"Czytanie jest nałogiem, który może zastąpić wszystkie inne nałogi lub czasami zamiast nich intensywniej pomaga wszystkim żyć, jest wyuzdaniem, nieszczęsną manią."

"Malina" Ingeborg Bachmann

poniedziałek, 12 września 2011

"Kraj bez kapelusza" - Dany Laferrière

Niesamowicie dowcipna, nieco nostalgiczna, odważna i pełna kreolskiego temperamentu. Tak na szybko określiłabym książkę Dany’ego Laferrière’a „Kraj bez kapelusza”.

Autor zabiera czytelnika w iście magiczną podróż po Haiti – kraju, w którym wciąż żywy jest kult voodoo. Jak wiadomo podstawą tej religii są rdzenne wierzenia ludów zachodnioafrykańskich; mieszkańcy Haiti sprytnie połączyli panteon swoich bogów i duchów z narzuconą im religią katolicką tworząc w ten sposób jedyną w swoim rodzaju mieszankę wybuchową.

Aura voodoo unosi się nad opowieścią Dany’ego Laferrière’a, jednakże jest to wyjątkowo humorystyczna aura, pozbawiona elementu strachu i grozy. Bo tak naprawdę voodoo wcale nie jest takie straszne, to filmy amerykańskie mocno skrzywiły obraz tego kultu. Owszem, oddaje się należny szacunek zmarłym przodkom, przywiązuje się wagę do tradycji i zwyczajów, nieostrożnie można rozgniewać Oguna albo Erzulię. Ale dzięki starym wierzeniom można łatwiej wytłumaczyć pewne zjawiska, można oswoić lęk przed tamtym światem, można go zresztą odwiedzić, choćby na chwilę…

Dany Laferrière po 20 latach nieobecności powraca do rodzinnego kraju, na nowo odrywa i przywołuje z pamięci klimat i uroki Haiti. „Kraj bez kapelusza” nie jest bynajmniej powieścią autobiograficzną. Pisarz wplata w opowieść o kraju dzieciństwa elementy iście literackie, tworząc historię na poły magiczną, na poły realną. Voodoo charakterystyczne dla ojczyzny Laferrière’a zostaje oswojone, ujarzmione, doprawione szczyptą humoru i zdziwienia, a serdecznego uśmiechu nie można zdjąć z ust czytając o armii zombi chodzącej po ulicach Port-au-Prince. Bo tak naprawdę „Kraj bez kapelusza” nie wzrusza tęsknotami, nie przytłacza nostalgią, ale bawi czytelnika karaibską mentalnością, uderza zapachem wybuchającego mango i lekkością mówienia o sprawach poważnych. Po 20 latach Dany powraca na wyspę będąc już dojrzałym mężczyzną i nie może się nadziwić, że prawie nic się nie zmieniło. Bieda i spokój, ten sam zapach, to samo słońce, ten sam kurz i pył na ulicach, to samo jedzenie, ci sami przyjaciele, z którymi szwendał się po ulicach miasta… Jedyną rzeczą, która go intryguje, jest plotka, że „stary prezydent powołał armię zombi, żeby stawić czoło armii amerykańskiej”, i że cmentarze są prawie puste. Niektórzy jednak zadbali o to, żeby nieboszczykom wkładać do rąk igłę bez ucha i nitkę, aby w ten sposób byli oni zajęci i próbowali nawlec nitkę na igłę. Zgodnie z wierzeniami: zmarłych, którzy są czymś zajęci, nie da się ściągnąć na ten świat. A podobno po Port-au-Prince chodzi coraz więcej zombi. Zdziwienie budzą też mieszkańcy Bombardopolis, którzy mogą nie jeść przez wiele tygodni; tym fenomenem zajęci są zresztą naukowcy, próbujący rozwiązać zagadkę braku potrzeby jedzenia.

