"Czytanie jest nałogiem, który może zastąpić wszystkie inne nałogi lub czasami zamiast nich intensywniej pomaga wszystkim żyć, jest wyuzdaniem, nieszczęsną manią."

"Malina" Ingeborg Bachmann

poniedziałek, 23 lipca 2012

"Przygoda z owcą" - Haruki Murakami

„Im dłużej żyjemy, tym dłuższy cień rzucają ściany naszego więzienia.”

Ostatni raz powieść Harukiego Murakamiego czytałam w październiku 2010 r. i od tamtego czasu wiele się zmieniło. Szczególnie we mnie. Dziś, będąc właśnie po lekturze „Przygody z owcą”, uświadomiłam sobie, że gdzieś po drodze zniknął, ulotnił się tamten zachwyt nad prozą japońskiego pisarza.  Dziś już tego nie odczuwam, osłabło zauroczenie. „Przygoda z owcą” nie robi na mnie wielkiego wrażenia. Nie spływają na mnie te, charakterystyczne podczas lektur powieści Murakamiego, dziwne emocje, nie czuję literackiego podniecenia. Było, minęło.

Nie chodzi o to, że coś prozie Murakamiego się zmieniło. Coś zmieniło się we mnie. Nie potrzebuję już tej magii, tego pierwiastka fantastyczności, styku dwóch światów (żywych i umarłych). Irracjonalność fabuły nie bawi mnie tak, jak kiedyś. Co gorsza, dostrzegłam, że Murakami to doskonały grafoman, bazuje on na tych samych schematach i chwytach literackich. Udziwnia swoje opowieści czerpiąc wciąż z tej samej studni. Notabene w jego powieściach studnia urasta do rangi symbolu.

Pod względem artystycznym „Przygoda z owcą” jest banalną powieścią, choć fabułę ma wciągającą, to muszę przyznać. Ale to chyba też charakterystyczny element powieści Murakamiego. Im dziwniejsza fabuła, tym większy stopień wciągnięcia czytelnika.  Nie będę pastwić się jednak nad książką. Bo, prawdę mówiąc, to dobre czytadło. Ale muszę powiedzieć, z ogromnym bólem, że nie poczułam dziwnego tąpnięcia w moim sercu, nie doszło do żadnej zawieruchy w moim umyśle. A tego od prozy pana Murakamiego wymagałam. 

Fabuła, w porównaniu z innymi powieściami Harukiego Murakamiego, wydaje się mało rozbudowana. Brakowało mi tej wielowątkowości, do której mnie przyzwyczaił. Brakowało mi wyrazistych bohaterów.  Motyw poszukiwania, też przecież charakterystyczny dla jego prozy, w „Przygodzie z owcą” nie został rozwinięty tak, jak w innych powieściach.  Postać głównego bohatera wydała mi się jakby naszkicowana i nie dokończona.  Gdzieś kiedyś czytałam, że najpierw należy przeczytać „Przygodę z owcą” a potem „Tańcz, tańcz, tańcz”, ponieważ w obu powieściach pojawiają się te same postaci i wątki. Ja akurat czytałam odwrotnie i nie uważam, że konieczność czytania we wspomnianej kolejności ma jakiś sens. Owszem, pojawia się ten sam Hotel Pod Delfinem, jest również Człowiek-Owca, ale histerie opowiedziane w obu powieściach są różne. Te same są naturalnie potrzeby, które kierują bohaterami: poszukiwanie siebie, poszukiwanie sensu życia, doświadczanie prawdy o sobie, zmaganie się z samotnością, wyalienowaniem…

„Możemy błądzić bez celu po krainie przypadkowości. Tak samo jak skrzydlate nasionka niektórych roślin są przenoszone przez kapryśny wiosenny wiatr.
Ale można też uważać, że w ogóle nie istnieje żadna przypadkowość. To, co się już zdarzyło, najwyraźniej się już zdarzyło, a to, co się nie zdarzyło, najwyraźniej się nie zdarzyło. Czyli jesteśmy tylko chwilowym bytem uwięzionym pomiędzy „niczym” przed nami i „wszystkim” za nami i nie ma tu ani przypadkowości, ani prawdopodobieństwa. Między tymi dwoma poglądami nie ma właściwie dużej różnicy. To tak jakby nadać tej samej potrawie dwie różne nazwy (dotyczy to zresztą większości przeciwstawnych poglądów).”

