, wkraczałam w św
iat Japonii pełnej magii, w świat, w którym dusza otrzymywała olbrzymi zastrzyk pozytywnych emocji. Byłam kołysana tymi emocjami. Było mi dobrze i pragnęłam więcej.Czytając Ryu Murakamiego widzę tą samą Japonię, tylko z innej strony. Wiadomo, każdy medal ma dwie strony. I Ryu to wysłannik tej mroczniejszej strony. Mamy w książce opuszczoną fabrykę, zamkniętą skażoną część miasta, w której życie toczy się w nocy, mamy wyuzdane fantazje seksualne, mamy martwe noworodki i broń chemiczną, która wywołuje w ludziach agresję. To obraz tej drugiej Japonii.
J a nie mogłam się oderwać od tej przygnębiającej lektury. Zostałam zarażona tym dziwnym impulsem, który pojawił się w momencie wybuchu, już podczas lektury pierwszych stron „Dzieci ze schowka”.
Chyba naprawdę coś w tym jest, że Japończycy mówiąc o świecie, muszą dotykać samego dna ludzkiej duszy, jakby to właśnie na tym dnie duszy działo się życie, a świat na zewnątrz, był tylko snem. Czy wynika to ze specyficznego postrzegania świata przez artystów pochodzących z Kraju Kwitnącej Wiśni? Czuję, że ich mentalność, ich odwaga wyrażania siebie, ich niechęć do konsumpcjonizmu, komercji, konserwatyzmu i wszystkich systemów ograniczających wolną wolę człowieka, są mi bardzo bliskie.
Obraz Japonii, jaki wyłania się z książki Ryu Murakamiego mnie fascynuje. Zło i mroczna strona ludzkiej duszy jest równie ciekawa, jak ta jaśniejsza. Japonia Ryu Murakamiego przypomina Japonię, jaką opisuje Natsuo Kirino w „Ostatecznym wyjściu” i w „Grotesce”, ale różni się dodatkami. Bo Ryu Murakami stworzył świat schizofreniczny. Życiem jego bohaterów kieruje niewidzialna siła. A bohaterowie Natsuo Kirino działają sami, biorą los w swoje ręce.
„Dzieci ze schowka” robią mocne wrażenie. Wyobraźnia pracuje na maksymalnych obrotach. Ja takie obroty kocham. Bo nie ma tu nudnych historyjek o życiu na zakręcie. Jest okrutna historia o zagubieniu, o dojrzewaniu, o poszukiwaniach własnego ja. O ciężarze, jaki od chwili narodzin, jesteśmy zmuszeni nieść przez całe życie. Jest przestroga, nauczka, wskazówka. Ale tak naprawdę nadziei nie ma. I tak dążymy, jako ludzkość, do samodestrukcji.
Chcę Was przestrzec. Nie czytajcie tego. Zostawcie tą książkę tylko mi. Po co się będziecie narażać na te wstrząsy, na to obrzydzenie? To są moje klimaty, ale czy Wasze?
Aha. Są takie dni, kiedy sama chętnie wyruszyłabym na poszukiwania datury... Zrobiłabym wtedy niezłe zamieszanie na tej Ziemi.
(Okładka wersji angielskiej "Coin Locker Babies" zdecydowanie bardziej mi się podoba)


