"Czytanie jest nałogiem, który może zastąpić wszystkie inne nałogi lub czasami zamiast nich intensywniej pomaga wszystkim żyć, jest wyuzdaniem, nieszczęsną manią."

"Malina" Ingeborg Bachmann

poniedziałek, 4 października 2010

dary, dary losu...


Wybaczcie, ale muszę to napisać. Bo dziś zostałam poczwórnie zaskoczona. W skrzynce pocztowej po powrocie z pracy znalazłam dwie przesyłki i dwa awiza. Moja radość jest poczwórna, bo dziś dostałam dwie książki i dwa audiobooki. Wydawnictwo Znak przysłało mi najnowszą książkę profesora Leszka Kołakowskiego „Herezja”, na którą miałam wielką ochotę. Absolutnie zaskoczyło mnie Wydawnictwo Prószyński i S-ka, które podarowało mi książkę „Dom tysiąca nocy”, której autorką jest Maja Wolny. Dwa audiobooki to wygrane w konkursach. „Mężczyznę, który się uśmiechał” Henninga Mankella wygrałam w Salonie Kulturalnym. A „Limes inferior” Janusza A. Zajdla to nagroda za wypowiedź na forum Allarte. Rozumiecie zatem, że moja radość jest dziś wielka. Cieszę się z wszystkich przesyłek i za wszystkie serdecznie dziękuję. Coś czuję, że muszę przyspieszyć swoje czytanie i szybko podzielić się swoimi wrażeniami z otrzymanych książek. Tych i wielu innych, które czekają cierpliwie na półkach, aż porządnie się zmobilizuję i je przeczytam. Na słuchanie audiobooków również się cieszę, bo nie ukrywam, że sprawia mi to frajdę. Mam podzielną uwagę, więc słuchając mogę wykonywać różne czynności.

Przy okazji serdecznie dziękuję za kartki, które otrzymałam we wrześniu. Moni była w Zakopanem. Chihiro odpoczywała w Grecji, na wyspie Symi. A Margo odbyła kilka wakacyjnych podróży: z Grecji przywiozła mi piękny talerzyk, z Barcelony piękną kartkę z widokiem na kościół Sagrada Familia, a z Paryża coś, czego na zdjęciu nie ma, ponieważ dynda sobie już przy kluczach. Brelok z wieżą Eifla! Śmiałam się z niej, że obowiązkowo musi sobie kupić takie cudo, a ona kupiła je mi! Drogie Panie, Wam również serdecznie dziękuję.

czwartek, 30 września 2010

jesień

Jesień. Zimno. Mokro.

Mimo wszystko ja lubię jesień.


A tak w ogóle, to wygrałam znów w Salonie Kulturalnym audiobooka z kryminałem Henninga Mankella „Mężczyzna, który się uśmiechał”.

Miło mi donieść, że ten audiobook wygrała także osoba mi bliska: Margo. A więc podwójnie się cieszę!

sobota, 18 września 2010

"Neapol, moja miłość" - Penelope Green



Z dużą dozą ostrożności i nieskrywanym sceptycyzmem podeszłam do książki „Neapol, moja miłość” Penelope Green. Obawiałam się sentymentalnej opowieści, lektury naiwnej i lekkiej do przesady. A tymczasem zostałam bardzo mile zaskoczona i sama sobie nie dowierzam, że ta lektura sprawiła mi mnóstwo przyjemności. Tak, tak! Sięgając po tą książkę myślałam sobie, że nie znajdę tu nic pozytywnego i otrzymam to, czego się spodziewam. Jednakże muszę być szczera przede wszystkim przed samą sobą i przyznać się, że naprawdę „Neapol, moja miłość” to całkiem przyjemna książka.

Nie czytałam pierwszej książki Penelope Green - „Rzymskie dolce vita”, znajomość z tą panią rozpoczęłam zupełnie przypadkowo. Co poniektórzy wiedzą, że książkę wygrałam na facebookowej stronie wydawnictwa Prószyński i S-ka. Teraz mam ochotę na tą rzymską opowieść i nie będę ukrywać, że już za książką się rozglądam.