W „Przygodzie w owcą” szczególnie końcowe fragmenty książki zainteresowały mnie mocniej. Podróż w góry, którą odbywa bohater w poszukiwaniu przyjaciela i owcy z łatą w kształcie gwiazdy, została opisana niezwykle plastycznie. Podobał mi się ten nastrój i elementy grozy.  Miałam nawet wrażenie, że oto czytam sceny, które śmiało można by sfilmować i powstałby kolejny przeszywający umysł japoński horror.

Murakami, mimo wszystko, mnie intryguje. Niewątpliwie dobrze wie, jakich zabiegów dokonać na opowiadanej historii, aby zaczarować czytelnika. Tyle, że chwyty czasami są naprawdę tanimi i banalnymi.  „Przygoda z owcą” nie wyróżnia się szczególnie spośród innych jego powieści. Tu także związek przyczynowo-skutkowy historii ma podłoże fantastyczne. Trudno doszukiwać się w powieści głębszego sensu.  O ile w ogóle można mówić o logice w powieściach Murakamiego.

Owszem, po skończonej lekturze, zastygłam na moment w literackim stuporze. Ale o co tu chodzi?  Kim lub czym jest owca, która wchodzi w człowieka? Jakim cudem może ona sterować umysłem i działaniami człowieka?  Ta nierealność, czy wręcz absurdalność fabuły zdumiewa. 

Sądzę, że w poszukiwaniu swojej własnej drogi życiowej, w refleksjach, jakie pojawiają się w umysłach wrażliwych ludzi, są o wiele piękniejsze wskazówki. Murakami mąci w głowie. Fakt, że jest cwany i robi to czasem niezwykle przejmująco. Fakt, że jego bohaterowie są „nierealnie przeciętni”. Chyba jednak muszę oddać szacunek temu Japończykowi.  Szacun!

czwartek, 19 lipca 2012

"Zakład pracy chronionej" - Barbara Janas-Dudek

***
wziąłeś ją jak pierwszą z brzegu
jedyną na świecie obracałeś w palcach
lepiłeś tkanki kości piersi na swoje podobieństwo
poszła po śladach za dużych na jej stopy
zamieszkała daleko odnajdując wszystko
poza 


Czystej Formy nie można ogarnąć jednym zdaniem. Witkacy wprowadzając do języka krytyki artystycznej to pojęcie uczynił olbrzymią przysługę artystom, których sztukę trudno jednoznacznie zdefiniować i wbić w sztywne ramy konkretnych trendów, mód i stylów. Czysta Forma Witkacego dotyczy zbioru elementów sztuki, które na pozór są pozbawione porządku i logiki, ale poprzez swoją konstrukcję, położenie i wartość tworzą z dzieła sztuki jednolity i skończony twór. Ten twór wyróżnia się spośród innych oryginalnością, nietypowością, niekiedy obrazoburczością, szokowaniem, groteskowością. W szaleństwie jest metoda, pozwolę sobie przytoczyć słowa znanego dramatopisarza. W  artystycznych wizjach, które na pierwszy rzut oka pozbawione są sensu, również jest metoda. Maniera artystyczna niekoniecznie musi być prosta i zrozumiała. Ważniejsze jest wrażenie, odczucie i emocje, jakie wywołuje. Należy drążyć temat, wyolbrzymiać, spłaszczać, rozciągać i odwracać na lewą stronę, pruć proste szwy motywów i tworzyć czarodziejskie kształty. Oto sposób, aby dotknąć witkiewiczowskiej Czystej Formy. Choćby nawet miała ona niedoskonały kształt i Witkacy mógłby wytknąć, że treść powinna być bardziej zniekształcona.

Ja, na tyle, na ile ogarnęłam swoim nieco tępym umysłem, teorię Witkacego, dziś oto znalazłam ją w postaci książki poetyckiej Barbary Janas-Dudek „Zakład pracy chronionej”.  Śmiem twierdzić, że Czysta Forma Witkacego została tu świadomie, bądź nieświadomie, odświeżona i przypomniana. Albo też wynikła samoistnie, poza kontrolą, i w ten oto sposób objawiła się w dziele Barbary Janas-Dudek.