Dość czytelne są prawdy ukryte między słowami i pod warstwą humoru. Haiti boryka się bowiem od lat z problemem biedy, spora część społeczeństwa żyje wręcz na skraju nędzy. Bolączką Haiti jest też ustrój polityczny, przez lata rządy sprawowali kolejni dyktatorzy, co odbiło się mocno na stanie gospodarczym kraju. Dany Laferrière daje wyraz swoim zmartwieniom nad losem ojczyzny, pokazuje drugą stronę medalu. Za lokalnym kolorytem, który może fascynować przybyszy z innych krajów, kryje się obraz ubóstwa i ucisku. Tym niemniej pisarz w „Kraju bez kapelusza” oddaje należny szacunek swojej ojczyźnie, stara się zwrócić uwagę na barwne życie wewnętrzne mieszkańców Haiti, dlatego wykorzystuje voodoo w celach komercyjnych. Wyciąga z istoty voodoo to, czym Haitańczycy powinni się szczycić, bo żadne zniewolenie nie odebrało im tradycyjnych wierzeń, pełnych czarów i magii obrządków. Laferrière nie poszukuje swojej tożsamości, bo nigdy jej nie stracił. Czuje się Haitańczykiem na wskroś i ciągnie go do korzeni.

Dany Laferrière w „Kraju bez kapelusza” daje upust swojej fascynacji krajem, w którym się wychował. Zwraca uwagę na gorący temperament jego mieszkańców. Nie bez kozery opowiada o możliwości przejścia na drugą stronę, zobaczenia świata, do którego ludzie idą bez kapelusza. Otrzymał taką propozycję i długo zastanawiał się, czy z niej skorzystać. Dzięki temu, że znów mógł usiąść przy koślawym stoliku pod mangowcem, my mamy możliwość posłuchać jego opowieści. Ciepłej, zmysłowej i pachnącej Karaibami .

piątek, 9 września 2011

"Ring" - Koji Suzuki


„Myśli zawierają w sobie energię, a owa energia…” No właśnie, załóżmy, że myśl jest formą życia, ma własną energię i może stać się żywą istotą. Czy tą hipotezę można traktować poważnie? Myśl ma moc sprawczą, jest wytworem umysłu, a jeśli ten umysł posiada zdolności paranormalne? Jeśli potrafi tworzyć obrazy na kliszy fotograficznej albo taśmie video? Hm… Odczuwamy dziwny lęk przed nieznanym, jeśli mamy do czynienia z tego typu zjawiskami. Jednocześnie wierzymy i nie wierzymy własnym oczom. Logika podpowiada nam, że coś, co działa wbrew prawom fizyki, istnieć nie może. A jednak co jakiś czas napotykamy na ślady, których wytłumaczyć się nie da. Co wtedy?

Koji Suzuki wziął na warsztat tą tematykę, zmierzył się ze zjawiskami, które wzbudzają w nas strach i napisał rewelacyjny „Ring”. Zapewne większość z nas oglądała film pod tym samym tytułem, albo wersję amerykańską, albo o niebo lepszą wersję japońską, która w zasadzie składa się z trzech części. Dla mnie trzy „Ringi” japońskie są filmami kultowymi, uwielbiam atmosferę tych filmów. Zresztą trzeba przyznać, że Azjaci potrafią zrobić świetne filmy grozy.

Biorąc do ręki książkę Kojiego Suzuki wiedziałam co mnie czeka. Pomimo dobrej znajomości filmów postanowiłam przeczytać „Ring” i przekonać się, czy książka jest tak dobra, jak jej filmowe wersje. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że jest! Jest świetnie napisana, trzymająca w napięciu i niepozwalająca oderwać się od niej. Oczywiście jest całą masa różnic dotyczących treści, które mnie zastanawiają. Wydaje mi się, że wierna adaptacja powieści Kojiego Suzuki byłaby lepsza, jednakże skoro filmowcy postanowili wprowadzić zmiany, musieli mieć jakiś powód. Przykładem niech będzie główny bohater, w powieści jest nim mężczyzna Kazuyuki Asakawa, a w filmie kobieta Reiko Asakawa. Winowajczyni całego zamieszania Sadako Yamamura również w powieści okazuje się osobą o wiele ciekawszą, niż jej filmowa postać. Zdecydowanie bardziej odpowiada mi pierwowzór literacki, nie mam najmniejszych wątpliwości, że powieść Kojiego Suzuki zasługuje na większe uznanie.

