"Czytanie jest nałogiem, który może zastąpić wszystkie inne nałogi lub czasami zamiast nich intensywniej pomaga wszystkim żyć, jest wyuzdaniem, nieszczęsną manią."

"Malina" Ingeborg Bachmann

wtorek, 1 czerwca 2010

„Dzieci ze schowka” - Ryu Murakami

„Dzieci ze schowka” Ryu Murakamiego nie należą do łatwych książek. Nie chodzi mi o warstwę językową, ale o treść. Są jak podłożony celowo pod nogi czytelnika ładunek wybuchowy. I albo w odpowiednim momencie uciekniesz, unikając wybuchu. Albo dasz się ponieść tej destrukcyjnej fali, która rozerwie twoje serce, głowę, ciało. I będziesz czuł wstręt, będziesz się brzydził, będziesz odczuwał przesyt. Ale jednocześnie będziesz już uzależniony od tych surrealistycznych wizji.
Bo „Dzieci ze schowka” to drastyczna wizja poszukiwania tożsamości. Ryu Murakami zabiera nas w świat, w którym wszędzie czające się zło nieodwracalnie i absurdalnie mnoży się. Zgodnie z zasadą domino, jak pchniesz jeden klocek, upadną następne.

A wszystko zaczęło się od tego, że dwie matki porzuciły noworodki w skrytkach dworcowych. Dzieci przeżyły, trafiły do sierocińca, potem do rodziny zastępczej. A potem wkroczyły w dorosłość, sięgając po najbrudniejsze i najmroczniejsze doświadczenia.
Kiku i Hashi – to o nich jest opowieść. O ich poszukiwaniach szczęścia, pragnieniach bycia potrzebnymi. O ich nieczystej, nienormalnej, wyuzdanej, schizofrenicznej młodości, pełnej fantazji i potworów. O bijącym gdzieś w oddali sercu matki, którego dźwięk koi zmysły i zbolałą duszę. Ten dźwięk, będzie ich prześladował. Ten dźwięk jest wszystkiemu winny.

Kiku spotka Anemonę, posiadaczkę krokodyla, piękną młodą modelką, z którą się zwiąże. Hashi zostanie piosenkarzem, ożeni się ze starszą od siebie kobietą, swoją menedżerką. Kiku zabije kogoś i będzie chciał zniszczyć całe miasto. Hashi będzie chciał zabić, postrada zmysły. Kiku trafi do więzienia. Hashi do szpitala psychiatrycznego.

Pisząc te słowa, cały czas mam przed oczyma wyobraźni świat, jaki stworzył Ryu Murakami. I ten świat mnie przeraża. Jest mroczny, pesymistyczny, bez jakiejkolwiek nadziei na lepsze jutro. Człowiek w tym świecie jest samotny, a jego krzyk rozpaczy niewiele daje. Wydaje się nawet, że jedyną deską ratunku dla człowieka, jest zniszczenie świata i na nowo go stworzenie. Bo to, co znane, co zastane na ziemi, jest już skażone złem, pustką, tęsknotą, lękiem, bólem. Sensem okazuje się autodestrukcja. To straszne, brutalne i absolutnie nie do zaakceptowania.

„(…) nic się nie zmieniło od czasu, kiedy wydaliśmy z siebie krzyk w schowkach, gigantyczne schowki, mieszkamy w gigantycznych schowkach, w których przygotowano nam baseny, ogrody botaniczne, małe zwierzęta do zabawy, nagich ludzi i orkiestry, muzea, ekrany i szpitale psychiatryczne, kiedy zdzieramy jedną po drugiej zasłony i podążamy dalej za pragnieniami, natykamy się na ścianę, wspinamy się po niej, usiłujemy lecieć, uśmiechnięte typy na szczycie ściany kopią nas i zrzucają w dół, mdlejemy, a kiedy budzimy się, jesteśmy w więzieniu albo w szpitalu psychiatrycznym, ściana jest dobrze schowana, ściana jest po drugiej stronie ślicznych małych psów o długiej sierści, roślin ozdobnych, wody w basenie, rybek akwariowych, ekranów, obrazów na wystawach, miękkiej skóry nagich kobiet, tam też kryją się strażnicy i wznosi się wieża obserwacyjna, taka wysoka, że aż przyprawia o zawrót głowy, a kiedy mgła koloru ołowiu rozstąpi się na chwilę i odkryjemy ścianę i wieżę obserwacyjną, choćbyśmy oburzali się czy bali, nic nie możemy poradzić, a jeśli zrobimy coś kierowani gniewem czy strachem nie do zniesienia, czeka nas szpital psychiatryczny, więzienie i pudełko z ołowianej blachy. Sposób jest jeden – rozbić w proch wszystko, co jest w zasięgu wzroku, cofnąć do początku, obrócić w gruzy.”