„Zakład pracy chronionej” to przedziwny tomik poetycki. Monodram i Wiersze, z których składa się książka, stanowią jedną całość. Właściwie mamy tu do czynienia z treścią, którą poetka, jakby eksperymentując, raz ubiera w kostium dramatu, raz w formę wiersza. Obie formy odczytania treści budują spójną całość, choć mogą być odrębnymi bytami.  Autorka eksperymentuje z formą i ten zabieg dodaje przekazowi dodatkowy wymiar artystyczny. Pracując nad formą, dba jednak o treść i tu prawdopodobnie, jak wyżej wspomniałam, Witkacy zarzuciłby jej zbytnią skrupulatność. Z pewnością treść i przekaz wywołują stan podobny do wybudzenia się z dziwnego snu. Bo treść Monodramu a także Wierszy jest dość przejmująca, momentami bolesna i przygnębiająca. 

Jakim to tematem zajęła się poetka?  Powiedzieć, że życiem, kobiecością, macierzyństwem, to zdecydowanie mało. To płytkie ujęcie refleksji, która powoduje, że odbiór „Zakładu pracy chronionej” staje się trudnym zadaniem.  Barbara Janas-Dudek te tematy obsesyjnie odziera ze schematów, którymi obrosły. Obsesyjnie wnika we wspomnienia z dzieciństwa, usiłując obnażyć kobiecą intymność, przekazać tajemnice skrywane na dnie serca. Prawdę mówiąc przy lekturze „Zakładu pracy chronionej” towarzyszyło mi odczucie, że oto trzymam w rękach prywatne zapiski, osobisty pamiętnik pełen bolesnych wyznań. Zdawało mi się, że wiersze Barbary Janas-Dudek spowija atmosfera grozy, jakiejś osobistej tragedii (śmierci). Wyczułam tu nuty żalu, pretensji, rozliczania się z przeszłością. Dostrzegłam  też silną osobowość kobiety, która z pokorą przyjmuje role, jakie rozpisuje jej w czasie Stwórca.  Intrygujący tytuł tomiku to dla mnie celna metafora kobiecego życia. W odważnych, a także brutalnie obdartych z popkulturowego lukru, tytułach czterech scen Monodramu, znajduję trafną ironię podszytą głębokim smutkiem. Montaż, półprodukt, kontrola jakości, wyrób gotowy – takimi oto terminami, absolutnie nieludzkimi, nazywa autorka elementy życia kobiety.  To oczywiście moja subiektywna interpretacja i mogę się mylić. 

Tomik Barbary Janas-Dudek to poniekąd rozliczenie z ułomnościami, których żadna telewizja nie pokaże, nawet porą nocną. Dlatego ta książka nie jest skierowana do szerokiego grona odbiorców, bo najzwyczajniej w świecie nie trafi w ich gusta.  „Zakład pracy chronionej” to także dwuznaczna przestroga dla mężczyzn, którym się wydaje, że kobieta to takie delikatne stworzonko.
„niech cię nie zmyli jej dziewczęca niewinność. (…) niech cię nie zmyli czystość jej słów. czyste są okna mordercy i równo upięte firanki, co pięść.”

Istotnym elementem budującym nastrój „Zakładu pracy chronionej” są ilustracje Macieja Woltmana. Jakżeby inaczej, fantazje o kobiecości! Ale nie są to portrety rodem z Photoshopa, tylko obrazy o zgoła odmiennej estetyce, obrazy tej ciemniejszej strony kobiecej duszy.




środa, 11 lipca 2012

"Podobno jest taka rzeka" - Teresa Rudowicz

„Znikać trzeba powoli,
Co dzień sprawdzam się w lustrze,
wciąż za bardzo jestem.”   
 

