"Czytanie jest nałogiem, który może zastąpić wszystkie inne nałogi lub czasami zamiast nich intensywniej pomaga wszystkim żyć, jest wyuzdaniem, nieszczęsną manią."

"Malina" Ingeborg Bachmann

poniedziałek, 11 października 2010

"Kronika ptaka nakręcacza" - Haruki Murakami

„Kronika ptaka nakręcacza” Harukiego Murakamiego nie daje mi spokoju. Nie mogę się skupić, by pozbierać myśli i ubrać w słowa wrażenia, jakie zrobiła na mnie ta powieść. To trudne zadanie. Zdaje sobie z tego sprawę każdy, kto choć raz przeczytał jakąś powieść Murakamiego i zechciał o niej powiedzieć innym. Nie da się prosto mówić o jego powieściach. Świat w nich zamknięty nie podlega znanym miarom. Trudno rozszyfrować wszystkie symbole i zagadki. Trudno wyciągać jakieś racjonalne wnioski. Dlatego chyba łatwiej mówić o swoich emocjach towarzyszących lekturze, albo o piętnie, jakie pozostawia ona w duszy czytelnika. Spróbuję „przelać na papier” swoje wrażenia.

„Kronika ptaka nakręcacza” jest przedziwną powieścią. Najdziwniejszą z dziwnych, choć to określenie mogłabym chyba dopasować do każdej książki pana Murakamiego. Można doszukiwać się logiki i sensu w „Kronice…”, można badać symbolikę zdarzeń i postaci, można próbować poskładać tę zagmatwaną łamigłówkę w jedną całość. Ale ja tego nie chcę robić. Uważam, że wtedy mój zachwyt i doświadczenie prawie metafizyczne, jakiego doświadczałam podczas lektury, mogłyby zniknąć, przeistoczyłyby się w zwykłą racjonalną wiedzę. A ja jednak wolę tkwić w świecie pełnym onirycznych, metaforycznych jak również metafizycznych wrażeń.

Po zamknięciu „Kroniki ptaka nakręcacza” doznałam poczucia odbycia niesamowitej podróży. Poczucia dotknięcia czegoś, co tkwi gdzieś głęboko w mojej świadomości. Tego stanu nie da się jednak dokładnie nazwać. Posłużę się słowami jednej z bohaterek „Kroniki…”, które, choć użyte w innym kontekście, idealnie pasują do tego, o czym chcę powiedzieć:

„To nie jest coś, co ma górę, dół, prawo, lewo, przód i tył”.

To coś wypełnia moją głowę i na parę chwil trzyma mnie w mocnym uścisku. W tak mocnym, że nie jestem w stanie się z niego wyzwolić. Nawet nie próbuję i nie chcę. Choć wiem, że ten stan jest chwilowy, że nie mógłby on trwać wiecznie. Bo chyba nikt z ludzi nie jest gotowy na życie w takim wymiarze.

„Kronika ptaka nakręcacza”, jak inne powieści Harukiego Murakamiego, przenosi czytelnika do świata pełnego tajemniczych postaci, niesamowitych zdarzeń i dziwnych opowieści. Zdarzenia pomimo aury niesamowitości są mocno osadzone w rzeczywistości, a nawet z niej wynikają. To tak, jakby się stało na pograniczu jawy i snu i próbowało elementy obu światów ze sobą wymieszać. Powstaje tajemnicza rzeczywistość, w której jest pewnego rodzaju logika, każda przyziemna czynność nabiera doniosłego i głębszego znaczenia, a kluczem do rozwiązania zagadki, jest własna świadomość, lub to, co się kryje pod nią.

Mogłabym teraz pokrótce streścić „Kronikę ptaka nakręcacza”, jednakże jest to bardzo trudne zadanie. Może nie ze względu na chronologię, czy przypadkowość wydarzeń, lecz ze względu na charakter i znaczenie tychże. Bo każde zdarzenie, w jakim uczestniczy Toru Okada, główny bohater książki, jest istotne i mające wpływ na kolejne.

Toru Okada, jak większość bohaterów płci męskiej powieści Harukiego Murakamiego, znajduje się w momencie życia, w którym coś musi się zmienić. To coś nie tylko zmieni jego życie. To coś zmieni życie wielu kobiety, które właśnie wtedy spotka on n a swojej drodze. Jego spokojne i wręcz banalne życie nagle wypadnie z właściwego toru i zacznie się toczyć po krętych ścieżkach losu. Zostanie on „zaplątany w historyczny ciąg przyczyn i skutków”. Mści się na nim świat, który próbował odrzucić i jego własne ja, które też chciał odrzucić.