Czytając innego znanego Murakamiego – Haruki, wkraczałam w świat Japonii pełnej magii, w świat, w którym dusza otrzymywała olbrzymi zastrzyk pozytywnych emocji. Byłam kołysana tymi emocjami. Było mi dobrze i pragnęłam więcej.
Czytając Ryu Murakamiego widzę tą samą Japonię, tylko z innej strony. Wiadomo, każdy medal ma dwie strony. I Ryu to wysłannik tej mroczniejszej strony. Mamy w książce opuszczoną fabrykę, zamkniętą skażoną część miasta, w której życie toczy się w nocy, mamy wyuzdane fantazje seksualne, mamy martwe noworodki i broń chemiczną, która wywołuje w ludziach agresję. To obraz tej drugiej Japonii.
J a nie mogłam się oderwać od tej przygnębiającej lektury. Zostałam zarażona tym dziwnym impulsem, który pojawił się w momencie wybuchu, już podczas lektury pierwszych stron „Dzieci ze schowka”.

Chyba naprawdę coś w tym jest, że Japończycy mówiąc o świecie, muszą dotykać samego dna ludzkiej duszy, jakby to właśnie na tym dnie duszy działo się życie, a świat na zewnątrz, był tylko snem. Czy wynika to ze specyficznego postrzegania świata przez artystów pochodzących z Kraju Kwitnącej Wiśni? Czuję, że ich mentalność, ich odwaga wyrażania siebie, ich niechęć do konsumpcjonizmu, komercji, konserwatyzmu i wszystkich systemów ograniczających wolną wolę człowieka, są mi bardzo bliskie.

Obraz Japonii, jaki wyłania się z książki Ryu Murakamiego mnie fascynuje. Zło i mroczna strona ludzkiej duszy jest równie ciekawa, jak ta jaśniejsza. Japonia Ryu Murakamiego przypomina Japonię, jaką opisuje Natsuo Kirino w „Ostatecznym wyjściu” i w „Grotesce”, ale różni się dodatkami. Bo Ryu Murakami stworzył świat schizofreniczny. Życiem jego bohaterów kieruje niewidzialna siła. A bohaterowie Natsuo Kirino działają sami, biorą los w swoje ręce.

„Dzieci ze schowka” robią mocne wrażenie. Wyobraźnia pracuje na maksymalnych obrotach. Ja takie obroty kocham. Bo nie ma tu nudnych historyjek o życiu na zakręcie. Jest okrutna historia o zagubieniu, o dojrzewaniu, o poszukiwaniach własnego ja. O ciężarze, jaki od chwili narodzin, jesteśmy zmuszeni nieść przez całe życie. Jest przestroga, nauczka, wskazówka. Ale tak naprawdę nadziei nie ma. I tak dążymy, jako ludzkość, do samodestrukcji.

Chcę Was przestrzec. Nie czytajcie tego. Zostawcie tą książkę tylko mi. Po co się będziecie narażać na te wstrząsy, na to obrzydzenie? To są moje klimaty, ale czy Wasze?

Aha. Są takie dni, kiedy sama chętnie wyruszyłabym na poszukiwania datury... Zrobiłabym wtedy niezłe zamieszanie na tej Ziemi.


