"Czytanie jest nałogiem, który może zastąpić wszystkie inne nałogi lub czasami zamiast nich intensywniej pomaga wszystkim żyć, jest wyuzdaniem, nieszczęsną manią."

"Malina" Ingeborg Bachmann

sobota, 30 kwietnia 2011

"Malina" - Ingeborg Bachmann


Co w przypadku, kiedy książka skłania do niecodziennej refleksji? Kiedy książka budzi tysiące wątpliwości? Kiedy dotyka tych obszarów w duszy, które są ukryte przed wzrokiem nawet osób bliskich. Jak taką książkę traktować? Jak lek, czy jak przekleństwo? Co w przypadku, kiedy autor mówi słowami, które wydają się tak bardzo bliskie, a jednak nigdy nie padły z moich ust? Jak się czuć czytając książkę pełną emocji, do których nigdy nie odważyłabym się przyznać? W swoim życiu przeczytałam zaledwie kilka takich książek, które pozostawiły we mnie pewien ślad, jakieś piętno. Ukształtowały mnie i wskazały drogę do literatury, która wymaga od czytelnika czegoś więcej, niż tylko wolnego czasu i chęci na lekturę. Wiem też, że w tych książkach nie szukałam rozrywki, raczej potwierdzenia moich wątpliwości. Odczuwałam podobieństwo natury, podobieństwo myśli i najczystszą wrażliwość, która czasami powoduje ból w duszy.

Są takie książki, które się smakuje jak wytrawne wino, one nie zaspokajają apetytu, one go pobudzają. To apetyt na poezję, czystą formę, język doskonały, gdzie słowa nabierają nowego znaczenia. Ingeborg Bachmann w „Malinie”, którą właśnie przeczytałam, dokonuje takich zabiegów. Nadaje słowom nowe brzmienia, potrafi wyłuskać z nich emocję, której w życiu byśmy się nie spodziewali. W dzisiejszym świecie dominuje popkultura internetowych metafor i szybkich akapitów pochłanianych jednym rzutem oka. „Malina” to powieść retro, to „antymodna książka”. Ona mnie dogłębnie utwierdziła w przekonaniu, że można pisać niebanalnie, można skupić się na słowie, które jest potężną bronią.

„Gdybyśmy mieli słowo, gdybyśmy mieli język, nie potrzebowalibyśmy broni.”

„Malina”- pierwsza i jedyna ukończona powieść wybitnej austriackiej poetki Ingeborg Bachmann (1926-1973) wymaga skupienia i ciszy. Wymaga podporządkowania się rytmowi tego przedziwnego strumienia świadomości. „Malina” to w pewnym sensie autobiografia, w postaci narratorki łatwo doszukiwać się głosu samej Bachmann. Ta autobiografia jest również ukłonem w stronę wielkiej miłości, jaka łączyła Ingeborg Bachmann i poetę Paula Celana. Nie treść jest tu ważna, nie fabuła, lecz emocje, gesty, spojrzenia, słowa wypowiedziane przez Ingeborg i jej mężczyzn Ivana i Malinę. „Maliny” nie buduje obraz, ale słowo, którym Ingeborg Bachmann posługuje się z niezwykłym wyczuciem.

Żeby wniknąć w istotę „Maliny” trzeba jednak poznać sylwetkę Ingeborg Bachmann, która jest zaliczana do najwybitniejszych pisarek i poetek współczesnej literatury niemieckiej. Przyznam, że ja Ingeborg Bachmann dopiero odkryłam, i pomimo trudności, na jakie napotykam w poszukiwaniu polskich wydań jej książek prozatorskich oraz poezji, jej nazwisko (jak również nazwisko Paula Celana), pozostaje w kręgu moich intymnych wędrówek literackich. Wydawnictwo a5 w listopadzie 2010 r. wydało tom „Czas serca. Listy” - zbiór korespondencji, jaką prowadzili ze sobą Ingeborg Bachmann i Paul Celan. Sądzę, że ta pozycja to nie tylko fascynująca historia długoletniego związku dwojga poetów, ale i wspaniała ilustracja epoki, w której żyli.

