Strony
"Czytanie jest nałogiem, który może zastąpić wszystkie inne nałogi lub czasami zamiast nich intensywniej pomaga wszystkim żyć, jest wyuzdaniem, nieszczęsną manią."
"Malina" Ingeborg Bachmann
piątek, 13 kwietnia 2012
"AltissimumAbiectum"
niedziela, 8 kwietnia 2012
"Fight Club" - Chuck Palahniuk
„Przez tysiące lat istoty ludzkie niszczyły, śmieciły i paskudziły na tę planetę, a teraz historia oczekuje ode mnie, żebym po wszystkich posprzątał. Mam myć i zgniatać moje puszki po zupie. I rozliczać się z każdej kropli zużytego oleju samochodowego.
Muszę płacić rachunki za odpady nuklearne i podziemne zbiorniki benzyny, za wysypiska toksycznych śmieci wyrzuconych na pokolenie przed moim przyjściem na świat.”
Tak właśnie jest! Płacimy fizycznie i psychicznie rachu
nki za straty i zamiast odbijać się od dna, coraz bardziej przywiązujemy się do niego. Jako cywilizacja amnezji zmierzamy do zagłady. Ale co tam! Jest nam dobrze. Karmimy się złudzeniami. Przecież za nasze błędy zapłacą następne pokolenia. Krąg się zamyka. Cywilizacyjne domino jeszcze się nie skończyło. W tym nieudolnym mechanizmie człowiek popada w coraz większy obłęd i traci zmysły, często nie zdając sobie w ogóle z tego sprawy! Życie zostało zdeterminowane przez reguły systemu. Monotonia i marazm zaczynają wypychać resztki rozsądku i szaleństwo staje się motorem życia. Weźmy takiego człowieka sukcesu. Posiada on dobrze płatną pracę, zasobną kieszeń, mieszkanie urządzone ze smakiem, obowiązkowo umeblowane gustownymi szafeczkami, komódkami, stolikami z IKEI. Wakacje spędza na Hawajach, albo Malediwach. Jada wyłącznie owoce morza i ubiera się wyłącznie w renomowanych butikach. Nagle ten człowiek budzi się i stwierdza, że doskwiera mu jakiś ból. Albo, co gorsze, zaczyna cierpieć na bezsenność. To pierwsze objawy cywilizacyjnej depresji, „psychogennej impulsywnej ucieczki”.
O skutkach takiej bezsenności opowiada Chuck Palahniuk w rewelacyjnej powieści „Fight Club”. Ale nie tylko o skutkach bezsenności! To byłoby mało oryginalne. Jego książka jest solidnym zastrzykiem środka pobudzającego, który równocześnie, bez efektów ubocznych, pozwala dostrzec bolesną prawdę o współczesnym świecie i nas samych. Palahniuka fascynuje człowiek i jego relacje z otaczającym światem. Fascynuje go degrengolada moralności, koszmarny wpływ cywilizacji na psychikę wrażliwego człowieka. Moim skromnym zdaniem Chuck Palahniuk doskonale rozprawia się z mitem amerykańskiego snu, z mitem człowieka-pana życia i świata. Pokazuje jego psychiczny upadek, jego moralną kastrację. Nie ma wartości, z której Palahniuk nie zadrwiłby, nie ma sytuacji, z której Palahniuk nie zrobiłby groteskowego spektaklu pełnego emocjonalnych fajerwerków. Jest on mistrzem szyderstwa!
Wracając do bezsenności, cóż można robić, kiedy którąś z rzędu noc nie można zasnąć? Można, jak bohater „Fight Clubu” skorzystać z dobrodziejstw farmakologicznych. Można też odwiedzać liczne grupy wsparcia, działające z pewnością w każdym większym mieście. Chorzy na pasożyty mózgu i gruźlicę, cierpiący na chorobę kości, raka jąder i pasożyty krwi, albo raka jelit – oni wszyscy mają swoje grupy wsparcia. Bohater Palahniuka odwiedza je wszystkie, co wieczór inną grupę. To dzięki spotkaniom z ludźmi chorymi czuje się oczyszczony i zasypia bez problemów.
„Jeżeli ludzie uważali, że umierasz, obdarzali cię całą swą uwagą. Jeżeli to mógł być ostatni raz, kiedy cię widzą, to widzieli cię naprawdę. Wszystko inne, o stanie ich książeczek czekowych, radiowych piosenkach i potarganych włosach szło do śmietnika. Miałeś ich pełną uwagę.”
No pomyślmy! Czy łatwo dziś zatrzymać czyjąś uwagę na sobie? Czy łatwo stać się centrum uwagi? Łatwo, ale potrzebna jest do tego śmierć! Jak mowa o śmierci, to ludzie wyostrzają swe zmysły, nasłuchują, wypatrują, wywąchują, muszą wiedzieć wszystko, chcą być ekspertami w tej dziedzinie. Wystarczy włączyć jakiekolwiek wiadomości w telewizji. Jakim tematom poświęca się najwięcej uwagi? Morderstwom, zabójstwo, samobójstwom, atakom terrorystycznym, wypadkom na drogach, zatruciom, pożarom, zatonięciom statków, katastrofom lotniczym i kolejowym. Jednym słowem śmierci! Śmierć to idealny temat medialny, to już nie towar deficytowy, to towar pożądany!
Palahniuk nie drwi ze śmierci. On drwi z cywilizacji, która doprowadza do psychozy, do rozdwojenia jaźni, do kompletnego postradania zmysłów.