(Okładka wersji angielskiej "Coin Locker Babies" zdecydowanie bardziej mi się podoba)

piątek, 28 maja 2010

bursztyn + srebro = Margo



Ta biżuteria mnie zachwyca. To dzieło genialnych rąk Margo. Słów mi brakuje. Zobaczcie sami. Wyraz twarzy głupi, ale zdjęcie robiłam samowyzwalaczem. Pierścień i wisiorek (cóż za głupia nazwa) od dziś noszę z dumą. Margo tworzy przepiękną biżuterię. Polecam jej talent. Można kupić u niej takie cuda!

poniedziałek, 24 maja 2010

"Kanalia" - Paweł Pollak

Rzadko sięgam po kryminały, choć wcale nie uważam, by ta odmiana powieści nie była wartościowa. Kryminał zmusza człowieka do logicznego myślenia. Uwydatnia szczegóły, które tworzą fabułę. Nakazuje uważnie śledzić najdrobniejsze wątki. Rozwija wyobraźnię i spostrzegawczość. Nie jestem żadną znawczynią kryminałów i z reguły sięgam po nie wtedy, kiedy chcę się rozluźnić i skupić jedynie na opowiadanej fabule kryminalnej. Co nie oznacza, że podczas lektury kryminałów nie wyciągam wniosków, nie zastanawiam się nad światem przedstawionym, jego skomplikowaną naturą i charakterem bohaterów.

„Kanalia” Pawła Pollaka pozwoliła mi zweryfikować swoje nastawienie i oczekiwania wobec tej odmiany powieści. Jestem żądna ciekawych historii, dobrze skonstruowanej fabuły, która trzyma w napięciu, nie pozwala się nudzić, zaskakuje rozwiązaniem i do ostatnich stron budzi moją ciekawość. W przypadku „Kanalii” zauważyłam, jak ważną rolę spełnia dbałość o szczegóły, np. dbałość o szczegóły procedur, jakie stosuje policja w śledztwach dotyczących morderstw. Dbałość o rozwijanie wszystkich wątków jest równie ważna, jak dokładność w kreowaniu bohaterów powieści. Nadanie różnych rysów psychologicznych bohaterom czyni świat przedstawiony różnorodnym i ciekawym. W „Kanalii” mamy to wszystko. Mamy nieobliczalnego inspektora Markowskiego, mamy kobieciarza komisarza Miałana Senika i niedoświadczonego zawodowo aspiranta Lepkę. Mamy też trzy morderstwa: młodej kobiety lekkich obyczajów, narkomana i pani architekt. Mamy zagadkę do rozwiązania, kto zabił, jakie miał motywy i kto ostatecznie pozna prawdę. Każdy z policjantów jest inny, ich charaktery wydają się absolutnie różne. Każda z ofiar jest inna. Każdy wątek śledztwa ma znaczenie i prowadzi do rozwikłania tajemnicy trzech morderstw.

Fabuła, jak przystało na kryminał, stopniowo rozwija się i odkrywamy coraz ciekawsze wątki, by w końcu poznać prawdę. Język powieści jest soczysty, pełen cynicznego poczucia humoru i nieprzypadkowych nawiązań do rzeczywistości, jaką znamy z ostatnich lat. Pierwsza część „Kanalii” wydaje mi się najlepiej skonstruowana. Zaskakuje tempo prowadzonej narracji, które całkowicie pochłania uwagę czytelnika. Część druga przynosi rozwiązanie, które może zaskoczyć, choć w moim przypadku zaskoczenie nie było duże. Bo domyślałam się, że nie wszystko jest takie proste, jakby się wydawało. Część trzecia, najkrótsza, to zamknięcie opowieści. Stylem i refleksją odmienna od głównego wątku kryminalnego.

Czy „Kanalia” mi się podobała? I tak i nie. W sumie nie mam większych zastrzeżeń do powieści, ale ja, gdybym miała talent pisarski, nieco inaczej odkryłabym karty, by rozwiązanie zagadki nie było takie łatwe. Ale to nie ja napisałam książkę, nie mam też takich predyspozycji, ani wyobraźni, by pisać takie historie. Bo autor kryminałów musi mieć oprócz wyobraźni i dobrego warsztatu pisarskiego, umiejętność prowadzenia opowieści, a ja tego nie posiadam.