„Malina” to książka, która przywodzi mi na myśl stare czarnobiałe filmy, kręcone z dbałością o szczegół, w których każda scena ma znaczenie symboliczne, a aktorzy w tych filmach grają całą duszą. Dziś już takich filmów nie ma, sztuka uległa wpływom czasów. „Malina” przenosi czytelnika w inne czasy, do Wiednia lat sześćdziesiątych XX wieku. Niby tak niedawno, a jednak…

Troje bohaterów „Maliny”: kobieta narratorka oraz dwaj mężczyźni Ivan i Malina, tworzą przedziwny trójkąt. Jest także postać ojca narratorki, wyrazista i chłodna postać, budząca respekt, lęk i wyzwalająca koszmary senne. Aby zrozumieć kim jest Ivan, a kim Malina, trzeba spojrzeć na biografię pisarki, uwikłanej w romans, rozdartej intelektualistki, która interesowała się wewnętrznymi ograniczeniami człowieka, sposobami przedstawienia prawdy i filozofią języka. (Bachmann studiowała filozofię, germanistykę i psychologię.) Czy Ivan to Paul Celan, wielka miłość austriackiej poetki? A Malina? Kim jest Malina?

„Ivan i ja: świat zbieżny.
Malina i ja, ponieważ stanowimy jedno: świat rozbieżny.”

Czy moje przypuszczenia, że Malina to męska cząstka samej Ingeborg Bachmann, to prawda? Czy to jej męski głos wewnętrzny? Czy stworzona postać to symbol wewnętrznego rozdarcia między sobą a sobą? Te rozważania są trudne, a jednak nie sposób nie zastanawiać się nad tym. Bo powieści Ingeborg Bachmann nie można odczytywać dosłownie. To, że pojawia nam się miejsce akcji, a nawet i sama akcja również, jest mniej ważne niż to, że „Malina” to swoisty rachunek sumienia, obraz rozdartej i pękniętej kobiecej natury. Bo bohaterka „Maliny” żyje oczekiwaniami, rozmowami z Ivanem i Maliną, telefonami do Ivana, pisze listy, dyktuje je swojej sekretarce, udziela wywiadów, ale jednocześnie tkwi w jakimś martwym punkcie, z którego nie można właściwie ocenić położenia.

„Maliny” nie sposób czytać szybko. Zatrzymywałam się nad większością akapitów, by przeczytane zdania móc właściwie łączyć z myślami, które dopiero miały nadejść. Konstrukcja powieści wymyka się wszelkim charakterystykom, bo właściwie książka Ingeborg Bachmann to jeden wielki eksperyment. Dramat bez dramatycznej konstrukcji, poemat bez wiersza. Momentami liryczna, momentami filozoficzna, momentami jak szkic do poważniejszego dzieła. Momentami pełna absurdalnego wywodu, w którym jest drugie dno…

Bachmann pisze, że nawet jeśli nie łączy nas poczucie czasu, łączy nas poczucie miejsca. Jej zdania są piękne same w sobie. Między nami przecież są zdania, one nas charakteryzują, one nas ubierają, one nas wymyślają. „Malina” to romans pełen zdań, to intymny pamiętnik, monolog kobiety, dla której cielesność jest przeszkodą. Bo dla niej świat mógłby istnieć w zdaniach, w sferze świadomości. Bohaterka „Maliny” urodziła się w piątek, w „półczepku”, dlatego przysługuje jej tylko pół szczęścia. Dlatego poznajemy ją tyko w połowie, bo jest jeszcze część niedostępna dla czytelnika. I to w prozie Ingeborg Bachmann jest piękne, ona nie odkrywa się w całości, ona mówi półsłowami, półzdaniami, półsobą.

Zastanawiałam się, czy aby właściwie odebrać, odczuć „Malinę” potrzebna jest wiedza o autorce i jej życiu? Ja tą wiedzę zdobywałam w trakcie lektury i pozwoliła mi ona spojrzeć na książkę chyba tak, jak należałoby. Ale uważam też, że brak tej wiedzy nie stanowiłby przeszkody, aby dotrzeć do piękna i błyskotliwości tej powieści. Czytelnik nieznający życia autorki może książkę odebrać inaczej, może nie wyczuć symboliki i aluzji, może nie znaleźć odniesień do poezji Paula Celana, ale wcale nie musi to być złe. Bo „Malina” jest na tyle ciekawą książką, że sama jej konstrukcja i treść może budzić podziw.