„Byłem zmęczony, szalony i zagoniony, i za każdym razem, kiedy wsiadałem do samolotu, chciałem, żeby ten samolot się rozbił. Zazdrościłem ludziom umierającym na raka. Nienawidziłem swojego życia. Byłem zmęczony i znudzony swoją pracą i meblami i nie widziałem żadnego sposobu, żeby to zmienić.”
Czytasz te słowa i widzisz siebie, uwikłanego w ciasne schematy i stereotypy, otoczonego szwedzkimi meblami i wydumaną sztuką. Zrób sobie zatem wakacje od życia! Ale uważaj! Bo może pojawić się w twoim życiu ktoś taki, jak Tyler Durden. A kontakt z nim bywa wyjątkowo niebezpieczny i ekstremalny. Może on wywrócić twoje życie do góry nogami. To on wymyślił Podziemny Krąg, nocne kluby walki, uwalniające pierwotne instynkty i potrzeby rozładowania stłumionych emocji.
„Pierwsza zasada Podziemnego Kręgu to nie rozmawiać o Podziemnym Kręgu. Druga zasada Podziemnego Kręgu to nie rozmawiać o Podziemny Kręgu. Trzecia zasada Podziemnego Kręgu to dwóch mężczyzn, jedna walka”.
Podziemny Krąg mógł wymyślić tylko absolutnie zdeprawowany umysł. Połamane zęby, szczęki, złamane nosy, pęknięte żebra, rozerwane łuki brwiowe, przecięte wargi, poszarpane policzki, zakrwawione i obdarte ze skóry kostki pięści, podbite oczy, wyrwane kępkami włosy – to duma członków Podziemnego Kręgu. Taki zdeprawowany umysł – Tyler Durden – to szczwany lis, okrutnie przebiegły mściciel, to Zorro na miarę czasów. Pracuje on jako kinooperator i kelner. Zarówno jako jeden i drugi ma możliwość porządnie dokopać tym wszystkim, którzy sądzą, że są od nas lepsi.
„Jesteś kinooperatorem, jesteś zmęczony i zły, ale na ogół jesteś znudzony, zaczynasz więc od tego, że bierzesz sobie pojedynczą klatkę pornografii, wyciętą przez jakiegoś innego operatora, którą znajdujesz schowaną w kabinie, i wklejasz tę klatkę ze zbliżeniem nabrzmiałego czerwonego penisa albo rozdziawionej wilgotnej pochwy do jakiegoś filmu fabularnego.(…) Pojedyncza klatka filmu jest na ekranie przez jedną sześćdziesiątą sekundy. Podzielcie sekundę na sześćdziesiąt równych części. Tak długo jest na ekranie erekcja. Wznosząca się na cztery piętra nad pochłaniającą popcorn widownią, śliska, czerwona i okropna, i nikt jej nie widzi.”
Pomyślmy, czy nasze dzieci oglądając np. „Shreka” albo inne „Królewny Śnieżki” nie oglądają właśnie takich scen? Dlaczego Palahniuk jest tak obrazoburczy, tak obrzydliwy i niesmaczny? Dlaczego ja czytam takie bezeceństwa i przepisuję wam takie fragmenty? Bo takie jest nasze życie, obdarte z tego kiczowatego lukru, z tej pachnącej wazeliny, którą na siłę wpychają nam w umysły media. Żądza istnieje w nas i żadna różowa politura nie przysłoni naszego wnętrza. Człowiek to mściwa istota, musi się na kimś odegrać, musi komuś dopiec, musi sam zostać pobity, znaleźć się nad przepaścią, aby dostrzec piekło, w jakim żyje. Uważajcie w restauracjach na to, co jecie, może właśnie jakiś choleryk nasikał wam do zupy!
„Zapamiętaj to sobie – powiedział Tyler. – Ludzie, których chcesz zgnoić, to my, ludzie, od których jesteś całkowicie zależny. To my pierzemy twoje brudy, gotujemy ci jedzenie i podajemy do stołu. My ścielimy ci łóżko. My cię pilnujemy, kiedy śpisz, To my prowadzimy karetki pogotowia. To my łączymy twoje telefony. To my jesteśmy kucharzami i taksówkarzami i wiemy o tobie wszystko. To my nadajemy bieg twoim wnioskom o odszkodowanie i obciążamy twoje karty kredytowe. Kontrolujemy każdy fragment twojego życia. Jesteśmy średnimi dziećmi historii, wychowanymi przez telewizję w przekonaniu, że kiedyś zostaniemy milionerami, gwiazdami filmowymi i idolami rocka, ale nie zostaniemy. I właśnie się o tym dowiadujemy – powiedział Tyler. – Więc lepiej z nami nie zadzieraj.”
„Fight Club” to majstersztyk. Nie wątpię, że to chyba najlepsza powieść Chucka Palahniuka i to od niej powinno się rozpoczynać znajomość z tym amerykańskim pisarzem. Wynaturzenie to charakterystyczny chwyt dla wszystkich jego powieści. Nie ma tu mowy o delikatności czy subtelności. Tu można raczej porządnie oberwać, tu można zostać skopanym, pluć krwią i wyć z bólu. To, co zrobił Tyler Durden z bezimiennym narratorem „Fight Clubu”, to specyficzne nawrócenie, to przejście przez wrota piekieł, to krwawe katharsis.
Możecie mnie teraz wytknąć palcem, zarzucić mi sianie piekielnej propagandy, ale i tak to napiszę. Każdemu z nas przydałby się taki Tyler Durden, aby nami wstrząsnąć, abyśmy mogli obudzić się z martwego snu.