Może właśnie z racji, że nie czytałam wcześniejszej książki Green i nie mam porównania, jestem zadowolona i mogę z czystym sumieniem polecić tą książkę. Traktuję „Neapol, moją miłość”, jako lekturę, którą nie tylko łatwo i przyjemnie się czyta, ale przed wszystkim, jako źródło całej masy wiadomości o Neapolu. Jako, że nigdy wcześniej nie interesowałam się Włochami, ani tym bardziej samym Neapolem, moja wiedza w trakcie lektury poszerzyła się istotnie. Z czego się cieszę!
Powinnam napisać, że właśnie taki sposób opowiadania o mieście, jak zrobiła to ta australijska pisarka, dociera do mnie absolutnie i sprawia, że mam podwójną przyjemność. Po pierwsze: mam przyjemność z obcowania z literaturą piękną. Bo jakby nie było, jest to beletrystyka! Po drugie: mam możliwość dowiedzieć się rzeczy, których wcześniej nie znałam. Nie czytuję przewodników turystycznych, bo nie mam potrzeby. I nie sądzę, bym z jakiegokolwiek przewodnika dowiedziała się tylu interesujących faktów o Neapolu.

A z książki Penelope Green dowiedziałam się naprawdę mnóstwo o samym Neapolu. Fakt, że jest to subiektywna relacja, może i momentami trąci babskim czytadłem, ale w ogólnym rozrachunku książka broni się sama. Bo nie jest to zwykła opowieść o młodej Australijce, która przeprowadza się z rodzimej Australii wpierw do Rzymu, a potem do Neapolu, gdzie wiedzie żywot dziennikarki, która przekroczyła już trzydziestkę, a na widoku nie ma żadnego kandydata na męża. Nie! Ta opowieść jest przeplatana wiedzą, którą ta Australijka zdobywa, by poznać miasto, w którym przyszło jej mieszkać. Ona chce wczuć się w to miasto, poznać jego dobre i złe strony. Poznaje jego historię. Poznaje mieszkańców Neapolu. Poznaje kuchnię i pobudza kubki smakowe czytelnika, nie tylko pizzą. Żyje w mieście opanowanym przez neapolitańską mafię – kamorrę i próbuje poznać historię tejże mafii. Jako dziennikarka interesuje się współczesnymi problemami miasta, np. biedniejszymi dzielnicami, w których do niedawna nie było szkół, czy zanieczyszczeniem miasta śmieciami i problemem wywozu ich z miasta.

Właśnie opisem zwyczajnego życia w Neapolu Penelope Green mnie ujęła. I to w Neapolu zaledwie sprzed kilku lat. W życiu nie sądziłam, że to sławne miasto boryka się z takimi problemami. Że jest jednym z biedniejszych miast Włoch. Że panuje tam taka przestępczość i prawie całe miasto jest w rękach kamorry.

Zawsze po skończonej lekturze zastanawiam się, jak ona na mnie oddziaływuje. Jeśli jestem w błogim zawieszeniu, książka poruszyła moją duszę. Jeśli odczuwam satysfakcję, to książka poszerzyła moją wiedzę. W przypadku książki „Neapol, moja miłość” odczuwam satysfakcję. I to wystarczy, bym lekturę zaliczyła do udanych.

Ale, żeby nie było za słodko, muszę się jednak na coś poskarżyć. Na 18 stronie, a więc na starcie, przeczytałam zdanie, które mnie wprawiło w szyderczy śmiech:

„Na peronie zauważyłam grupę siedzących na betonowym murku Polek ze złotymi zębami”.

No dosłownie mnie zatkało. Przecież te sławne złote zęby są kojarzone z Rosjankami, czy też Ukrainkami! Ale żeby z Polkami!? Znacie jakąś Polkę, która w latach 2004-2007 miałaby złote zęby??? No mój szyderczy śmiech zamienił się gorzkie politowanie. Czy to nieuwaga Pani tłumaczki, czy też sama Penelope Green ma o nas takie mniemanie? Ja protestuję! Ta zniewaga przeprosin wymaga!

Dziękuję za uwagę i zapraszam do lektury „Neapolu, mojej miłości” Penelope Green.

środa, 15 września 2010

Mogę nie jeść, ale nie mogę nie czytać…


Mam puste kieszenie, puste konto bankowe, czasem lodówka też jest pusta. Ale za to mam półki pełne książek! Na regale znalazła swoje miejsce kolejna książka, którą wygrałam na Yesbooku. Cieszę się, a jakże! Tylko zaczynam poważnie zastanawiać się, kiedy ja te moje książki w końcu przeczytam? Zważywszy, że ostatnio czytam wolno i mało!? Ech… No ale, mogę nie jeść, ale nie mogę nie czytać!