Mając jeszcze w pamięci głos bezimiennej bohaterki „Maliny”, który przecież jest głosem samej Ingeborg Bachmann, czuję, że muszę napisać o swoich wrażeniach wprost. To wrażenia są najważniejsze, one utrwalają się w pamięci i to one wiele lat po lekturze powinny mi przypominać książkę, gdy ktoś wspomni jej tytuł. Czułam się jak podglądaczka życia kobiety będącej na skraju szaleństwa, które czyni z człowieka postać równie tajemniczą, co niebezpieczną. Ingeborg Bachmann to kobieta wypełniona uwielbieniami, dylematami, rozważaniami, umiejętnością dziecięcego spojrzenia na najbanalniejsze czynności, rozgrzebująca emocje na najdrobniejsze atomy. Tak światu dziwią się tylko ludzie o nadzwyczajnej wrażliwości. I to mnie ostatecznie przekonało do autorki „Maliny”.

Muszę jednak powiedzieć, że powieść Austriaczki to trudna lektura. Nieprzyswajalna dla wychowanych na internetowej poetyce nastolatków. Do takich pozycji trzeba chyba dojrzeć i łudzę się, że ja dojrzałam. Że odczytuję właściwie Ingeborg Bachmann.

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

"Dla Was" - Dominique Mainard

Mam olbrzymi dylemat i nie potrafię ustosunkować się do książki „Dla Was” francuskiej pisarki Dominique Mainard. Pierwsze strony zapowiadały ciekawą historię i wiedziałam, że w „Dla Was” chodzi o coś więcej, niż tylko zabawianie czytelnika ciekawą fabułą. Dało się wyczuć opowieść będącą pewnego rodzaju rachunkiem sumienia, swoistą wiwisekcją, jakiej dokonuje na sobie narratorka. Ale im więcej przeczytanych strony, tym coraz większe miałam wątpliwości i pojawiała się niechęć wobec książki. Odniosłam wrażenie, że nagle autorka straciła dar przekonywania i pozwoliła, aby jej powieść przeistoczyła się w banalną historyjkę z ckliwym zakończeniem. I to mnie postawiło między przysłowiowym młotem a kowadłem. Bo opowieść o Delphine – młodej właścicielce agencji o prostej i dającej do myślenia nazwie „Dla Was”, której to działalność polega na uszczęśliwianiu ludzi, wydała mi się intrygująca. Oto wyrachowana i pozbawiona skrupułów przedsiębiorcza kobieta spełnia zachcianki swoich klientów, realizuje ich marzenia, sprzedaje swoją duszę i ciało. Oto myśląca i dążąca do celu kobieta, która za wszelką cenę, nie wiedząc o tym, pragnie miłości, której nigdy w życiu nie zaznała. Ta warstwa wydała mi się naprawdę świetnie skonstruowana. Ale w pewnym momencie opowieść Delphine, która wspomina i opisuje działalność swojej agencji, niejako próbując wytłumaczyć samą siebie, wybielić i usprawiedliwić swoją życiową postawę, zaczyna tracić na wartości, zamienia się opowieść z gatunku zwykłych obyczajowych historyjek, jakich pełno wszędzie. Co straszne to to, że według mnie powieść traci w chwili, kiedy na scenę wkracza … uczucie. Refleksyjność i zaduma zamienia się w sentymentalny i naiwny płacz. Dlatego mam problem z powieścią „Dla Was” Dominique Mainard. Z jednej strony wydaje mi się nieprzeciętna, dotykająca bolączek człowieka, a z drugiej strony mam żal do autorki za tak naiwne i przewidywalne zakończenie. Nawet fakt, że to zakończenie nie jest jednoznaczne, nie daje mi poczucia ulgi. Czuję rozgoryczenie tak banalnym ucięciem historii.

Nie mogę jednak napisać, że książka nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia. Tym, co uderza i od razu rzuca się w oczy, jest działalność Delphine. Do jej agencji trafiają ludzie, którym w życiu z różnych powodów coś się nie udało. Są to z reguły ludzie nieszczęśliwi, pragnący znaleźć pociesznie, pragnący choć na chwilę poczuć się dopieszczonym przez los. Delphine ich pociesza, karmi ich złudzeniami na ich własne życzenie, buduje im alternatywną rzeczywistość, w której nie ma porażki, smutku, żadnej niedoli. „Dla Was” to agencja, które zamienia myśl w sen.