W 1999 roku David Fincher nakręcił na podstawie powieści Palahniuka film ze znakomitymi rolami Edwarda Nortona (narrator), Brada Pitta (Tyler Durden) i Heleny Bonham Carter (Marla Singer – o której nie wspomniałam w swoim tekście, ale nie mogę zdradzać wszystkich szczegółów!). Jeśli ktoś filmu nie widział, jego strata. Jeśli ktoś książki nie czytał, jego strata. Wydawnictwo Niebieska Studnia wydało właśnie audiobooka z powieścią Chucka Palahniuka, może to kogoś zainteresuje?
Muszę płacić rachunki za odpady nuklearne i podziemne zbiorniki benzyny, za wysypiska toksycznych śmieci wyrzuconych na pokolenie przed moim przyjściem na świat.”
Tak właśnie jest! Płacimy fizycznie i psychicznie rachu
nki za straty i zamiast odbijać się od dna, coraz bardziej przywiązujemy się do niego. Jako cywilizacja amnezji zmierzamy do zagłady. Ale co tam! Jest nam dobrze. Karmimy się złudzeniami. Przecież za nasze błędy zapłacą następne pokolenia. Krąg się zamyka. Cywilizacyjne domino jeszcze się nie skończyło. W tym nieudolnym mechanizmie człowiek popada w coraz większy obłęd i traci zmysły, często nie zdając sobie w ogóle z tego sprawy! Życie zostało zdeterminowane przez reguły systemu. Monotonia i marazm zaczynają wypychać resztki rozsądku i szaleństwo staje się motorem życia. Weźmy takiego człowieka sukcesu. Posiada on dobrze płatną pracę, zasobną kieszeń, mieszkanie urządzone ze smakiem, obowiązkowo umeblowane gustownymi szafeczkami, komódkami, stolikami z IKEI. Wakacje spędza na Hawajach, albo Malediwach. Jada wyłącznie owoce morza i ubiera się wyłącznie w renomowanych butikach. Nagle ten człowiek budzi się i stwierdza, że doskwiera mu jakiś ból. Albo, co gorsze, zaczyna cierpieć na bezsenność. To pierwsze objawy cywilizacyjnej depresji, „psychogennej impulsywnej ucieczki”.O skutkach takiej bezsenności opowiada Chuck Palahniuk w rewelacyjnej powieści „Fight Club”. Ale nie tylko o skutkach bezsenności! To byłoby mało oryginalne. Jego książka jest solidnym zastrzykiem środka pobudzającego, który równocześnie, bez efektów ubocznych, pozwala dostrzec bolesną prawdę o współczesnym świecie i nas samych. Palahniuka fascynuje człowiek i jego relacje z otaczającym światem. Fascynuje go degrengolada moralności, koszmarny wpływ cywilizacji na psychikę wrażliwego człowieka. Moim skromnym zdaniem Chuck Palahniuk doskonale rozprawia się z mitem amerykańskiego snu, z mitem człowieka-pana życia i świata. Pokazuje jego psychiczny upadek, jego moralną kastrację. Nie ma wartości, z której Palahniuk nie zadrwiłby, nie ma sytuacji, z której Palahniuk nie zrobiłby groteskowego spektaklu pełnego emocjonalnych fajerwerków. Jest on mistrzem szyderstwa!
Wracając do bezsenności, cóż można robić, kiedy którąś z rzędu noc nie można zasnąć? Można, jak bohater „Fight Clubu” skorzystać z dobrodziejstw farmakologicznych. Można też odwiedzać liczne grupy wsparcia, działające z pewnością w każdym większym mieście. Chorzy na pasożyty mózgu i gruźlicę, cierpiący na chorobę kości, raka jąder i pasożyty krwi, albo raka jelit – oni wszyscy mają swoje grupy wsparcia. Bohater Palahniuka odwiedza je wszystkie, co wieczór inną grupę. To dzięki spotkaniom z ludźmi chorymi czuje się oczyszczony i zasypia bez problemów.
„Jeżeli ludzie uważali, że umierasz, obdarzali cię całą swą uwagą. Jeżeli to mógł być ostatni raz, kiedy cię widzą, to widzieli cię naprawdę. Wszystko inne, o stanie ich książeczek czekowych, radiowych piosenkach i potarganych włosach szło do śmietnika. Miałeś ich pełną uwagę.”
No pomyślmy! Czy łatwo dziś zatrzymać czyjąś uwagę na sobie? Czy łatwo stać się centrum uwagi? Łatwo, ale potrzebna jest do tego śmierć! Jak mowa o śmierci, to ludzie wyostrzają swe zmysły, nasłuchują, wypatrują, wywąchują, muszą wiedzieć wszystko, chcą być ekspertami w tej dziedzinie. Wystarczy włączyć jakiekolwiek wiadomości w telewizji. Jakim tematom poświęca się najwięcej uwagi? Morderstwom, zabójstwo, samobójstwom, atakom terrorystycznym, wypadkom na drogach, zatruciom, pożarom, zatonięciom statków, katastrofom lotniczym i kolejowym. Jednym słowem śmierci! Śmierć to idealny temat medialny, to już nie towar deficytowy, to towar pożądany!
Palahniuk nie drwi ze śmierci. On drwi z cywilizacji, która doprowadza do psychozy, do rozdwojenia jaźni, do kompletnego postradania zmysłów.