Znaczenie ma każda chwila. Każdy moment. Ten, w którym zaginął kot. Ten, w którym zniknęła jego żona Kumiko. Chwile, kiedy słychać siedzącego na drzewie ptaka, który wydaje dziwne dźwięki, jakby nakręcał sprężynę świata. Ta sprężyna dla Toru została na pewien czas nakręcona zbyt mocno, by potem z impetem wrzucić go w ciąg niezrozumiałych i wręcz absurdalnych zdarzeń. Wszystkie postaci pojawiające się nagle po odejściu Kumiko, wydają się postaciami ze snu. Można by nawet rzec: osobliwymi bohaterami jakiegoś koszmaru. Wpierw pojawiają się siostry Kano: Malta i Kreta, jedna dziwniejsza od drugiej. Równocześnie Toru nawiązuje znajomość z May Kasaharą, nastolatką mieszkającą nieopodal, która jest nazbyt dojrzała jak na swój wiek i gnębi ją myśl o śmierci. Znaczenie mają opowieści porucznika Mamiyi, bo pod wpływem jednej z nich Toru postanawia zejść na dno suchej studni na opuszczonej posesji. Pobyt na dnie studni i doznania, jakich doświadcza Toru w całkowitej ciemności, to jakby przeniknięcie do innego świata. Studnia jest łącznikiem, jest źródłem dziwnej mocy, jest przestrzenią, w której nic nie jest realne. Znajomość z Gałką i jej synem Cynamonem Akasaką to ciąg dalszy zdarzeń, wymykających się normalności. A wszystkie te zdarzenia mają związek z jednym: Toru postanawia odnaleźć żoną i sprowadzić ją do domu. Te poszukiwania odbywają się równolegle w dwóch wymiarach, świecie rzeczywistym i tym ze snów. Bo właśnie gdzieś pomiędzy tkwi prawda o tym, dlaczego Kumiko odeszła, a następnie dlaczego zabiła brata Naboru Wataya.

Toru dowiaduje się z listu porucznika Mamiyi, że w życiu jest tylko jedna chwila, w której człowiek ma szansę, by odnaleźć to, co dla niego najważniejsze.

„Światło świeci w życiu jedynie przez bardzo krótki czas. Może tylko przez kilkanaście sekund. Jeżeli ten czas minie i jeżeli człowiek nie zdąży znaleźć danego mu objawienia, nie będzie już miał powtórnej okazji. I być może przyjdzie mu spędzić resztę życia w głębokiej samotności i żalu, od których nie ma ucieczki. Żyjąc w takim świecie mroku, człowiek nie może się już niczego spodziewać. W dłoniach trzyma się jedynie żałosne szczątki tego, co mogło być.”

Toru musi się spieszyć, by wciąż nakręcana przez ptaka nakręcacza sprężyna świata, nie odrzuciła go zbyt daleko od życia, od własnego losu, który może nagle stać się bezwartościowym bytem. Toru doświadcza wyobcowania, jest w tym świecie, ale rozwiązania zagadki zniknięcia żony musi szukać gdzieś indziej. To gdzie indziej jest bardzo daleko, a jednocześnie bardzo blisko, na wyciągnięcie ręki. Dostęp do tego gdzie indziej powoduje znamię wielkości dziecięcej piąstki, które pojawiło się nagle na twarzy Toru.

„Kronika ptaka nakręcacza” to przemyślana i skomplikowana zagadka, która ma swoje rozwiązanie ukryte wielu miejscach powieści. Człowiek wymagający ułożenia prostego rozwiązania znajdzie się w kłopocie. Bo rozwiązanie nie jest proste. Aczkolwiek jest sensowne i wystarczy odrobina wrażliwości, spostrzegawczości i umiejętności słuchania, by zrozumieć, co pan Murakami do nas mówi. A często prawdy mówione są szeptem, cichym głosem, ledwo słyszalnym. Dlatego należy wytężyć słuch, by to usłyszeć.

Poruszanie się po świecie Murakamiego przypomina czasem zabawę w chowanego. Czasem ma się wrażenie, że ogląda się jakiś absurdalny sen, w którym niemożliwe staje się możliwe. Jedno jest pewne, że Murakami dotyka tych tematów, które zastanawiają ludzi. On tak naprawdę pyta o sens życia. Wskazuje różne możliwości przejścia przez to życie. Uczula na świat, który jest obok nas, a którego często nie dostrzegamy lub nie doceniamy. Dusza, duchowość, podświadomość, jaźń, metafizyka… Nie zapominajmy o nich! Bez nich życie jest niepełne.