„Człowiek, który śni, jest bogiem, człowiek, który myśli – żebrakiem".

Powieść Dominique Mainard zdobyła z 2009 roku nagrodę Prix des Libraires (Nagrodę księgarzy). Może więc tylko ja mam dylemat czy warto, czy nie warto po nią sięgnąć?

piątek, 22 kwietnia 2011

Solidarni z Japonią

Kupiłam dziś płytę z muzyką Fryderyka Chopina. Wydanie wyjątkowe! Cena 19,99 zł. Całkowity dochód ze sprzedaży zostanie przekazany dzieciom, które ucierpiały w katastrofie, jaka dotknęła Japonię 11 marca 2011 r. (szkoda, że nie całkowity przychód!).

A Wy? czy Wy kupiliście?

niedziela, 17 kwietnia 2011

BWA prezentuje

Biuro Wystaw Artystyczny w Rzeszowie to chyba jedno z nielicznych miejsc w moim mieście, które odwiedzam w miarę regularnie. Najczęściej w niedzielę z racji wolnego czasu i wolnego wstępu. Kiedyś bywałam również na wernisażach, ale to dawno i nieprawda…

Dziś wybraliśmy się po raz drugi na aktualne wystawy, bo dwa tygodnie temu nie wzięłam ze sobą aparatu. A i wystawy są na tyle ciekawe, że naprawdę warto obejrzeć je po raz drugi. W dolnej sali są akwarele Krzysztofa Ludwina, a w górnej malarstwo Marka Kamieńskiego. I te dwie prezentacje twórczości obu panów chcę dziś Wam pokazać. (W małej salce wystawiany jest jeszcze jeden pan, ale akurat ta wystawa nie zachwyciła mnie). Dwie zupełnie różne twórczości. Krzysztof Ludwin maluje techniką akwareli i jak dotąd uważałam tę technikę za mało atrakcyjną, tak po tej wystawie zmieniłam zdanie. Obrazy Ludwina są przepiękne, nasączone kolorami, widać tysiące szczegółów i detali, których nawet akwarela nie zdoła rozmyć. Na jego obrazach jest tyle życia, ile kolorów. Ruch na uliczkach, stare kamienice, powiewające na sznurkach pranie, jakieś tajemnicze bramy, miejsca pełne ciszy, która wręcz dociera do uszu widza. Zwyczajne, wydawałoby się, sceny życia miasta zostały uchwycone z niezwykłą nastrojowością. Ja tymi obrazami jestem zachwycona. Kompletnie w innej technice tworzy Marek Kamieński. Wystarczy jeden rzut oka, by zastygnąć w stuporze i albo stwierdzić, że taka ilość kiczu nas przerasta, albo uśmiechnąć się i oglądać obrazy pana Kamieńskiego wpatrując się w te przedziwne twory ze smakiem. Bo te obrazy prezentowane w BWA to absolutna mieszanka wybuchowa. Obrazy są olbrzymie, o czym można się przekonać na jednym z poniższych zdjęć. Ich wymiary plus treść obrazu naprawdę mogą przytłoczyć nadmiarem kolorów, postaci i scen. Przyglądając się tym kolażom dostrzegam pełno odnośników do dzieł wielkich malarzy (np. Picasso, Van Gogh), do sztuki masowej/popularnej, do postaci z bajek dla dzieci. Gdyby mi ktoś zadał sakramentalne pytanie: co malarz miał na myśli, miałabym problem z szybką odpowiedzią. Ale chyba w malarstwie Kamieńskiego chodzi o dobrą zabawę, o wywołanie konsternacji i szokowanie kiczem. Ale przecież nawet kicz może być sztuką.