„Byłem zmęczony, szalony i zagoniony, i za każdym razem, kiedy wsiadałem do samolotu, chciałem, żeby ten samolot się rozbił. Zazdrościłem ludziom umierającym na raka. Nienawidziłem swojego życia. Byłem zmęczony i znudzony swoją pracą i meblami i nie widziałem żadnego sposobu, żeby to zmienić.”
Czytasz te słowa i widzisz siebie, uwikłanego w ciasne schematy i stereotypy, otoczonego szwedzkimi meblami i wydumaną sztuką. Zrób sobie zatem wakacje od życia! Ale uważaj! Bo może pojawić się w twoim życiu ktoś taki, jak Tyler Durden. A kontakt z nim bywa wyjątkowo niebezpieczny i ekstremalny. Może on wywrócić twoje życie do góry nogami. To on wymyślił Podziemny Krąg, nocne kluby walki, uwalniające pierwotne instynkty i potrzeby rozładowania stłumionych emocji.
„Pierwsza zasada Podziemnego Kręgu to nie rozmawiać o Podziemnym Kręgu. Druga zasada Podziemnego Kręgu to nie rozmawiać o Podziemny Kręgu. Trzecia zasada Podziemnego Kręgu to dwóch mężczyzn, jedna walka”.
Podziemny Krąg mógł wymyślić tylko absolutnie zdeprawowany umysł. Połamane zęby, szczęki, złamane nosy, pęknięte żebra, rozerwane łuki brwiowe, przecięte wargi, poszarpane policzki, zakrwawione i obdarte ze skóry kostki pięści, podbite oczy, wyrwane kępkami włosy – to duma członków Podziemnego Kręgu. Taki zdeprawowany umysł – Tyler Durden – to szczwany lis, okrutnie przebiegły mściciel, to Zorro na miarę czasów. Pracuje on jako kinooperator i kelner. Zarówno jako jeden i drugi ma możliwość porządnie dokopać tym wszystkim, którzy sądzą, że są od nas lepsi.
„Jesteś kinooperatorem, jesteś zmęczony i zły, ale na ogół jesteś znudzony, zaczynasz więc od tego, że bierzesz sobie pojedynczą klatkę pornografii, wyciętą przez jakiegoś innego operatora, którą znajdujesz schowaną w kabinie, i wklejasz tę klatkę ze zbliżeniem nabrzmiałego czerwonego penisa albo rozdziawionej wilgotnej pochwy do jakiegoś filmu fabularnego.(…) Pojedyncza klatka filmu jest na ekranie przez jedną sześćdziesiątą sekundy. Podzielcie sekundę na sześćdziesiąt równych części. Tak długo jest na ekranie erekcja. Wznosząca się na cztery piętra nad pochłaniającą popcorn widownią, śliska, czerwona i okropna, i nikt jej nie widzi.”
Pomyślmy, czy nasze dzieci oglądając np. „Shreka” albo inne „Królewny Śnieżki” nie oglądają właśnie takich scen? Dlaczego Palahniuk jest tak obrazoburczy, tak obrzydliwy i niesmaczny? Dlaczego ja czytam takie bezeceństwa i przepisuję wam takie fragmenty? Bo takie jest nasze życie, obdarte z tego kiczowatego lukru, z tej pachnącej wazeliny, którą na siłę wpychają nam w umysły media. Żądza istnieje w nas i żadna różowa politura nie przysłoni naszego wnętrza. Człowiek to mściwa istota, musi się na kimś odegrać, musi komuś dopiec, musi sam zostać pobity, znaleźć się nad przepaścią, aby dostrzec piekło, w jakim żyje. Uważajcie w restauracjach na to, co jecie, może właśnie jakiś choleryk nasikał wam do zupy!
„Zapamiętaj to sobie – powiedział Tyler. – Ludzie, których chcesz zgnoić, to my, ludzie, od których jesteś całkowicie zależny. To my pierzemy twoje brudy, gotujemy ci jedzenie i podajemy do stołu. My ścielimy ci łóżko. My cię pilnujemy, kiedy śpisz, To my prowadzimy karetki pogotowia. To my łączymy twoje telefony. To my jesteśmy kucharzami i taksówkarzami i wiemy o tobie wszystko. To my nadajemy bieg twoim wnioskom o odszkodowanie i obciążamy twoje karty kredytowe. Kontrolujemy każdy fragment twojego życia. Jesteśmy średnimi dziećmi historii, wychowanymi przez telewizję w przekonaniu, że kiedyś zostaniemy milionerami, gwiazdami filmowymi i idolami rocka, ale nie zostaniemy. I właśnie się o tym dowiadujemy – powiedział Tyler. – Więc lepiej z nami nie zadzieraj.”
„Fight Club” to majstersztyk. Nie wątpię, że to chyba najlepsza powieść Chucka Palahniuka i to od niej powinno się rozpoczynać znajomość z tym amerykańskim pisarzem. Wynaturzenie to charakterystyczny chwyt dla wszystkich jego powieści. Nie ma tu mowy o delikatności czy subtelności. Tu można raczej porządnie oberwać, tu można zostać skopanym, pluć krwią i wyć z bólu. To, co zrobił Tyler Durden z bezimiennym narratorem „Fight Clubu”, to specyficzne nawrócenie, to przejście przez wrota piekieł, to krwawe katharsis.
Możecie mnie teraz wytknąć palcem, zarzucić mi sianie piekielnej propagandy, ale i tak to napiszę. Każdemu z nas przydałby się taki Tyler Durden, aby nami wstrząsnąć, abyśmy mogli obudzić się z martwego snu.