Pisząc te słowa siedzę przy biurku pod oknem. Czasem zerkam przez okno obejmując wzrokiem dachy mojego miasta i okoliczne wzgórza. Dosłownie przed chwilą na balustradzie usiadły dwie sikorki i coś do siebie powiedziały. Nie znam ich języka, więc nie mogę powiedzieć, o czym była ich rozmowa. Ale uśmiechnęłam się do siebie, bo choć to nie był ptak nakręcacz, który nakręca sprężynę świata, te dwie małe sikorki wpłynęły na mnie. Choć mogę tego teraz nie czuć. Ale przecież przystanęłam, palce zawisły nad klawiaturą. Obserwowałam przez moment te małe stworzonka, które nagle odleciały, aby za chwilę ponownie przykucnąć obok mojego okna, a następnie zniknąć zupełnie. Ptak nakręcacz je tu przysłał, to pewne!

Chcę napisać jeszcze o jednej sprawie. W trakcie czytania „Kroniki ptaka nakręcacza” słuchałam muzyki Maxa Richtera z kilku płyt, które udało mi się zdobyć. To było niesamowite doznanie, bo jego muzyka jest uzupełnieniem powieści Harukiego Murakamiego. O Maxie Richterze dowiedziałam się od Chihiro. W najnowszym Archipelagu jest o nim jej tekst, który gorąco polecam.

środa, 6 października 2010

"Dom tysiąca nocy" - Maja Wolny


Mówi się, że w życiu nie ma miejsca na sentymenty. Mówi się, że trzeba być twardym. A jednak w życiu każdego człowieka przychodzi taki moment, w którym dokonuje się swoistego rachunku sumienia, rozliczenia z przeszłością i stworzenia planu na dalsze życie. Ta chwila sprawia, że nawet najtwardsze serce zmięknie. Może nawet pojawią się łzy. Nie da się przecież przejść przez życie nie zatrzymując się na chwilę refleksji. Nie da się przejść przez życie z ciężarem, który przygniata barki. Ten ciężar trzeba zrzucić. I iść dalej.

Troje bohaterów książki Mai Wolny „Dom tysiąca nocy” niesie swój ciężar przez życie. Ciężar przeszłości, której nie da się zmienić. Ale jest przecież przyszłość, którą można zaplanować. Tylko jak zaakceptować upływający czas? Jak zaakceptować śmierć, która jest nieodłącznym elementem życia?

Malwina, Carla i Brunon.
Malwina, pięćdziesięcioletnia Polka opuszcza kraj, by odetchnąć, by załagodzić ból po olbrzymiej stracie, jakiej doświadczyła. Rusza do Sorrento, miejscowości położonej nad Zatoką Neapolitańską. Podejmuje pracę u bogatej starszej Włoszki, Carli. Ma się zajmować domem i opieką nad nią.
Carla, zamożna starsza pani, która zatrudnia Malwinę, to osoba samotna. W młodości zaangażowała się w działalność Czerwonych Brygad – lewicowego ugrupowania terrorystycznego; poświęciła im prawie wszystko: opuściła męża, córkę. Jedyną radością jej życia na starość jest jej wnuk Brunon.
Brunon to niedowidzący młody mężczyzna, wkraczający dopiero w dorosłość. Przygotowuje się do rozpoczęcia studiów w Bolonii. Spędza ostatnie lato w Sorrento. Tęskni za swoją matką.

Malwinę, Carlę i Brunona różni prawie wszystko. Ich bagaże doświadczeń są zupełnie inne. Jednakże wszyscy znajdują się w momencie życia, w którym coś się zmienia. Wszyscy mają swoje tajemnice.

„Dom tysiąca nocy” czyta się jednym tchem. Maja Wolny napisała powieść o życiu, które wcale nie jest łatwe. Bez względu na czas, miejsce i okoliczności człowieka dotykają podobne bolączki. Podobny smutek i żal gości w sercu. I podobnież szuka się sił, by dalej żyć. Czasem losy różnych ludzi przeplatają się, by coś odkryć, a czasem, by coś zamknąć na zawsze. Lekturze książki Mai Wolny towarzyszy nieustanna refleksja nad marnością i kruchością życia. Nadzieja, to uczucie znane każdemu. Bez niej trudno żyć. Jak pogodzić sentymenty i nadzieję? Jak pogodzić ból i nadzieję? Maja Wolny pisze właśnie o tym. Są takie chwile, które każdy musi przeżyć, by odnaleźć siebie i sens życia. By się pogodzić z bolesną przeszłością. By się zmierzyć z tym, co przed nami.

