"Czytanie jest nałogiem, który może zastąpić wszystkie inne nałogi lub czasami zamiast nich intensywniej pomaga wszystkim żyć, jest wyuzdaniem, nieszczęsną manią."

"Malina" Ingeborg Bachmann

wtorek, 10 sierpnia 2010

Kierunek: Magurski Park Narodowy

Zbyt długo po powrocie ze Szczecina w domu nie bawiłam. Zaledwie noc i sobotnie przedpołudnie. A to dlatego, że czekał mnie kolejny wyjazd. Tym razem na południe mojego województwa. Pierwszy raz w życiu byłam w Magurskim Parku Narodowym. To już nie Bieszczady, ale Beskid Niski. Równie piękna i zielona kraina. Polecam wszystkim kochającym niższe góry, bo atrakcyjnych widoków jest tu co nie miara. Zaliczyłam szlak prowadzący z Huty Polańskiej na szczyt o wdzięcznej nazwie Baranie (754 m n.p.m.), na którym stoi drewniana wieża obserwacyjna. Co ciekawe jest to szlak graniczny. Po lewej stronie podziwiałam polski, a po prawej słowacki krajobraz. Z wieży na szczycie rozciąga się fantastyczny widok na stronę słowacką. Wspięłam się na drugą platformę i ogarnął mnie lęk wysokości, na trzecią nie odważyłam się (wspinaczka po drabinie!). Choć niebo było pochmurne, widoki zapierały dech w piersiach.






A tu jaszczurka wygrzewająca się na kamieniu i konie właściciela schroniska, w którym spaliśmy.



Żal, że mój urlop się kończy i czas wracać do pracy. Ech…
Ale urlop był udany. No i mogę się pochwalić zaliczeniem dwóch końców Polski podczas niego!

sobota, 7 sierpnia 2010

kierunek: Szczecin - ponad 800 km od domu

Dziś już wiem, o czym śpiewała Katarzyna Nosowska:
„Miałam dom
gdzie to było?

tam gdzie Odra, port

dźwigozaurów rząd”

Wiem, bo byłam w Szczecinie! Ten dźwigozaurów rząd widziałam na własne oczy. Odbyłam podróż na drugi koniec Polski, ponad 800 km, 13 godzin w pociągu. I spędziłam bardzo miłe chwile z Margo, która pokazała mi swoje miasto i zabrała mnie nad morze, za którego widokiem tak tęskniłam. Nie zapomnę tych chwil spędzonych z nią, mam nadzieję, że i ona również. I choć w głowie mam wciąż stukot pociągu, jestem lekko niewyspana, czuję się ogromnie szczęśliwa. Bo zobaczyłam Szczecin, bo zobaczyłam morze (plaża w Dziwnowie). No i spotkałam osobę, którą tak polubiłam! Pozdrawiam gorąco Margo i jej przyjaciółkę Iwonę!









niedziela, 1 sierpnia 2010

rozczarowanie: "Lis już wtedy był myśliwym" - Herta Müller

Dzisiaj powiedziałam dość! Nie potrafię zmuszać się do czytania czegoś, co absolutnie mi nie leży. Przeczytanych 100 stron książki zeszłorocznej noblistki – Herty Müller, o dość intrygującym tytule „Lis już wtedy był myśliwym”, wystarczy mi, abym mogła wyrobić sobie zdanie na temat tej książki. Nie na temat całej twórczości Müller, bo byłoby to przesadą, ale z pewnością na temat tej książki mogę powiedzieć, że fatalnie się ją czyta. Być może problemem dla mnie jest cała ta poetycka aura prozy. Budowanie sennego obrazu życia ludzi gdzieś w biednej dzielnicy jakiegoś miasta nie przemawia do mnie kompletnie. To duszna i męcząca proza. Zabieg pisania w czasie teraźniejszym i nadużywania czasownika ‘jest’ wymęczył mnie i zniechęcił. Próbuję sobie wytłumaczyć ten zabieg, że to ciekawy eksperyment literacki. Jednakże brak akcji i czytanie kolejnych scenek/obrazków, w których nic się nie dzieje, to chyba smakowity kąsek dla wytrawnych czytelników. Nie dla mnie. Ja potrzebuję jasności prozy, nie przyćmiewania jej poetyckim środkami. I choć z tej dusznej atmosfery książki wyłania się jej kształt i właściwe przesłanie, ja nie czuję potrzeby zagłębiania się w pozostałe 140 stron. Czy jestem odosobniona? Czy ktoś z Was również zniechęcił się do Herty Müller?