W 1999 roku David Fincher nakręcił na podstawie powieści Palahniuka film ze znakomitymi rolami Edwarda Nortona (narrator), Brada Pitta (Tyler Durden) i Heleny Bonham Carter (Marla Singer – o której nie wspomniałam w swoim tekście, ale nie mogę zdradzać wszystkich szczegółów!). Jeśli ktoś filmu nie widział, jego strata. Jeśli ktoś książki nie czytał, jego strata. Wydawnictwo Niebieska Studnia wydało właśnie audiobooka z powieścią Chucka Palahniuka, może to kogoś zainteresuje?
czwartek, 5 kwietnia 2012
"Poradnik domowy kilera" - Hallgrimur Helgason

„Minął pierwszy tydzień mojego wygnania. Mimo że przez ostatnie siedem dni nikogo nie zabiłem, poza jednym małym psem, był to jeden z najciekawszych tygodni w moim życiu. Słońce nie zaszło ani razu przez siedem dni i siedem nocy. Miałem pięć różnych narodowości i dwa zawody. Wystąpiłem w telewizji. Po raz pierwszy od sześciu lat obejrzałem finał Eurowizji. Włamałem się do dwóch domów, ukradłem jeden samochód, trochę chleba, boczku i sześć jajek. I jestem zakochany w dwóch różnych dziewczynach. Jedna jest Islandką, druga Hinduską i Peruwianką.”
Mam wielką przyjemność przedstawić wam doskonałą „książkę do czytania”. Rewelacyjną i przezabawną powieść „made in Iceland”. Dawno się tak nie ubawiłam. I znów mogłam pobyć przez chwilę na Islandii.
Powieść Hallgrimura Helgasona „Poradnik domowy kilera” to świetna rozrywka, błyskotliwy czarny humor i przy okazji przewodnik po Islandii! Kto czytał „101 Reykjavik”, albo choćby tak jak ja oglądał film nakręcony na podstawie tego bestselleru, ten wie, czego po powieści Helgasona można się spodziewać. Dobra zabawa gwarantowana.
Niejaki Tomislav Boksić, członek chorwackiej mafii, mieszkający w Nowym Jorku płatny zabójca, niespodziewanie ląduje na Islandii. Na dodatek przypadkowo zmuszony jest podszywać się pod amerykańskiego księdza Davida Friendly’ego, którego musiał „zlikwidować’ w ramach ochrony własnego życia. Przybywa do Reykjaviku i zostaje gościem islandzkiego kaznodziei Goodmoondoora i jego rodziny. Tak się składa, że Toxic (Tomislav Boksić) spragniony wdzięków kobiecych angażuje się w związek z Gunnhildur – niezbyt religijną córką swoich islandzkich zbawicieli. Kłopoty pojawiają się na każdej linii. Tak, jak i absurdalne sytuacje, które wcale nie są takie nierealne. Bynajmniej nie w Islandii, kraju nieposiadającym własnej armii, kraju bez prostytucji. Toxic otrzymuje nową tożsamość i odkrywa uroki życia w Islandii. To w skrócie zarys fabuły. Komizm sytuacyjny i genialny dowcip to olbrzymie atuty tej książki. Dla osób zafascynowanych Islandią „Poradnik…” będzie z pewnością fantastyczną lekturą. Jeżeli faktycznie styl życia Islandczyków jest tak swobodny i naturalny, a mentalność jest przeciwieństwem naszej słowiańskiej, to ja bardzo chętnie przeprowadzę się tam. Dajcie mi szansę, a także stanę się obywatelką Islandii. Jestem bezpieczniejszą kandydatką na Islandkę, nikogo nie zabiłam i nie ściga mnie FBI.
Z „Poradnikiem domowego kilera” jest jak z wedlowskim ptasim mleczkiem. Przeczytasz jeden rozdział i nie poprzestajesz na tym. Połykasz jedno ptasie mleczko i zmysł smaku pożąda następnego wprowadzając twoje kubki smakowe w kulinarną ekstazę. W przypadku książki Helgasona dzieje się coś podobnego. Po prostu chce się ją czytać. Połykać ten humor z zachłannością. Owszem, ja zachłannie rozkoszowałam się tą lekturą. Widocznie mój umysł potrzebował lekkiej rozrywki na wysokim poziomie. Zamiast trwonić czas na oglądanie głupiej telewizji, wolę znakomitą zabawę z dobrą książką.
„Jest maj 2007 roku. Minął rok od mojego przypadkowego przybycia do Islandii. Od wcześniejszego przejścia na emeryturę w przemyśle likwidacji materii organicznej. Moją duszę zamieszkiwała zima pełna mrocznych dni i śnieżnych nocy. A teraz znów jest jasno. Nadeszła wiosna, zimna jak zawsze, z nieprzerwanym naświetleniem i finałem Eurowizji – doroczną orgią superkobiet i zniewieściałych facetów.”
Mam wielką przyjemność przedstawić wam doskonałą „książkę do czytania”. Rewelacyjną i przezabawną powieść „made in Iceland”. Dawno się tak nie ubawiłam. I znów mogłam pobyć przez chwilę na Islandii.
Powieść Hallgrimura Helgasona „Poradnik domowy kilera” to świetna rozrywka, błyskotliwy czarny humor i przy okazji przewodnik po Islandii! Kto czytał „101 Reykjavik”, albo choćby tak jak ja oglądał film nakręcony na podstawie tego bestselleru, ten wie, czego po powieści Helgasona można się spodziewać. Dobra zabawa gwarantowana.