„Dom tysiąca nocy” to wyjątkowo łagodna i kojąca książka. Pomimo poruszanych bolesnych tematów. Język i styl powieści przenoszą czytelnika na południe Włoch i pozwalają poczuć atmosferę Sorrento. Opowieść jest pozbawiona dłużyzn i niepotrzebnych ozdobników. Fabuła skonstruowana ciekawie stopniowo odkrywa kolejne karty życia bohaterów. Mimo, że zakończenie mnie trochę rozczarowało, książkę polecam z czystym sumieniem.

Olga Tokarczuk o prozie Mai Wolny powiedziała, że to „wrażliwe pisarstwo wysokiej próby” i ja zgadzam się z tą rekomendacją.

poniedziałek, 4 października 2010

dary, dary losu...


Wybaczcie, ale muszę to napisać. Bo dziś zostałam poczwórnie zaskoczona. W skrzynce pocztowej po powrocie z pracy znalazłam dwie przesyłki i dwa awiza. Moja radość jest poczwórna, bo dziś dostałam dwie książki i dwa audiobooki. Wydawnictwo Znak przysłało mi najnowszą książkę profesora Leszka Kołakowskiego „Herezja”, na którą miałam wielką ochotę. Absolutnie zaskoczyło mnie Wydawnictwo Prószyński i S-ka, które podarowało mi książkę „Dom tysiąca nocy”, której autorką jest Maja Wolny. Dwa audiobooki to wygrane w konkursach. „Mężczyznę, który się uśmiechał” Henninga Mankella wygrałam w Salonie Kulturalnym. A „Limes inferior” Janusza A. Zajdla to nagroda za wypowiedź na forum Allarte. Rozumiecie zatem, że moja radość jest dziś wielka. Cieszę się z wszystkich przesyłek i za wszystkie serdecznie dziękuję. Coś czuję, że muszę przyspieszyć swoje czytanie i szybko podzielić się swoimi wrażeniami z otrzymanych książek. Tych i wielu innych, które czekają cierpliwie na półkach, aż porządnie się zmobilizuję i je przeczytam. Na słuchanie audiobooków również się cieszę, bo nie ukrywam, że sprawia mi to frajdę. Mam podzielną uwagę, więc słuchając mogę wykonywać różne czynności.

Przy okazji serdecznie dziękuję za kartki, które otrzymałam we wrześniu. Moni była w Zakopanem. Chihiro odpoczywała w Grecji, na wyspie Symi. A Margo odbyła kilka wakacyjnych podróży: z Grecji przywiozła mi piękny talerzyk, z Barcelony piękną kartkę z widokiem na kościół Sagrada Familia, a z Paryża coś, czego na zdjęciu nie ma, ponieważ dynda sobie już przy kluczach. Brelok z wieżą Eifla! Śmiałam się z niej, że obowiązkowo musi sobie kupić takie cudo, a ona kupiła je mi! Drogie Panie, Wam również serdecznie dziękuję.

czwartek, 30 września 2010

jesień

Jesień. Zimno. Mokro.

Mimo wszystko ja lubię jesień.


A tak w ogóle, to wygrałam znów w Salonie Kulturalnym audiobooka z kryminałem Henninga Mankella „Mężczyzna, który się uśmiechał”.

Miło mi donieść, że ten audiobook wygrała także osoba mi bliska: Margo. A więc podwójnie się cieszę!

sobota, 18 września 2010

"Neapol, moja miłość" - Penelope Green



Z dużą dozą ostrożności i nieskrywanym sceptycyzmem podeszłam do książki „Neapol, moja miłość” Penelope Green. Obawiałam się sentymentalnej opowieści, lektury naiwnej i lekkiej do przesady. A tymczasem zostałam bardzo mile zaskoczona i sama sobie nie dowierzam, że ta lektura sprawiła mi mnóstwo przyjemności. Tak, tak! Sięgając po tą książkę myślałam sobie, że nie znajdę tu nic pozytywnego i otrzymam to, czego się spodziewam. Jednakże muszę być szczera przede wszystkim przed samą sobą i przyznać się, że naprawdę „Neapol, moja miłość” to całkiem przyjemna książka.