niedziela, 25 lipca 2010

„Wichura w Hawanie” - Leonardo Padura

„Wichura w Hawanie” Leonardo Padury posiada na okładce książki wskazówkę: kryminał kubański. Zaciekawiło mnie to, kiedy wędrowałam pomiędzy bibliotecznymi półkami i wyciągałam z regału pt. „nowości” kolejne książki. Wzięłam książkę do domu i powodowana tą ciekawością zaczęłam lekturę.
Przeniosłam się do Hawany roku 1989, w której wiatr wyprawiał harce na gorących ulicach stolicy Kuby. Niemal przez całą książkę wiało. Ale wiatr nie przeszkadzał mi, bym poczuła ten kubański rytm życia. Specyficzny klimat wyspy i mentalność Kubańczyków była wyraźnie odczuwalna.

Mario Conde, główny bohater „Wichury…” zyskał sobie moją sympatię niemal od razu. Ale to chyba nie dziwne, że policjanci/detektywi będący bohaterami kryminałów, pomimo swojej często gburowatej i oschłej natury, zyskują sympatię czytelników. Na tym polega fenomen dzisiejszych kryminałów. Ich bohater nie może być grzecznym i subtelnym człowiekiem, bo to nie pasuje do tego gatunku. Bohater kryminałów musi być człowiekiem doświadczonym przez życie. Mario Conde taki jest. To policjant prowadzący śledztwo swoimi sposobami. Człowiek, któremu związki z kobietami nie udają się. Oddany przyjaciel dla swoich licealnych kumpli. Wrażliwiec marzący o chatce nad morzem, wędkowaniu i wieczornym czytaniu powieści Hemingwaya i Salingera. A na dodatek próbujący spisywać własne przemyślenia. Typ, którego najchętniej przytuliłabym, pogłaskała i ukoiła jego zbolałą duszę.

„Wichura w Hawanie” to według mnie coś więcej niż kryminał. Bo po prawdzie mamy tu zbrodnię i śledztwo, ale akurat nie to stanowi o wartości książki. Mam wrażenie, że wątek kryminalny jest tylko tłem do zaprezentowania postaci, jaką jest Mario Conde. Bo to on w powieści jest najważniejszy, to jego życie i jego przemyślenia zwracają większą uwagę, niż śledztwo, które prowadzi. I właśnie z tej racji książka Padury stanowi dla mnie ciekawą lekturę. „Wichura…” to opowieść o Kubańczyku, który marzy o szczęśliwym życiu, niekoniecznie bogatym i luksusowym. Ot, marzy mu się spokojna starość (Mario jest przed 40-stką) u boku jakiejś mądrej i pięknej kobiety.

Mam również wrażenie, że mogłaby to być powieść obyczajowa z Hawaną w tle, z klubami jazzowymi oraz dymem cygar unoszącym się i przytłaczającym, i tak już gęstą, atmosferę kubańskiej stolicy. Wątek kryminalny nie został rozbudowany i nie skupiał mojej uwagi. Mario z racji zawodu prowadził śledztwo w sprawie morderstwa młodej nauczycielki. Ale mógłby robić cokolwiek innego. Ważniejsza bowiem jest jego osoba, niż śledztwo w sprawie kryminalnej.

Leonardo Padura przedstawił obraz Hawany bez politycznych i systemowych odnośników. Aczkolwiek daje się wyczuć jeszcze panujący socjalizm. Ludzie zwracają się do siebie per „towarzyszu”, a po ulicach Hawany jeżdżą polskie fiaty! Natomiast panujący ustrój wcale nie jest odczuwalny i nie ma wpływu na bieg akcji.