Nie podam żadnych faktów, ani nie streszczę ani odrobinę „Kanalii”, bo w przypadku powieści kryminalnych podawanie treści książki jest błędem. Nie chcę nikomu odbierać przyjemności lektury.

Powiem tylko tyle, że intrygowała mnie cały czas okładka książki; ta świetna rzeźba przedstawiona na okładce jest wielce wymowna. Budzi lekką grozę, przedstawia bezradność ofiary, którą ktoś związał. Pytanie kim jest kat? Dlaczego ofiara została związana? Czy przeżyje konfrontację z oprawcą?

Nie będę porównywać „Kanalii” do modnych ostatnio kryminałów rodem ze Szwecji, Rosji. Bo też i nie czytałam tychże. Na pewno mogę napisać, że lektura ta sprawiła mi frajdę. I myślę, że nie docenia się naszych polskich pisarzy, którzy w tej odmianie powieści, potrafią nieźle nawywijać. Jeśli ktoś lubi powieści kryminalne, dostrzeże w „Kanalii” duży potencjał. Jest akcja, jest tempo, ale jest też zaduma i refleksja, nad człowiekiem i tym, jak życie bywa przewrotne!

Książka, którą dostałam od autora, pojedzie do następnej czytelniczki, która ma większe rozeznanie w temacie kryminałów. Do Mary! Więc możemy się spodziewać kolejnej porcji wrażeń, jakie dostarcza "Kanalia".

A na deser dołączam jedną z prac Zdzisława Beksińskiego, która nawiązuje symboliką do "Kanalii", to moje subiektywne skojarzenie z okładką i z treścią książki.




czwartek, 20 maja 2010

"Szklany klosz" - Sylvia Plath

Są różne sposoby. Można się powiesić. Podciąć sobie żyły podczas gorącej kąpieli. Skoczyć z mostu w rwącą rzekę. Połknąć dużą ilość odpowiednich tabletek. Można też odkręcić gaz, uszczelnić drzwi i okna i oczekiwać na sen. Sylvia Plath ostatecznie, po wielu próbach, wybrała ten ostatni sposób. Esther Greenwood, bohaterka jej jedynej powieści, wybrała tabletki. Samobójstwo jest ostatecznością. Nie pochwalam ani nie potępiam osób o takich skłonnościach. Sama miałam w życiu takie chwile, kiedy było mi cholernie źle, ale nigdy nie zdecydowałabym się na takie zakończenie. Ucieczka nie jest żadnym rozwiązaniem. Praca nad sobą, odpowiedzialność za siebie, pokora wobec zastanego tu i teraz, to droga, którą powinno się iść.

Chyba w nienajlepszym momencie życia sięgnęłam po „Szklany klosz” Sylvii Plath, sama miewam stany depresyjne... Ale z drugiej strony, gdybym była w pełni szczęśliwa, nie zrozumiałabym tej książki. Nie odczytałabym właściwie tego dziwnego strumienia myśli, które Plath zamieniła w powieść. Niewątpliwie, by zrozumieć „Szklany klosz”, trzeba poznać historię życia samej autorki. Amerykańskiej poetki, pisarki, zaliczanej do grona tzw. poetów wyklętych. Kobiety niepogodzonej z życiem, które sama sobie w 1963 r. w końcu odebrała. Miała tylko 31 lat... Ja mam 33 i wydaje mi się, że doskonale rozumiem to, co czuła Esther Greenwood.