Nie czytałam pierwszej książki Penelope Green - „Rzymskie dolce vita”, znajomość z tą panią rozpoczęłam zupełnie przypadkowo. Co poniektórzy wiedzą, że książkę wygrałam na facebookowej stronie wydawnictwa Prószyński i S-ka. Teraz mam ochotę na tą rzymską opowieść i nie będę ukrywać, że już za książką się rozglądam.

Może właśnie z racji, że nie czytałam wcześniejszej książki Green i nie mam porównania, jestem zadowolona i mogę z czystym sumieniem polecić tą książkę. Traktuję „Neapol, moją miłość”, jako lekturę, którą nie tylko łatwo i przyjemnie się czyta, ale przed wszystkim, jako źródło całej masy wiadomości o Neapolu. Jako, że nigdy wcześniej nie interesowałam się Włochami, ani tym bardziej samym Neapolem, moja wiedza w trakcie lektury poszerzyła się istotnie. Z czego się cieszę!
Powinnam napisać, że właśnie taki sposób opowiadania o mieście, jak zrobiła to ta australijska pisarka, dociera do mnie absolutnie i sprawia, że mam podwójną przyjemność. Po pierwsze: mam przyjemność z obcowania z literaturą piękną. Bo jakby nie było, jest to beletrystyka! Po drugie: mam możliwość dowiedzieć się rzeczy, których wcześniej nie znałam. Nie czytuję przewodników turystycznych, bo nie mam potrzeby. I nie sądzę, bym z jakiegokolwiek przewodnika dowiedziała się tylu interesujących faktów o Neapolu.

A z książki Penelope Green dowiedziałam się naprawdę mnóstwo o samym Neapolu. Fakt, że jest to subiektywna relacja, może i momentami trąci babskim czytadłem, ale w ogólnym rozrachunku książka broni się sama. Bo nie jest to zwykła opowieść o młodej Australijce, która przeprowadza się z rodzimej Australii wpierw do Rzymu, a potem do Neapolu, gdzie wiedzie żywot dziennikarki, która przekroczyła już trzydziestkę, a na widoku nie ma żadnego kandydata na męża. Nie! Ta opowieść jest przeplatana wiedzą, którą ta Australijka zdobywa, by poznać miasto, w którym przyszło jej mieszkać. Ona chce wczuć się w to miasto, poznać jego dobre i złe strony. Poznaje jego historię. Poznaje mieszkańców Neapolu. Poznaje kuchnię i pobudza kubki smakowe czytelnika, nie tylko pizzą. Żyje w mieście opanowanym przez neapolitańską mafię – kamorrę i próbuje poznać historię tejże mafii. Jako dziennikarka interesuje się współczesnymi problemami miasta, np. biedniejszymi dzielnicami, w których do niedawna nie było szkół, czy zanieczyszczeniem miasta śmieciami i problemem wywozu ich z miasta.

Właśnie opisem zwyczajnego życia w Neapolu Penelope Green mnie ujęła. I to w Neapolu zaledwie sprzed kilku lat. W życiu nie sądziłam, że to sławne miasto boryka się z takimi problemami. Że jest jednym z biedniejszych miast Włoch. Że panuje tam taka przestępczość i prawie całe miasto jest w rękach kamorry.

Zawsze po skończonej lekturze zastanawiam się, jak ona na mnie oddziaływuje. Jeśli jestem w błogim zawieszeniu, książka poruszyła moją duszę. Jeśli odczuwam satysfakcję, to książka poszerzyła moją wiedzę. W przypadku książki „Neapol, moja miłość” odczuwam satysfakcję. I to wystarczy, bym lekturę zaliczyła do udanych.

Ale, żeby nie było za słodko, muszę się jednak na coś poskarżyć. Na 18 stronie, a więc na starcie, przeczytałam zdanie, które mnie wprawiło w szyderczy śmiech:

„Na peronie zauważyłam grupę siedzących na betonowym murku Polek ze złotymi zębami”.

No dosłownie mnie zatkało. Przecież te sławne złote zęby są kojarzone z Rosjankami, czy też Ukrainkami! Ale żeby z Polkami!? Znacie jakąś Polkę, która w latach 2004-2007 miałaby złote zęby??? No mój szyderczy śmiech zamienił się gorzkie politowanie. Czy to nieuwaga Pani tłumaczki, czy też sama Penelope Green ma o nas takie mniemanie? Ja protestuję! Ta zniewaga przeprosin wymaga!

Dziękuję za uwagę i zapraszam do lektury „Neapolu, mojej miłości” Penelope Green.