Są słowa, obok których nie potrafię przejść obojętnie. Tworzą one konstrukcje, które wystarczą, abym zobaczyła inne światy. Melancholijne, oniryczne, magiczne. Kilka słów zamienia myśl w obraz, często niewytłumaczalnie bliski, choć nigdy nie widziany.  Są wiersze, które pachną dzieciństwem, błogim czasem, kiedy nie poszukiwało się odpowiedzi na wielkie pytania. Są wiersze, w których czuje się czar wspomnień lat minionych; w których, jak w bursztynie, zastygły chwile.  Wiersze Teresy Rudowicz, a właściwie Anety Kolańczyk ukrywającej się pod literackim pseudonimem, skłoniły mnie do wspomnień własnego dzieciństwa. Pamiętam zabawy w podchody, w głuchy telefon, grę w gumę, zbieranie ptasich piór, kamyków. Pamiętam tą nieświadomość dorosłości, naiwność, życie dniem, szczególnie wakacjami.  Pamiętam też smutne wydarzenia, ale one nie są warte, aby się nad nimi zatrzymywać. Dorosłam, nie ma mnie z tamtych lat. Tamta ja odeszła w czasie.  Ale, jak tak o tym dłużej myślę, to jednak stwierdzam, że raczej jestem, jestem w swoich wspomnieniach!

Teresa Rudowicz zrobiła dokładnie to samo. Kobiecy podmiot liryczny wierszy zebranych w tomiku „Podobno jest taka rzeka” przywołuje siebie samą z lat dzieciństwa. Stwarza się z ulotnych wspomnień, odtwarza mgliste cienie tamtego czasu. Lata, które minęły stały się początkiem odtwarzania swojej własnej osoby. Poetka rekonstruuje siebie, poszukuje przyczyny bycia dziś tym, kim jest. W wierszach w „Podobno jest taka rzeka” mamy do  czynienia z sytuacją dojrzewania kobiety. Życie jest rozpisane na etapy, łatwo ponazywać czas świata przedstawionego. Ta zasada pozwala mi domniemywać, że układ wierszy jest absolutnie przemyślany, a jakakolwiek próba poprzestawiania wierszy zburzyłaby porządek życia. Dzieciństwo, dojrzewanie, dorosłość, starość.  Poetka prowadzi siebie przez życie, odtwarzając poszczególne etapy, o dziwo, nie szczędząc również tego, który ma dopiero nadejść. Nie obca jest jej perspektywa śmierci, co daje się zauważać im głębiej wchodzi się w świat poetycki autorki. „Toczysz swój kamień, w końcu i tak cię pokona mała grudka ziemi, początek i koniec.” Pięknie obłaskawia śmierć: „kiedyś słyszała o życiu usłanym różami, zrobię tak samo, pomyślała, ze śmiercią.” Teresa Rudowicz nie tylko zatem odtwarza siebie, ale i oswaja świat, który dopiero gdzieś zaistnieje. Niewątpliwie jednak najpiękniej mówi sama o sobie:

„Od imienia się zaczniesz, normalnie i wspak,
możesz tworzyć anagramy, szarady, rebusy,
jesteś ręcznie pisana, manuskrypt lub ikona,
zagadka dla samej siebie. Będziesz szukać,
aż nie znajdziesz, nie ma początku ani końca,
jest teraz.”

Trudno nie utożsamiać podmiotu lirycznego z poetką, która wydaje się analizować swoją dorosłość, swoją tożsamość, swoje pochodzenie i przeznaczenie. Liczne intymne wyznania dotyczą wyraźnie kobiety, która poezją oddycha.  Co warte zauważenia, autorka tomiku mówi nawet o swoich poetyckich narodzinach (debiucie): „zaczęłam się niedawno z liczby podobno szczęśliwej”.  Niby niedawno, a wiersze wydają się być konsekwencją wielu lat zajmowania się poezją. Ot, paradoks.  Kwestia narodzin – początku jest dla poetki sprawą zasadniczą. Nazbyt często pojawia się w tomiku, aby jej nie zauważyć. Sama stwierdza: „nieustannie próbuję znaleźć miejsce, z którego wzięłam początek.”  Szukanie tego momentu przysparza nie lada kłopot, „w jaką sztukę nieporozumień ucieknę” – obawa towarzyszy autorce nieustannie.  Wiersze mają charakter osobisty, poetka odkrywa siebie i dostrzega upływający czas, wcale nie zgubny, raczej zbawienny. Czas, który przynosi dojrzałość i mądrość. Odtwarzanie przeszłości i oswajanie starości wskazują na moment, w którym się dziś znajduje. Ten moment najwidoczniej mocno poetkę zaskakuje. I choć „z siebie najłatwiej zrezygnować”, to jednak oswajanie obecnej ja/się jest dla poetki najistotniejsze. Zabawne jest porównanie życia do popularnej gry losowej, „komory losującej, zerwania blokady”. Ale jest to idealne porównanie, bo nigdy nie wiadomo czy się chybi, czy trafi.  Jeśli chodzi o Teresę Rudowicz, to zdecydowanie trafiła w moją wrażliwość. Ja również czasami „w odbiciu na szybie szukam obcych spojrzeń, może któreś zagubione nieopatrznie wskoczy we mnie.”