Czy muszę przypominać treść „Ringu”? Wydaje mi się, że każdy wie o śmiercionośnej kasecie video. Dlatego pominę zupełnie treść książki. Kto nie zna ani filmów, ani książki, niech się poczuwa do obowiązku zapoznania się z tą niekwestionowaną ikoną popkultury początku XXI wieku.
Zatrzymam się chwilę na wątku dotyczącym wirusa. Asakawa próbuje rozwikłać zagadkę tajemniczej śmierci czworga nastolatków i odkrywa istnienie przerażającej kasety video, prosi wtedy o pomoc swojego przyjaciela Ryujiego. Gdyby nie on, Asakawie trudno byłoby trafić na ślad kobiety Sadako Yamamury. To Ryuji wypowiada kwestie, które zdumiewają, są śmiałe i zastanawiające. To w dużej mierze dzięki niemu Asakawa odkrywa przerażającą prawdę.

„Ale wiesz, złe moce nigdy nie dążą do zagłady ludzkości. Dlaczego? Bo jeśli przestaną istnieć ludzie, przestaną też istnieć demony. Tak samo jest z wirusami. Jeśli zginie komórka żywiciela, wirus również nie przetrwa.”

Przerażająca prawda dotycząca śmiercionośnej kasety video jest okrutnie prosta. Tak jak prosty jest mechanizm przetrwania wirusa. A w zasadzie mechanizm każdego życia! I właśnie to jest w „Ringu” Kojiego Suzuki najciekawsze, pisarz wykorzystał najprostszą z możliwych zasadę, aby ukazać marność ludzkiego życia, które jest zależne od wielu czynników. W jego powieści nie ma potworów, nie ma przelewów krwi, tu strach pojawia się w sferze umysłu. Lęki dotyczą tego, co nieznane i niezbadane. Asakawa musi zmagać się z ogarniającym jego umysł strachem o życie własne oraz o życie żony i córki, które przez przypadek również obejrzały nieszczęsną kasetę. Musi odnaleźć Sadako Yamamurę, musi walczyć z czasem, musi zdjąć klątwę. Musi powstrzymać rozprzestrzenianie się wirusa, choć to akurat wydaje się niemożliwym. Wymaga to bowiem podjęcia decyzji, na którą chyba żaden człowiek nie jest gotowy.

„Aby uratować własną rodzinę, mam zamiar wypuścić na świat zarazę, która może doprowadzić do wyginięcia rodzaju ludzkiego.”

Hm… czy ta próba nie jest dla ludzkiego gatunku ostateczną?

„Ring” Kojiego Suzuki zmusza do myślenia. Mój ostatnio ociężały umysł ożywił się i zaczął spekulować, co by było, gdyby faktycznie TAKI wirus rozpanoszył się na świecie? Ile czasu potrzeba by było, aby znaleźć antidotum na nową zarazę wyniszczającą ludzkość? A może wystarczyłaby jedna myśl, która miałaby siłę powstrzymać nadchodzący Armagedon? Wszak: „Myśli zawierają w sobie energię, a owa energia…”

wtorek, 6 września 2011

"Czas postu, czas uczty" - Anita Desai


Lubię takie opowieści. Pełne ciepła, nostalgii, humoru i mądrości, bynajmniej nie naiwnej i wyniosłej. Opowieści o ludziach i ich życiu, o rodzinie i stosunkach w niej panujących. Lubię konfrontację dwóch światów, różnych pokoleń, odmiennych światopoglądów. Taką niebanalną opowieść stworzyła indyjska pisarka Anita Desai, matka dobrze nam znanej innej pisarki Kiran Desai.