Niejaki Tomislav Boksić, członek chorwackiej mafii, mieszkający w Nowym Jorku płatny zabójca, niespodziewanie ląduje na Islandii. Na dodatek przypadkowo zmuszony jest podszywać się pod amerykańskiego księdza Davida Friendly’ego, którego musiał „zlikwidować’ w ramach ochrony własnego życia. Przybywa do Reykjaviku i zostaje gościem islandzkiego kaznodziei Goodmoondoora i jego rodziny. Tak się składa, że Toxic (Tomislav Boksić) spragniony wdzięków kobiecych angażuje się w związek z Gunnhildur – niezbyt religijną córką swoich islandzkich zbawicieli. Kłopoty pojawiają się na każdej linii. Tak, jak i absurdalne sytuacje, które wcale nie są takie nierealne. Bynajmniej nie w Islandii, kraju nieposiadającym własnej armii, kraju bez prostytucji. Toxic otrzymuje nową tożsamość i odkrywa uroki życia w Islandii. To w skrócie zarys fabuły. Komizm sytuacyjny i genialny dowcip to olbrzymie atuty tej książki. Dla osób zafascynowanych Islandią „Poradnik…” będzie z pewnością fantastyczną lekturą. Jeżeli faktycznie styl życia Islandczyków jest tak swobodny i naturalny, a mentalność jest przeciwieństwem naszej słowiańskiej, to ja bardzo chętnie przeprowadzę się tam. Dajcie mi szansę, a także stanę się obywatelką Islandii. Jestem bezpieczniejszą kandydatką na Islandkę, nikogo nie zabiłam i nie ściga mnie FBI.
Z „Poradnikiem domowego kilera” jest jak z wedlowskim ptasim mleczkiem. Przeczytasz jeden rozdział i nie poprzestajesz na tym. Połykasz jedno ptasie mleczko i zmysł smaku pożąda następnego wprowadzając twoje kubki smakowe w kulinarną ekstazę. W przypadku książki Helgasona dzieje się coś podobnego. Po prostu chce się ją czytać. Połykać ten humor z zachłannością. Owszem, ja zachłannie rozkoszowałam się tą lekturą. Widocznie mój umysł potrzebował lekkiej rozrywki na wysokim poziomie. Zamiast trwonić czas na oglądanie głupiej telewizji, wolę znakomitą zabawę z dobrą książką.
„Jest maj 2007 roku. Minął rok od mojego przypadkowego przybycia do Islandii. Od wcześniejszego przejścia na emeryturę w przemyśle likwidacji materii organicznej. Moją duszę zamieszkiwała zima pełna mrocznych dni i śnieżnych nocy. A teraz znów jest jasno. Nadeszła wiosna, zimna jak zawsze, z nieprzerwanym naświetleniem i finałem Eurowizji – doroczną orgią superkobiet i zniewieściałych facetów.”
poniedziałek, 2 kwietnia 2012
Japońskie wiersze o śmierci
Kolega w pracy sprawił mi dziś wielką niespodziankę. Przyniósł mi maleńką książeczkę. Ciut większą niż dłoń. Cieniutką i niepozorną. „Japońskie wiersze o śmierci” wydane w 1991 roku w Wydawnictwie Miniatura. Czarne kartki ze srebrnym drukiem skrywają ulotne dziełka sztuki – wiersze o śmierci. Haiku o śmierci! Przedmowę napisał Marek Has, czytamy w niej m. in. te słowa:

„(…) Wywodząc się z ducha buddyzmu zen, widzącego taniec życia i śmierci jako połączenie aspektów jednej rzeczywistości, wiersze śmierci stały się w kulturze japońskiej swoistą konwencją, której podporządkowanie się było niepisanym obowiązkiem każdego poety. (…) Będąc pożegnaniem życia i świata, stanowią jednocześnie ich największą afirmację, afirmację nie kończącego się strumienia powstawania i znikania. Są przejawem miłości do ulotnego piękna świata i prostoty, w której się ono wyraża. Śmierć w tych wierszach nie jest pełną grozy ostatecznością, lecz furtką ku wyzwoleniu, przejściem w inny wymiar – nieskończony, wszechprzenikający akt istnienia, wyrażający się nieskończonym łańcuchem narodzin i śmierci, jest jak rozpuszczający się płatek śniegu w bezkresie oceanu, jak rosa znikająca z liści i kwiatów wraz z pierwszym promykiem słońca. Śmierć w tych wierszach nie jest demoniczna i przerażająca. Przeciwnie, jest przyjazna, delikatna i łagodna.”

Jakże odmienne od naszego słowiańskiego (i europejskiego w ogóle) jest to podejście do śmierci. Jakże kojące i bezpretensjonalne. Zamiast pisać długie i mądre elegie, wystarczy niekiedy kilka słów, aby wyrazić nastrój i moment pożegnania ze światem. Japońskie wiersze śmierci – Jisei – są w swojej prostocie tak piękne, jak wschód i zachód słońca, jak krople deszczu spływające po szybie, jak spadające z drzewa liście…
MASAHIDE (1656-1723)Mój dom spłonął
I nic już
nie zasłania księżyca
SAIKAKU (1660-1730)
Pożyczę sobie promyk księżyca
na tę podróż
tysiąca mil
SHUSKIKI (1668-1725)
Budzę się i widzę
kolorowy irys
z mego snu
ONITSURA (1660-1738)
Zwróć mi moje marzenie, kruku!