Koniecznie muszę wspomnieć o przecudownej szacie graficznej. Wierszom towarzyszą ilustracje Andrzeja Sznejweisa. Jest jakby ręką dziecka narysowany królik, jest jakaś brama, jakiś kamień, drzewko, trzepak, tramwaj. Ilustracje banalnie proste, oszczędne w kolory, mające magiczny urok. Pod względem edytorskim książka jest fantastycznie wydana. Dopieszczona i zachwycająca. Tu brawa dla wydawcy: Zaułka Wydawniczego „Pomyłka”.

wtorek, 3 lipca 2012

"Światoholicy" - Aleksandra i Jacek Pawliccy

„Światoholicy. We dwoje od Wyspy Wielkanocnej po Ziemię Ognistą, od Laponii po Papuę. 6 kontynentów, 60 krajów w 20 lat” autorstwa małżeńskiego teamu Aleksandry i Jacka Pawlickich to pięknie wydana książka z mnóstwem niesamowicie ciekawych zdjęć. Znajdziemy tu błyskotliwe anegdoty zgromadzone w rozdziałach dotyczących różnych aspektów podróżowania, tysiące praktycznych informacji okraszonych humorem. Nie sposób wszystkich zapamiętać, ale przecież nie o to chodzi. Chodzi o to, aby z albumu-przewodnika po świecie uczynić rzecz wyjątkową.  Pomysł podzielenia książki według praktycznych zagadnień, z którymi spotykają się osoby podróżujące, wydaje mi się bardzo ciekawy i wesoły.  Kobieca opowieść z pewnością czyni książkę bardziej autentyczną. Nie chce mi się wierzyć, że mężczyzna zapamiętałby tyle różnych informacji, no bo przecież na co dzień na tysiące spraw w ogóle nie zwraca uwagi. Kobieta żyje inaczej. Inaczej podróżuje, dostrzega wnikliwiej, dogłębnej. Kobieca perspektywa podróżowania ma inne oblicze. I w „Światoholikach” ten kobiecy punkt widzenia jest zauważalny.  Który z panów opisywałby z taką wnikliwością drogi świata, pasy startowe lotnisk, łóżka czy też sam fakt spania, albo korzystanie z toalet w różnych zakątkach świata?  Olbrzymie wrażenie zrobiła na mnie wiedza autorki. Rzecz jasna tą wiedzę zdobywała przez lata, ucząc się na własnych błędach, co w podróży wolno, co można, a czego należy unikać. Np. nigdy w samolocie nie prosić o lokalną kuchnię, bo może się to skończyć niestrawnością. Podziwiam pasję podróżowania, gromadzenia przez miesiące funduszy, aby zrealizować jakieś marzenie, np. podróż do Nepalu. Podziwiam upór dążenia do celu. Przemierzyć świat i zobaczyć na własne oczy to, co zobaczyli Aleksandra i Jacek Pawlicki, to chyba marzenie nie jednego człowieka.  Niesłychanie pozytywna energia, jaka bije z kart książki, nastraja do realizacji własnych marzeń.  Te pozytywne fluidy nie zostały zmącone żadną gwiazdorską obsadą! Na szczęście autorzy nie aspirują do miana podróżniczych celebrytów, nie znajduję w książce ani jednej nuty zarozumialstwa, wyniosłości, ani też próby imponowania swoją wiedzą i bogactwem doświadczeń.  To olbrzymia zaleta „Światoholików”.  W porównaniu do innych książek podróżniczych, jakie ukazują się na naszym rynku, ta pozycja to nie kolejne wydawnictwo z serii czy też dorobku pani M.  czy pana W.  To zapiski autentyczne, bez cienia gwiazdorstwa. Książkę można czytać od deski do deski, ale można też na chybił trafił otworzyć i z pewnością fragment, na który padnie wzrok, wciągnie i skłoni do czytania.  Co do zdjęć, to widać, że Jacek Pawlicki ma dar celności obiektywu.  Nie ma zdjęcia w książce, któremu nie przyjrzałabym się z uwagą. Czy to są zdjęcia Afrykanek z ludu Himba, czy drzewa Dead Vlei.  Chyba najbardziej intrygujące dla mnie były rozdziały o ciele, śmierci i górze. Tak się składa, że trzy ostatnie tematy.  Im poświęciłam większą uwagę i po ich lekturze poczułam niedosyt.  Zapewne autorka swoją barwną opowieść mogłaby snuć i snuć, a mąż mógłby jej opowieściom dodawać obrazów w postaci pięknych zdjęć.  Nic dziwnego, bo oboje mają dar przyciągania uwagi. Życzę im, aby ich podróże wciąż się planowały, wciąż się kreśliły, wciąż się realizowały!