Książka „Czas postu, czas uczty” znów zabrała mnie w literacką podróż do Indii. Znów pozwoliła mi zasmakować odmiennej kultury i zwyczajów, jakże intrygujących.

Mama i Papa i ich dzieci, najstarsza Uma, młodsza od niej Aruna i długo oczekiwany syn Arun to bohaterowie tej urokliwej powieści. Miejscem akcji są Indie i Stany Zjednoczone. Dwa kompletnie różne kraje. W Indiach rodzina to świętość, rodzice są najważniejsi, to oni decydują o tym, co zjesz na obiad, do jakiej szkoły pójdziesz, za kogo wyjdziesz za mąż. Tam się szanuje tradycje, dzieci okazują szacunek rodzicom. A Stany? Każdy wie, że wolność i swoboda obyczajów okupiona jest chorobami, które rozwijają się pod powierzchnią złudnego amerykańskiego snu. W książce zarysowany jest dość wyraźny kontrast obyczajów panujących w rodzinie indyjskiej i amerykańskiej, na niekorzyść tej drugiej. Mimo wszystko przywiązanie do tradycji i pewne rygory indyjskiej rodziny okazują się mocniejszą i stabilniejszą podstawą. Rodzice są może nieco apodyktyczni i ograniczają wolną wolę młodym ludziom, jednakże potrafią oni zaszczepić w swoich dzieciach prawdziwe wartości, którymi należy kierować się w życiu.

Bohaterami „Czasu postu, czasu uczty” są przede wszystkim dzieci Mamy i Papy. Stara panna Uma jest utrapieniem dla rodziców, wszelkie próby wydania jej za mąż okazują się daremne. Uma jest rezolutna, ciekawa świata jak małe dziecko, naiwna i ogromnie sympatyczna, aż dziwne, skąd u niej takie usposobienie. Jej przeciwieństwem jest młodsza Aruna. Pewna siebie, wyniosła, czasem zarozumiała i złośliwa. Ze znalezieniem kandydata na męża dla Aruny rodzice nie mają żadnego kłopotu. Wychodzi za mąż, wyjeżdża do Bombaju, rodzi dzieci i z małomiasteczkowej panny staje się wielką damą. Narodziny Aruna, jedynego syna Mamy i Papy, wywołują zmiany w rodzinie. Starsze siostry muszą pomagać i być na zawołanie Mamy. Arun jest oczkiem w głowie rodziców. Na studia wysyłają go do Stanów, gdzie podczas przerwy wakacyjnej chłopak ma okazję mieszkać w typowej amerykańskiej rodzinie. Wspólnych posiłków się tu nie jada, królują potrawy mięsne z grilla, dzieci zajęte sobą nie mają kontaktu z rodzicami, syn poświęca czas dbaniu o kondycję, a córka po kryjomu wymiotuje. Piękna atmosfera amerykańskiej rodziny, idealna droga do rozpadu więzi.

Przeciwieństwa dwóch światów są wymowne i czytelne. Anita Desai nie stara się niczego koloryzować, niczego ulepszać, ani też ukrywać. To, co ma śmieszyć, śmieszy, to, co zawstydzać, zawstydza, a to, co martwić, martwi. Tu emocje są przytłumione, nie ma nachalności, szokowania, próby imponowania czytelnikowi historią na miarę możliwości. Historia została opowiedziana ze spokojem i nutką nostalgii. Ja z uznaniem dla autorki mogę jedynie książkę polecić, co też staram się uczynić.