Księżyc który obudził mnie
znów jest zamglony
BANEN (1825-1905)
Wiosna wstąpiła
do mojego świata
Żegnajcie!
poniedziałek, 26 marca 2012
"Podróż na dźwiękach szamańskiego bębna" - Ailo Gaup
Gwiazdy najlepiej obserwuje się w Bieszczadach. Nie zapomnę widoku rozgwieżdżonego nieba, tej niezliczonej ilości gwiazd, które miałam możliwość oglądać wiele lat temu na campingu w Wetlince Górnej, tuż u podnóża Połoniny Wetlińskiej. Miliardy gwiazd nade mną przyprawiały mnie o zawrót głowy. To był przepiękny widok, ciemność, żadnych świateł dookoła, tylko gwieździste niebo. Myślę, że rzadko dziś ludzie patrzą w niebo. Rzadko podziwiają gwiazdy. A jeszcze rzadziej zastanawiają się nad ogromem wszechświata. Ja jestem tym zafascynowana, patrzę z podziwem i jednocześnie przerażeniem. Czuję się zaledwie pyłkiem, nic nieznaczącą istotą. Wobec faktu, że tylko w naszej galaktyce istnieje szacunkowo od 200 do 400 miliardów gwiazd, czuję się bezsilna. A przecież oprócz naszej galaktyki – Drogi Mlecznej – we wszechświecie istnieje prawdopodobnie około 150 miliardów galaktyk! Kim jestem wobec wszechświata? Nikim. Niczym. Jestem maleńkim ludzikiem zastanawiającym się nad sensem istnienia. Aż tyle i tyko tyle.
Jeśli wierzyć, że w przyrodzie nic nie ginie a materia zmienia stan skupienia, to energia – duch/dusza – również istnieje, tylko człowiek nie ma możliwości przekonania się, jak ten proces wygląda. Może to i dobrze, że to, co ma nadejść, jest nieznane. Może na takich, jak ja, czeka przestrzeń wszechświata? Nie wierzę w chrześcijańskie piekło i niebo, nie wierzę w chrześcijańskiego boga. Nie wierzę w żadnego boga. Wierzę, że wszechświat na mnie czeka, nieważne, czy moja świadomość będzie istniała.
Dlaczego o tym mówię, narażając się zapewne na liczne kpiny? Bo sporo rozmyślam o możliwościach wszechświata, o czasie i przestrzeni, istnieniu energii. Moje ostatnie lektury i obserwowanie nocnego nieba to wyraz moich tęsknot. Jedni mogą to nazwać melancholią, inni depresją, a ja się ogromnie cieszę z tych przeżyć. Kosmos przytłacza swym rozmiarem, ale ten ciężar jest słodkim ciężarem. Pięknym i fascynującym.
I zamiast pisać tu o książce, która przez ostatnie wieczory zajmowała mnie, piszę o tej fascynacji. Kto mnie zrozumie?
A przeczytałam właśnie ciekawą lekturę norweskiego pisarza o saamskim pochodzeniu – Ailo Gaupa „Podróż na dźwiękach szamańskiego bębna”. Saamowie zamieszkują północną Skandynawię, znani są nam pod inną nazwą – Lapończycy. Ailo Gaup odniósł się w swej książce do tradycyjnych wierzeń Saamów i do ich mitologii. Wraz z bohaterem, szukającym tytułowego szamańskiego bębna, przeniósł czytelnika w odległe pustkowia, gdzie wśród skał można znaleźć szczeliny między światami. Mitologia zdeterminowała fabułę, ponieważ wędrówka Jona do krainy dzieciństwa zamienia się w wędrówkę po terenach zamieszkiwanych przez zwierzęta-duchy, potrafiące przemawiać rośliny, joikujące boginie. Towarzyszymy tej niezwykłej wędrówce, momentami zastanawiając się, czy jesteśmy jeszcze w świecie, który znamy. Prosta fabuła została urozmaicona mitologicznymi odniesieniami, wśród których dominują kontakty człowieka z naturą. Natura jest tu ożywiona, tak jak ożywiona jest tradycja, która dla rodowitych mieszkańców Saami stanowi ważny łącznik między teraźniejszością a przeszłością. Szamański bęben to przedmiot pożądania dla Jona, śni mu się, wzywa go i prowadzi ku sobie. Jednakże bęben to tylko pewien symbol, bo Jon tak naprawdę poszukuje swoich korzeni, swojej tożsamości. I właśnie to poszukiwanie jest dla mnie tym ciekawsze, im bardziej Jon dotyka tego drugiego świata. Nie tylko w kulturze saamskiej szamani wprowadzają się w trans, aby rozmawiać z duchami, albo by uzdrawiać chorych. Jest to charakterystyczne dla wielu kultur. Szamani potrafią uzdrawiać ciała i dusze. Tradycyjne wierzenia wiążą ludzi, pozwalają trzymać się swoich korzeni, pozwalają pamiętać o przodkach i wiedzy, która od nich pochodzi. Nie można odrzucać duchowego dziedzictwa przodków. „Naród bez przeszłości jest narodem bez przyszłości.”
„Obok dnia dzisiejszego, współczesności, istniało coś, co ona nazywał mitologicznym czasem teraźniejszym, czasem, w którym wszystko działo się po raz pierwszy, jak w momencie stworzenia. Mieli to w sobie przez cały czas, krajobraz, który, aby się ukazać, potrzebuje światła, albo sen, w którym można się przebudzić. Wielu sądzi, że tradycja umarła. Lecz ona jest częścią życia i oni do niej dotrą. Wiedza jest niezależna od ludzi. Stanowi ich, koduje, wyciska na nich swe piętno, formuje.”