niedziela, 1 lipca 2012

gorzkie żale

Co mi tam! Czytanie idzie mi ostatnimi czasy wolno, żeby nie powiedzieć fatalnie wolno. Czytam dwie książki na raz, obie ciekawe i wciągające, ale jakoś nie mogę się skupić tylko na czytaniu. Za dużo w mojej głowie irytacji dniem codziennym. Za dużo zmęczenia monotonną pracą. Za dużo wydatków, za mało pieniędzy. Za dużo wymagań, za mało korzyści. Za dużo wątpliwości, za mało dobrej perspektywy. Zacznę więc swoją litanię. Mieszkam, gdzie mieszkam. W zapyziałej stolicy szumnie przez Ratusz zwaną stolicą innowacji. Przez złośliwych przemianowanej na stolicę imitacji. W tej złośliwości jest ziarno prawdy. Mieszkam tu i pewnie mieszkać tu do końca życia mi przyjdzie. Ok. Nawet lubię tą zaściankową atmosferę, w miarę spokojne miasto. Ale proszę was, ja już dłużej nie mogę patrzeć na żenujące imprezy przez omyłkę nazywane kulturalnymi. Przez omyłkę, bo kultury w nich tyle, co nic. Ot, na przykład właśnie zakończył się wielki festyn podwórkowy zwany Europejskim Stadionem Kultury. Nie byłam na zajebistym koncercie zajebistych gwiazdek i gwiazdeczek polskiej estrady na pięknym i dopiero co wyremontowanym Stadionie Miejskim w moim cudnym mieście. Nie byłam i nie musiałam, wszak wielce szanowna telewizja, której misją jest propagowanie kultury, tenże koncert w sobotni wieczór retransmitowała. Aż taką miłośniczką odgrzewanych kotletów nie jestem, aby sterczeć wśród tłumu rozentuzjazmowanych obywateli stolicy Podkarpacia.  W piątek i w sobotę nie uczestniczyłam w żadnej z imprez organizowanych w ramach Europejskiego Stadionu Kultury. Wiecie, piątek: praca, a sobota: sprzątanie, zakupy, odpoczynek po męczącym tygodniu pracy. Natomiast dziś, znaczy w niedzielę, owszem, byłam. I co? I kompletna porażka.  Mąż w programie tejże imprezy wybrał 3 punkty i tak zaliczyliśmy je dziś. Zaliczyliśmy i do domu z przerażonymi minami wróciliśmy.  Raz: wykład Stowarzyszenia Nigdy Więcej pod tytułem „Wykopmy rasizm ze stadionów” był zaprezentowany dla, niech strzelę, 5-7 osób! W tym dla mnie, mojego męża i w przelocie kilku młodych ludzi, wszystkich z logo festiwalu na koszulkach, zakładać więc należy, że byli to wolontariusze festiwalowi, którzy przez przypadek akurat się w tym miejscu znaleźli. Zero zainteresowania ze strony mediów, nie widziałam ani jednego z przedstawicieli aż trzech istniejących w moim mieście redakcji gazet. Wstyd i żenada.  Chłopak, który prowadził wykład z prezentacją widział pustkę „na sali”. Posiedzieliśmy, wysłuchaliśmy i poszliśmy na „Loch mess kontra bas”, czyli spotkanie poetyckie przy dźwiękach kontrabasu w rzeszowskich podziemiach. Na zewnątrz temperatura plus 30 stopni Celsjusza. W podziemiach naturalna klimatyzacja, strzelam: temperatura plus 10 stopni. Czujecie różnicę!  