Pomimo mało znanej autorki, mało ciekawej okładki, takie książki warto czytać. Bo przechodzą bez echa. Stają się obiektem poszukiwań dla takich wariatów, jak ja. Kiedyś, gdzieś, przy jakiejś okazji przeczytałam o Anicie Desai i rozpoczęłam poszukiwania jej książek. Cieszę się, że się nie poddaję i faktycznie czytam to, co mnie naprawdę interesuje. „Czas postu, czas uczty” wart był tych poszukiwań.

sobota, 3 września 2011

"Historia brzydoty" - redakcja Umberto Eco

„Historia Brzydoty” pod redakcją Umberto Eco przykuła moją uwagę już dawno. Solidne wydawnictwo opisujące brzydotę w sztuce od czasów starożytnych po dzień dzisiejszy to nie jest lektura na jeden raz. Do tej księgi (liczy 450 stron) można wracać po wielokroć. Można czytać, można oglądać reprodukcje. Można poszerzać swoją wiedzę. Mi ciągle mało. Czym jest brzydota, jak ją definiowano, jak zmieniały się kanony brzydoty przez wieki, to tylko kilka pojęć, o których w „Historii Brzydoty” mowa. Przyznam, że jestem pod urokiem tej książki. Obok przykładów z malarstwa i rzeźby umieszczono przykłady literackie. Pozwala to na bieżąco konfrontować przedstawiane pojęcia. Analiza poszczególnych tematów jest bogato ilustrowana, niekiedy prezentowane dzieła sztuki oszałamiają fantazją autorów, niekiedy faktycznie wzbudzają obrzydzenie. Brzydota towarzyszy człowiekowi we wszystkich dziedzinach życia, we wszystkich poczynaniach. Posiada swoją własną filozofię istnienia, jest treścią swoistej estetyki, która na przestrzeni wieków ewoluowała. Dziś to, co dla starożytnych było wstrętne, nam wydaje się mało straszne. To, co w średniowieczu budziło grozę i niesmak, nas śmieszy. Wyobrażenia ówczesnych artystów wzbudzają raczej nasz zachwyt, niż lęk. Barokowe spojrzenie, romantyzm i czasy współczesne pokazują absolutnie odmienne postrzeganie tego, co brzydkie. Brzydota niekiedy była wręcz piękna, przynajmniej w rękach artysty stawała się dziełem sztuki. Dziś nasza wyobraźnia ucieka od razu w kierunku różnych subkultur albo horrorów. Zdeformowane ludzkie ciało wydaje się najbardziej eksploatowanym tematem od zarania dziejów. A zatem brzydota to pojęcie typowo człowiecze. W przyrodzie brzydota nie występuje!
Jako że trudno analizować i opowiadać o tym wydawnictwie, bo należałoby wnikliwie skupiać się na każdym rozdziale, aby treść tej książki przybliżyć czytelnikowi, ja pozwalam sobie na kilka przykładów fotograficznych. Sami spójrzcie, a potem sięgnijcie po „Historię brzydoty”.








niedziela, 28 sierpnia 2011

"Głęboki sen" - Raymond Chandler

Przystojny, szarmancki, nieco cyniczny 34-latek Philip Marlowe to uosobienie mężczyzny, z którym chętnie weszłabym bliższe relacje. (Mam nadzieję, że mój mąż tego nie przeczyta.) Nie powiem, żeby mi nie przypadł do gustu. Ten prywatny detektyw z Los Angeles, przez kobiety nazywany draniem i brutalem, mimo wszystko wzbudza zaufanie i sympatię. Jest kulturalny, nieco wyrachowany i wyniosły, lubiący dyktować reguły gry. Mieszka sam, z umiarem sięga po alkohol, potrafi się oprzeć pokusom. Do życia powołał go Raymond Thornton Chandler (1888-1959), amerykański pisarz powieści kryminalnych, uznawanych za klasykę gatunku. Po raz pierwszy na kartach powieści Philip Marlowe pojawia się w „Głębokim śnie”, który został napisany w 1939 r.