Świat chrześcijański usiłował zniszczyć te wierzenia – według mnie było to podłością – w najlepszym razie tradycyjne wierzenia zostały zaadoptowane i funkcjonują w nieco zmienionej formie. Na szczęście dziś kultywuje się tradycje przodków, pielęgnuje dziedzictwo narodowe wielu kultur na świecie. Saamowie dbają o swój folklor, w którym praktyki szamańskie są wciąż żywe. Dzięki takim wykonawcom jak Mari Boine można posłuchać tradycyjnego joikowania.
„Podróż na dźwiękach szamańskiego bębna” to lektura dla poszukujących czytelników. Brak tu tkliwych historyjek, brak słodzenia, jest magiczny świat, nie zawsze zrozumiałych wizji i symboli.
Jeśli wierzyć, że w przyrodzie nic nie ginie a materia zmienia stan skupienia, to energia – duch/dusza – również istnieje, tylko człowiek nie ma możliwości przekonania się, jak ten proces wygląda. Może to i dobrze, że to, co ma nadejść, jest nieznane. Może na takich, jak ja, czeka przestrzeń wszechświata? Nie wierzę w chrześcijańskie piekło i niebo, nie wierzę w chrześcijańskiego boga. Nie wierzę w żadnego boga. Wierzę, że wszechświat na mnie czeka, nieważne, czy moja świadomość będzie istniała.
Dlaczego o tym mówię, narażając się zapewne na liczne kpiny? Bo sporo rozmyślam o możliwościach wszechświata, o czasie i przestrzeni, istnieniu energii. Moje ostatnie lektury i obserwowanie nocnego nieba to wyraz moich tęsknot. Jedni mogą to nazwać melancholią, inni depresją, a ja się ogromnie cieszę z tych przeżyć. Kosmos przytłacza swym rozmiarem, ale ten ciężar jest słodkim ciężarem. Pięknym i fascynującym.
I zamiast pisać tu o książce, która przez ostatnie wieczory zajmowała mnie, piszę o tej fascynacji. Kto mnie zrozumie?
A przeczytałam właśnie ciekawą lekturę norweskiego pisarza o saamskim pochodzeniu – Ailo Gaupa „Podróż na dźwiękach szamańskiego bębna”. Saamowie zamieszkują północną Skandynawię, znani są nam pod inną nazwą – Lapończycy. Ailo Gaup odniósł się w swej książce do tradycyjnych wierzeń Saamów i do ich mitologii. Wraz z bohaterem, szukającym tytułowego szamańskiego bębna, przeniósł czytelnika w odległe pustkowia, gdzie wśród skał można znaleźć szczeliny między światami. Mitologia zdeterminowała fabułę, ponieważ wędrówka Jona do krainy dzieciństwa zamienia się w wędrówkę po terenach zamieszkiwanych przez zwierzęta-duchy, potrafiące przemawiać rośliny, joikujące boginie. Towarzyszymy tej niezwykłej wędrówce, momentami zastanawiając się, czy jesteśmy jeszcze w świecie, który znamy. Prosta fabuła została urozmaicona mitologicznymi odniesieniami, wśród których dominują kontakty człowieka z naturą. Natura jest tu ożywiona, tak jak ożywiona jest tradycja, która dla rodowitych mieszkańców Saami stanowi ważny łącznik między teraźniejszością a przeszłością. Szamański bęben to przedmiot pożądania dla Jona, śni mu się, wzywa go i prowadzi ku sobie. Jednakże bęben to tylko pewien symbol, bo Jon tak naprawdę poszukuje swoich korzeni, swojej tożsamości. I właśnie to poszukiwanie jest dla mnie tym ciekawsze, im bardziej Jon dotyka tego drugiego świata. Nie tylko w kulturze saamskiej szamani wprowadzają się w trans, aby rozmawiać z duchami, albo by uzdrawiać chorych. Jest to charakterystyczne dla wielu kultur. Szamani potrafią uzdrawiać ciała i dusze. Tradycyjne wierzenia wiążą ludzi, pozwalają trzymać się swoich korzeni, pozwalają pamiętać o przodkach i wiedzy, która od nich pochodzi. Nie można odrzucać duchowego dziedzictwa przodków. „Naród bez przeszłości jest narodem bez przyszłości.”„Obok dnia dzisiejszego, współczesności, istniało coś, co ona nazywał mitologicznym czasem teraźniejszym, czasem, w którym wszystko działo się po raz pierwszy, jak w momencie stworzenia. Mieli to w sobie przez cały czas, krajobraz, który, aby się ukazać, potrzebuje światła, albo sen, w którym można się przebudzić. Wielu sądzi, że tradycja umarła. Lecz ona jest częścią życia i oni do niej dotrą. Wiedza jest niezależna od ludzi. Stanowi ich, koduje, wyciska na nich swe piętno, formuje.”
Świat chrześcijański usiłował zniszczyć te wierzenia – według mnie było to podłością – w najlepszym razie tradycyjne wierzenia zostały zaadoptowane i funkcjonują w nieco zmienionej formie. Na szczęście dziś kultywuje się tradycje przodków, pielęgnuje dziedzictwo narodowe wielu kultur na świecie. Saamowie dbają o swój folklor, w którym praktyki szamańskie są wciąż żywe. Dzięki takim wykonawcom jak Mari Boine można posłuchać tradycyjnego joikowania.
„Podróż na dźwiękach szamańskiego bębna” to lektura dla poszukujących czytelników. Brak tu tkliwych historyjek, brak słodzenia, jest magiczny świat, nie zawsze zrozumiałych wizji i symboli.
Subskrybuj:
Posty (Atom)