No, ale nie o temperaturze będę mówić. Wiersze w wersji ukraińskiej i polskiej czytała trójka młodych Ukraińców oraz Polka, tłumaczka. Tu frekwencja, powiedzmy, była w miarę ok. Czyżby poezja jednak miała w tym mieście wzięcie? Przyzwyczajona jestem, że od wielu lat wieczorki poetyckie w stolicy innowacji są na porażająco niskim poziomie, najczęściej organizowane wśród mocno już podchmielonych bywalców trunkowych lokali, albo w osiedlowych domach kultury, w których pachnie jeszcze nomenklaturką z poprzedniego ustroju. Wracam jednak do podziemi i improwizacji poetycko-muzycznej z kontrabasem w roli głównej.  Nie da się słuchać recytacji wierszy, które zagłusza kontrabas. Pomysł kompletnie nietrafiony, bo o tym, że w podziemiach było zimno, nie muszę wspominać. Miał być nastrój i atmosferka, był dosłowny chłód i zagłuszający wiersze kontrabas. Co do wierszy, to odniosłam wrażenie, że wiersze tych młodych Ukraińców są ogromnie zaangażowane politycznie. Jakby wciąż nie mogli się wyzbyć poprzedniego systemu, naleciałości stalinowsko-leninowskich, czytaj: rewolucyjnych ciągotek. Nie mogę jednak oceniać ich wierszy, bo zbyt mało ich usłyszałam. Na tyle, na ile pozwolił mi donośny dźwięk kontrabasu. Trzecim punktem, który zaliczyliśmy, była prezentacja projektu przeprowadzonego w przestrzeni miejskiej Kijowa w ostatnim tygodniu kończących się właśnie Mistrzostw Europy. Relacja o nazwie „Ustawka” zgromadziła w klubie festiwalowym aż 4 osoby! W tym ja i mój mąż. Wyobraźcie sobie, jak mogli się poczuć dwaj młodzi ludzie, którzy dziś jechali tu, do stolicy innowacji, 5 godzin. (Jeden z nich z uśmiechem to powiedział).  Prezentacja projektu dla pustej sali, dla pustych miejsc, na których nawet dla robienia sztucznej frekwencji nie siedzieli wolontariusze festiwalowi. Powtórzę po raz drugi wstyd i żenada! A Ratusz będzie się chwalił, że miał taką wielką imprezę, na którą przeznaczył grube miliony.  Ale przecież, kogo interesują w tym mieście problemy tolerancji, rasizmu na stadionach, wykluczenia społecznego osób z różnymi schorzeniami? No kogo? Kogo interesuje ławka rezerwowych, skoro główny gwóźdź Festiwalu, znaczy koncert odgrzewanych kotletów, zgromadził tłumy?  Ech… Rzeszów pozostanie zaściankiem już zawsze. Z bólem powiem, że tu kultura jest taka, jakie zapotrzebowanie, a więc płytka, powierzchowna, mało ambitna i dla mało wymagającej publiki.  Można mi zarzucić, że z tak bogatego programu zobaczyłam tylko 3 punkty.  Ale proszę państwa, diabeł jest pogrzebany w szczegółach!

A na zakończenie tej tyrady gorzkich żali, jeszcze jeden żal.  Jestem łasuch na słodycze, na czekoladę, na lody. Ale moje ulubione lody Algidy znikają z pudełek w tempie ekspresowym. Ktoś tu robi mnie w konia! Cena rośnie, opakowanie to samo, a produktu docelowego coraz mniej! W lecie 2011 r. lodów było 1,5 litra. Miesiąc temu kupiłam opakowanie 1,4 litra.  A 2 dni temu 1,25 litra.  I na dodatek te 0,25 litra gratis!  A ja się pytam, gdzie pozostała część z opakowania?  Dlaczego firmy tak oszukują swoich klientów, którzy uzależnieni są od ich produktów? 

Macie mnie już dość? Czy mam ciągnąć dalej? Ostrzegam, że temat absurdów rzeczywistości jest mi bliski.