„Szklany klosz” to nie lektura dla poszukujących akcji, przygód, tempa. To książka, nad którą unosi się aura sennego, piekielnie upalnego letniego przedpołudnia, kiedy nikt nie ma ochoty wychodzić z chłodnych czterech ścian. Świat przedstawiony jest jakby za mgłą, gdzieś w dalszym planie smętnie się wyłania. Najważniejsza jest Esther Greenwood i jej myśli. Jej całkowicie naturalna niechęć do świata, pozbawiona sztucznych póz reakcja na otoczenie. Próba samobójcza poprzedzona rozważaniami, jaki sposób wybrać, by był skuteczny oraz pobyt w szpitalu psychiatrycznym. To bardzo ogólnikowe streszczenie „Szklanego klosza”. Ale akcja nie ma znaczenia. Znaczenie ma przesłanie.

Pomimo, że „Szklany klosz” Sylvii Plath został wydany w 1963 r. i odnosi się do realiów ówczesnych Stanów Zjednoczonych, to jest jak najbardziej aktualny w wymowie.

Jeśli czujesz się, jakbyś był pod szklanym kloszem, nie widzisz świata w jego naturalnych kolorach. Widzisz obraz rozmyty, pozbawiony ostrości. To wcale nie jest zły sen. To jest życie. Pytanie tylko, ile warte jest takie życie? Esther Greenwood chce się uwolnić spod tego klosza. Ale wcale nie jest to takie łatwe. Osoba mająca predyspozycje do chorób psychicznych, nadwrażliwa i nie zgadzająca się z rzeczywistością, ma cholernie trudną drogę do pokonania. Czasem wyjścia spod tego klosza nie ma...

Nie potrafię więcej napisać o tej książce. Zbyt mocno ją odczułam. Polecam ją szczególnie tym, którzy wadzą się z życiem, mają wrażenie, że tkwią w martwym punkcie i chcieliby się obudzić ze złego snu.

......................

Chcę podziękować Aeljot za fantastyczną zakładkę, jaką od niej dostałam. Piękny haft! Zdolna z niej kobieta. Ja mam dwie lewe ręce do takich robótek. A Chihiro obdarowała mnie płócienną torbą i płytą z muzyką Polly Scattergood. Przyznam, że „reklama” miasta na takich torbach bardzo mi się podoba. Kiedyś szukałam takich toreb/pamiątek z Bieszczadów. Ale nigdzie nie znalazłam. Widocznie nikt jeszcze nie wpadł na ten genialny pomysł. A Polly Scattergood ma wyjątkowy głos. Posłuchajcie sami.


sobota, 15 maja 2010

"Białe zęby" - Zadie Smith

Żyję w kraju, którego kultura jest słowiańska na wskroś, aczkolwiek podstawy tej kultury zostały zbudowane na bazie innych kultur. Przez wieki napływały do Polski różne tradycje i zwyczaje, które w mniejszym, lub większym stopniu zaaklimatyzowały się. Nawet dziś do naszej typowo słowiańskiej kultury wkraczają z coraz większym impetem czynniki kultur zachodnich. Jednakże nasza polska kultura nigdy nie była i nie będzie takim tyglem, jaki powstał na Wyspach Brytyjskich. Imigranci tworzący dzisiejszą kulturę brytyjską zróżnicowali i przewartościowali królujący przez wieki brytyjski porządek.

Czym jest kultura? To całokształt materialnego i duchowego dorobku ludzkości, a także ogół wartości, zasad i norm współżycia przyjętych przez daną zbiorowość. Kultura tworzy kanon myślenia, zachowania, percepcji rzeczywistości. Kształtujący kulturę ludzie są jednocześnie jej dawcami i odbiorcami. W przypadku zetknięcia się różnych kultur, nagromadzenia i wymieszania czynników kontrastujących, powstaje mieszanka wyjątkowo niespójna, niepoddająca się żadnej klasyfikacji. Ta mieszanka wielu kultur, która ma miejsce w krajach będących ziemią obiecaną wielu imigrantów, bywa fascynująca, ale jednocześnie przerażająca. Każda nowa wartość wprowadza zmiany. Każdy nowy zwyczaj, budzi niepokój, który z czasem może, ale nie musi zaniknąć. Wielokulturowość w danym społeczeństwie bywa ogniem zapalnym, przyczyną konfliktów, nie zawsze sprzyja rozwojowi społeczeństwa. W takich chwilach pojawiają się pytania o tolerancję, o akceptację, o umiejętność współżycia różnych narodowości, środowisk, grup. Pojawiają się też pytania o potrzebę trzymania się własnych korzeni, stanowiących jedną z ważniejszych wartości życia.