Krzysztof Ludwin:











Marek Kamieński:











Zagadka
Który z prezentowanych obrazów chciałabym mieć? ;)

czwartek, 14 kwietnia 2011

"Akta Canaimy" - Reyes Calderon

Jest taki park narodowy w Wenezueli, położony w południowo-wschodniej części kraju, który od kilku dni pojawiał się w mojej głowie za sprawą pewnej książki. Park ten słynie m. in. z przepięknych wodospadów: np. Salto Angel (Angel Falls), Salto Sapo. Ten park, wpisany na listę światowego dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego Unesco, to Canaima. Wystarczy zobaczyć zdjęcia, aby zachwycić się niezwykłym pięknem Canaimy.

A ja trafiłam do Canaimy dzięki książce Reyes Calderon – mało znanej hiszpańskiej pisarki, doktor ekonomii i filozofii oraz wykładowcy na Uniwersytecie Nawarry. Tą książką, która przez ostatnie dni mnie sobą absorbowała, jest powieść „Akta Canaimy”.

Jest to powieść typowo sensacyjna, z wątkami kryminalnymi, z rozbudowaną fabułą, z wyrazistą bohaterką i całkiem ciekawym motywem przewodnim, jakim jest korupcja na najwyższych szczeblach światowej władzy. Gdzieś przeczytałam, że Reyes Calderon fabułę tej powieści oparła na faktach (skandal w Międzynarodowym Funduszu Walutowym). Wykorzystała doświadczenie zawodowe, olbrzymią wiedzę z zakresu polityki zarządzania oraz przeciwdziałania korupcji i napisała powieść, którą czyta się z zaciekawieniem. Nie tylko ze względu na wartką akcję, sympatyczną bohaterkę, jaką jest sędzia Lola MacHor, czy sam Park Narodowy Canaima w Wenezueli. Tym, co spaja te elementy i powoduje, że całość trzyma się przysłowiowej kupy, jest właśnie temat, wokół którego zbudowana jest fabuła. Korupcja! A jak mowa o korupcji, to wiadomo, że chodzi o pieniądze, grube miliony. Nawet sobie sprawy nie zdajemy, na jaką wielką skalę nasi wielcy, szanowni przywódcy, politycy, biznesmeni czy gwiazdy estrady, robią szwindle, przekręty, jak zwinnie mataczą, jak często mają ręce umoczone we krwi.

Powieść Reyes Calderon zapewne nie wyróżnia się spośród innych powieści sensacyjnych. Fabuła jest dobrze skonstruowana i trzyma w napięciu, ale kolosalnych wrażeń nie powoduje. Jednakże przecież nie w tym rzecz, aby czytana powieść wywierała potężne wrażenie, ale aby wzbudzała choćby najmniejszą refleksję. A „Akta Canaimy” wzbudzają refleksje, wcale nie takie naiwne.

Dolores (zdrobniale Lola) MacHor, szanowana pani sędzia z hiszpańskiej Pampeluny, szczęśliwa żona i matka gromadki dzieci, główna bohaterka „Akt Canaimy” wzbudza ogromną sympatię. Choć jej uparty i nieco władczy charakter niekoniecznie dobrze o niej świadczy. Zupełnie przypadkowo w jej ręce trafiają akta pewnego przedsięwzięcia budowlanego w rejonie Canaimy. I te nieszczęsne akta okazują się dowodem wielkiego przekrętu finansowego na międzynarodową skalę. Pani sędzia, czując się w obowiązku ujawnienia oszustwa, rozpoczyna śledztwo. To krótki zarys fabuły niezdradzający zbytnio szczegółów, jednakże wystarczający, aby zachęcić do lektury. Zapewniam, że powieść może zaskoczyć niejednokrotnie. Pod warstwą sensacyjną jest warstwa pełna zadumy. Jako choćby nad tym, że codziennie giną gdzieś ludzie, „ofiary złożone na ołtarzu krótkowzroczności bożkowi dobrobytu”. A my, społeczeństwo, zbyt często odwracany głowę.

Powieść Reyes Calderon czyta się znakomicie. Może dlatego, że rudowłosa pani sędzia Lola MacHor, to taka kompilacja Małej Mi, Ally McBeal, Ciotki Klotki i Don Kiszota. A może dlatego, że atmosfera powieści wcale nie jest gorąca, choć momentami pełna hiszpańskiego temperamentu. Dla osób poszukujących dobrej rozrywki, która niesie coś więcej niż tanią sensacyjkę, to idealny wybór.