Akcja toczy się powoli, bez pośpiechu, bez zbędnych emocji. Atmosfera książki jest lekko leniwa i duszna, ale tytułowa wichura ochładza gorącą Hawanę.

No i okładka! Przyznam, że te kłębiące się chmury nad wypolerowanym i eleganckim wozem, w którym siedzi palący cygaro mężczyzna, niesamowicie mi się podobają.

niedziela, 18 lipca 2010

Będąc początkującym kierowcą, czyli o wycieczce w siną dal.

Dzisiejszy dzień był pełen wrażeń. A wszystko przez fakt, że po 14 latach zaczynam jeździć samochodem. Prawo jazdy zrobiłam w 1996 roku, dokładnie 6 grudnia (na Mikołaja!) zdawałam egzamin. Zdałam za pierwszym razem i … na tym zakończyła się moja przygoda z autem. Przyczyny prozaiczne, szkoda gadać. Jednakże prawo jazdy posiadam, a to jest najważniejsze. Życie zmobilizowało mnie do zajęcia miejsca za kierownicą i przechodzę ponownie szybką szkołę jazdy. Kilka lekcji wzięłam z instruktorem, ale wiadomo to kosztuje. Więc od jakiegoś tygodnia jeżdżę własnym autem. Oczywiście nie sama, bo nie czuję się jeszcze pewnie i potrzebna mi pomoc. Mąż jako pilot jeździ ze mną i bardzo profesjonalnie mną kieruje. Dla bezpieczeństwa trzyma rękę na hamulcu ręcznym, co oczywiście jest zrozumiałe. Bo jestem wszakże początkującym kierowcą i jeszcze dużo muszę się nauczyć. A że nie od razu jest się kierowcą rajdowym, każdy przecież kiedyś zaczyna, mąż uznał, że najlepszą szkołą będzie długa trasa. No i taką długą trasę zrobiliśmy dziś.

Wybraliśmy się razem z moją matką odwiedzić Arboretum w podprzemyskich Bolestraszycach, a następnie zamek w Krasiczynie. W Bolestraszycach byliśmy już kilka razy, a rok temu przedstawiłam na blogu większą fotorelację z wycieczki. Natomiast w Krasiczynie nie byłam dawno. Zamek w Krasiczynie to jeden z najpiękniejszych skarbów architektury renesansowo - manierystycznej w Polsce.

Jakby nie było śmignęłam dziś ponad 200 km, ponieważ jechaliśmy przez Pogórze Dynowskie. Oj, miałam lekki stres, bo tam serpentyny i zakręty prawie jak w Bieszczadach. Dodatkową atrakcją była burza z gradem w drodze powrotnej.

Zatem moja pierwsza dłuższa trasa z licznymi atrakcjami po drodze za mną. Wiem, że jeszcze sporo muszę się nauczyć. Jeszcze odczuwam lęk przed dziwnymi skrzyżowaniami bez sygnalizacji świetlnej, choć i z sygnalizacją również. Ale na szczęście obok mnie siedział wyrozumiały i cierpliwy doradca, bez którego nie dałabym sama rady. Na razie! Bo zamierzam zdobyć tą cudowną pewność siebie i być porządnym kierowcą, któremu polskie drogi nie straszne! No i co ważne, bardzo podoba mi się jazda samochodem.

A więc pokażę Wam kilka zdjęć z dzisiejszej wycieczki. W Arboretum, jak co roku, prezentowana jest wystawa rzeźb z wikliny. Podziwialiśmy też piękne pawie. Wielką radość sprawiła nam mała ruda wiewiórka, która najwidoczniej przyzwyczajona do obecności ludzi, z gracją modelki pozowała mi do zdjęć. A roślinność w Arboretum zachwycała nas co krok.

















Oto kilka zdjęć Zamku w Krasiczynie. Wiem, że ich jakość pozostawia wiele do życzenia, ale nadciągała burza, więc nie było czasu ani warunków, by się certolić i szukać pięknych ujęć. Dlatego odsyłam na stronę Zamku.