Taką mieszankę kultur sportretowała w „Białych zębach” Zadie Smith; udało jej się pokazać mieszkańców Londynu, wśród których imigranci stanowią znaczącą część społeczeństwa. Zaprezentowała próby przystosowania się imigrantów do życia w nowym świecie, ich rozterki, ich bolączki, ich niepogodzenie się z utratą własnych korzeni. Ale także próby asymilacji, akceptacji, otwarcia na to, co nowe. Stworzyła bohaterów, którzy paradoksalnie wśród obcej kultury, mogli odnaleźć i z szacunkiem pielęgnować własne korzenie. Oczywiście zostało to okupione wieloma zgrzytami, licznymi niepowodzeniami, wojowaniem z własną naturą i z naturą cywilizacji.

„Białe zęby” to powieść wyczerpująca wszelkie cechy tego gatunku literackiego. Wystarczy podać najprostszą definicję powieści, by zauważyć, że dzieło Zadie Smith, spełnia reguły rządzące tym gatunkiem. To proza pełna wyrazistych postaci. Z wielowątkową fabułą. Celowe braki chronologii fabuły nie stanowią przeszkody, by doskonale orientować się w świecie powieści. Narrator nienależący do świata przedstawionego dysponuje kompletną wiedzą na temat zdarzeń, bohaterów działa, zachowuje stały dystans w przedstawianiu fabuły. Buduje miarową akcję, pozostawiając miejsce na refleksje czytelnikowi. Nie narzuca się z własnym punktem widzenia. Pozwala odkrywać świat przedstawiony i samodzielnie wyciągać wnioski.
A refleksji towarzyszących lekturze „Białych zębów” jest mnóstwo. Tak, jaki i wniosków, jakie można wyciągnąć z tej rewelacyjnej powieści.

Zasadniczym miejscem akcji jest Londyn. Piszę zasadniczym, bo częste retrospekcje wprowadzają wiele innych miejsc, które miały, mają lub powinny mieć wpływ na życie bohaterów „Białych zębów”.

Czas akcji to okres pomiędzy 1974 a 1999 rokiem, aczkolwiek narrator przywołuje wiele wcześniejszych wydarzeń, aby czytelnik mógł sobie dokładniej wyobrazić i zrozumieć okoliczności następstw akcji . A jest to w tej powieści niezwykle ważne!

Bohaterami powieści pisarka uczyniła przedstawicieli trzech rodzin zamieszkujących Londyn:
- Jonesonów: Archibald (Anglik), jego czarnoskóra żona Clara (pochodząca z Jamajki) i ich córka Irie.
- Iqbalów: Samad i Alsana – emigranci z Bangladeszu oraz ich synowie bliźniacy Magid i Millat,
- Chalfenów: Marcus i Joyce (Anglicy, jednakże dopiero w trzecim pokoleniu) a także jeden z ich synów Joshua.

Każda z postaci została doskonale sportretowana. Każdą z postaci gryzie jakieś niespełnienie, lęk przed własną tożsamością. Każda jest rozdarta pod względem moralnym i duchowym, ale również pod względem społecznym. Imigranci chcą wyjść ze stworzonego im getta, jednocześnie sami się w nie coraz dalej zapędzają. A angielska tolerancja wobec odmienności bywa dwuwarstwowa i przysparza człowiekowi wyimaginowanych kompleksów. Izolowanie się od społeczeństwa nie zawsze dotyczy imigrantów. Okazuje się, że wśród białych jest spora grupa ludzi uciekających przez światem. Ta ucieczka przybiera różne formy, od fizycznych nałogów, poprzez zamknięcie się w czterech ścianach i religijne fanatyzmy, do absurdalnego poczucia wyższości i oddania się naukowych doświadczeniom.