A Moni dziękuję za kartkę z Zakopanego! Wybrałabym się w góry, oj wybrałabym się...

sobota, 11 września 2010

"Metropia"

Rok 2024. Europa. Bogactwa naturalne wyczerpały się, a na giełdzie zapanował krach. Kryzys ten dotknął wszystkich ludzi, pozostawiając jednostki w swoich ruinach. Wszystkie europejskie metra zostają połączone w jedną wielką sieć. Nie ma pór roku. Jest szara, ponura rzeczywistość. Każdy Twój ruch jest kontrolowany. Jesteś sterowany. Ulegasz reklamie. Używasz tylko i wyłącznie wskazanych produktów. Nie możesz jeździć na rowerze, to nielegalne. Musisz jeździć metrem.

Rogerowi coś w tej rzeczywistości zaczyna nie pasować. Słyszy głos. Głos mu mówi, że jest jego wewnętrznym głosem. Roger nie wierzy głosowi. Roger to całkiem normalny facet, lekko sfrustrowany, ale niegroźny. Kocha swoją Annę. Wiedzie banalny żywot, do czasu…
Roger chce poznać prawdę. Śledzi Ninę, którą zna z reklamy szamponu do włosów. Roger poznaje prawdę o życiu. Ale przedtem będzie obiektem, który ma zostać zlikwidowany. Weźmie udział w walce o zwyczajne i normalne życie.

To treść „Metropii”. Wymownego i nieco ponurego filmu, który dość mocno ilustruje, jakie systemy sterują dzisiejszym światem. Przede wszystkim film uderza w korporacjonizm. W „Metropii” taką korporacją jest Grupa Trexx, firma posiadająca kontrolę nad siecią metra w całej Europie, ale nie tylko metra… Korporacje to zło, wiadomo to nie od dziś.
Następnym atakiem, jest atak w konsumpcjonizm i uleganie reklamom, które ogłupiają, odbierają wolną wolę i sterują potrzebami człowieka. Nie ulegać reklamie, to moje motto, dlatego osobiście od dawna nie oglądam reklam. Sama decyduję, jaki szampon do włosów kupię.
Kolej na telewizyjne show, które królują wśród społeczeństwa. W „Metropii” mamy takie show o dwuznacznej nazwie „Azyl”. Uczestnikami tego show są imigranci spoza Europy. Jeśli nie odpowiedzą poprawnie na zadane pytanie, zostają katapultowani ze studia i ich los jest niepewny.

Podobieństwa „Metropii” do orwellowskiego „Roku 1984” są jak najbardziej słuszne.
Wizja świata po apokalipsie też jest popularnym i eksploatowanym tematem zarówno w literaturze, jaki i w kinie. (Np. „Droga” Cormaca McCarthy’ego).

Czym zatem wyróżnia się „Metropia” i dlaczego warto ten film zobaczyć? Na pewno dla świetnej animacji, bo jest to film animowany! Animacja utrzymana w klimacie ponurym i mrocznym zbliża film do thrillera. Ludzkie twarze użyczone postaciom w filmie intrygują mimiką i brakiem widocznych emocji. Choć nie! Są uczucia, które rysują się na twarzy Rogera: smutek, przygnębienie, marazm, niepokój. Animacja absolutnie inna od znanych i popularnych w telewizji. To ona robi dobra robotę i sprawia, że film ogląda się z wielką uwagą.

Przesłanie filmu jest proste i wcale nieskomplikowane. Może momentami dość naiwnie wytykane są wady współczesności, ale czy wszystko musi mieć poważny przekaz? „Metropia” mówi o prawdach nam wszystkim znanych. Ja myślę, że warto poruszać te tematy, choćby wychodziły nam już bokiem. Nigdy dość walki z absurdalnymi systemami, które niszczą jednostkę. Bo przecież nie chciałabyś/nie chciałbyś być trybikiem w maszynie systemu? Bo przecież życie bez wolnej woli to potworna wegetacja. Pytanie: czy świat taki już nie jest?

Aha, a czy podobieństwo słowa "Metropia" do słowa 'utopia' nie jest uderzające?