Miałam właśnie tą przyjemność przeczytać „Głęboki sen” i poznać bliżej Philipa Marlowe’a. Niemalże od pierwszych stron powieści zostałam przeniesiona w świat, który kojarzy mi się ze starymi amerykańskimi filmami kryminalnymi utrzymanymi w konwencji noir. Atmosfera jest trochę duszna, akcja zdecydowanie rozgrywa się nocą, bohaterowie są niczym wyjęci z tych czarno-białych kadrów. Kobiety w aksamitnych kostiumach, mężczyźni w garniturach z białymi mankietami, jeżdżący plymouth’ami, noszący inkrustowane rewolwery, kasyna, hazard, alkohol i tajemniczy świat ciemnych interesów. Deszczowe Los Angeles w latach 30. XX wieku pełne niepowtarzalnego klimatu, uroku i stylu. To świat przedstawiony przez Chandlera w „Głębokim śnie”.

Znakomitym zabiegiem ze strony pisarza było oddanie narracji w ręce głównego bohatera. Philip Marlowe opowiada nam historię kryminalną z właściwą tamtym czasom elegancją i szykiem. Akcja rozpisana na kilka dni wydaje się obejmować dłuższy okres. To wrażenie powstaje w wyniku charakterystycznej niespieszności akcji, można wręcz delektować się nastrojem chwili. Kolejne sceny przypominają momentami okienka komiksu. Są niezwykle plastyczne i utrzymane w czarno-białej tonacji. Mroczność tego kryminału nie ma związku z brutalnością, okrucieństwami czy makabrycznymi zbrodniami. Raczej dotyczy nastrojowości, która przez całą książkę jest równomiernie dawkowana. Tak ja to odczuwałam. Styl noir właśnie tym się charakteryzuje. A powieści Raymonda Chandlera były idealnym tworzywem literackim dla filmów tego gatunku, stąd moje uzasadnione skojarzenia.

Co do samej treści, to tak, jak w przypadku tysięcy innych kryminałów, jest tu do rozwiązania pewna zagadka. Ale nie chodzi o morderstwo, a przynajmniej nie od morderstwa zaczyna się akcja. Schorowany i przykuty do inwalidzkiego wózka nieprzyzwoicie bogaty generał Sternwood padł ofiarą szantażu. Philip Marlowe zostaje poproszony o zajęcie się tą sprawą. Szantaż okazuje się namiastką wielkich kłopotów. Marlowe w międzyczasie poznaje dwie młode i piękne córki starego Sternwooda, staje się świadkiem kilku morderstw i sam pewnej deszczowej nocy niemal o włos nie traci własnego życia.

Olbrzymią zaletą kryminału Chandlera jest fantastyczne oddanie klimatu Los Angeles lat 30. ubiegłego wieku. A w przeciwieństwie do bohaterów współczesnych kryminałów, bohater Chandlera nie wydaje się być ostatnim draniem, gburowatym i mrukliwym facetem po przejściach. Marlowe to raczej typ faceta z wrodzoną klasą; jest młody i dopiero rozpoczyna karierę detektywa. Pracuje sam, maniery ma nienaganne, zawsze ogolony i w odświeżonym ubraniu. Gdyby porównać Philipa Marlowe’a np. z naszym rodzimym Eberhardem Mockiem, którego oczywiście także darzę sympatią, to od razu rzuca się w oczy różnica charakterów. (Dlaczego Mock? A dlatego, że obaj „żyli” mniej więcej w tych samych czasach, ale na innych kontynentach.) Rzecz jasna, żaden z nich nie jest ani gorszy, ani lepszy, każdy z nich jest świetny w swojej kategorii. Jednakże z Mockiem nie chciałabym wejść w bliższą znajomość, natomiast z przystojnym Marlowe’m jak najbardziej. Odezwała się tu moja próżna kobieca natura, ale przecież mogę sobie pozwolić na taką dygresję. Nieprawdaż?

„Głęboki sen” został dwukrotnie zekranizowany. Oto plakat filmu z 1946 r.



Ps. Za książkę dziękuję pewnemu K. On wie, że należy mu się całus w czółko! ;)