Obok refleksji natury obyczajowo-społecznej Z. Smith zgrabnie przemyca również refleksje dotyczące natury ludzkiej. Zajmuje się problemem rozdzielenia, oddalania się od siebie osób bliskich. Istotny dla całej powieści jest też fakt istnienia przypadku, który rządzi życiem. Pojawia się nawet myśl, że gdyby wyeliminować przypadek, móc zaplanować wszytko od początku do końca, wtedy życie człowieka byłoby idealne. Bohaterowie „Białych zębów” są idealistami, ale czy są fantastami? Czy ich idee i marzenia nie mogą zrealizować się? Tak, jak asymilacja wydaje się pierwotnie ułomnym procesem, tak, jak w wędrówce do źródła pokonać trzeba mnóstwo przeszkód, tak też i pewne idee, mimo wszystko, są możliwe do zaistnienia. Problemem nie jest kłamstwo czy mała wiara, tylko niemoc dostrzeżenia własnej atrakcyjności, własnej wartości.

Nie można zapomnieć o rozważaniach nad religijnością i wpływem wiary na życie człowieka. W „Białych zębach” ścierają się ze sobą świadkowie Jehowy i muzułmanie. W opozycji do nich stoją zwolennicy teorii naukowych poświęcający się badaniom i eksperymentom.

Jeśli chodzi o warstwę stylistyczną, to „Białe zęby” wzbudzają tyle śmiechu, ile zadumy nad ułomnością ludzkich zachowań. Humor bywa gorzki, czasem wzbudza pobłażliwość, czasem zamienia się w ironię i szyderstwo. Śmiejemy się z zachowań bohaterów, którzy mogą wzbudzać naszą sympatię. Ale „Białe zęby” to przede wszystkim powieść ośmieszająca cywilizację zachodnią, jej wymagania, warunki, style życia.

Akcja powieści jest budowana stopniowo. Początkowe rozdziały przedstawiają kolejno bohaterów, ich życie i ich psychikę. Zgodnie z regułą akcja zaczyna się zawiązywać, łączyć poszczególne wątki i zamienia się z czasem w pędzący ciąg zdarzeń. Punkt kulminacyjny, który poprzedza mnóstwo mniej lub bardziej spodziewanych zdarzeń, zabiera wszystkich bohaterów w jedno miejsce, by tam przeznaczenie mogło się wypełnić. By wszystkie zbiegi okoliczności nareszcie się dopełniły.

Symbolika tytułowych białych zębów jest brutalna w swojej wymowie. Bo białe zęby mogą być przyczyną śmierci, a z drugiej strony są wyznacznikiem zamożności.

Długo czytałam tę prawie 500-stronicową powieść. Nie spieszyłam się, by dłużej móc rozmyślać nad losami Archiego, Samada, Millata, Irie, reszty ich rodzin oraz przyjaciół. Pisarka nie pozwalała mi się nudzić, choć zdarzały się wątki zbędne. Po lekturze z satysfakcją odłożyłam książkę i zadumałam się, by jeszcze raz prześledzić losy wszystkich trzech rodzin. I doszłam do wniosku, że „Białe zęby” to wielce realistyczna powieść. Każde opisane zdarzenie mogło się wydarzyć. I jestem pewna, że Zadie Smith wiele spośród wplecionych w powieść historii zasłyszała od bliskich, znajomych, rodziny. Nie chcę wierzyć, że to fikcja literacka. Dowodów na to nie muszę szukać, wystarczy spojrzeć na biografię samej pisarki. Więc skoro jej przypisuje się postać Irie, to czemu cała reszta barwnych bohaterów „Białych zębów” nie miałaby mieć swoich pierwowzorów? Może jeszcze gdzieś żyją Archibald i Samad ze swoimi młodszymi o ponad 20 lat żonami? Może Irie nie popełniła błędów swoich rodziców? Może Magid kontynuuje pracę nad Myszą Przyszłości? A Millat nie ma nic wspólnego z terrorystami?