"Czytanie jest nałogiem, który może zastąpić wszystkie inne nałogi lub czasami zamiast nich intensywniej pomaga wszystkim żyć, jest wyuzdaniem, nieszczęsną manią."

"Malina" Ingeborg Bachmann

środa, 6 października 2010

"Dom tysiąca nocy" - Maja Wolny


Mówi się, że w życiu nie ma miejsca na sentymenty. Mówi się, że trzeba być twardym. A jednak w życiu każdego człowieka przychodzi taki moment, w którym dokonuje się swoistego rachunku sumienia, rozliczenia z przeszłością i stworzenia planu na dalsze życie. Ta chwila sprawia, że nawet najtwardsze serce zmięknie. Może nawet pojawią się łzy. Nie da się przecież przejść przez życie nie zatrzymując się na chwilę refleksji. Nie da się przejść przez życie z ciężarem, który przygniata barki. Ten ciężar trzeba zrzucić. I iść dalej.

Troje bohaterów książki Mai Wolny „Dom tysiąca nocy” niesie swój ciężar przez życie. Ciężar przeszłości, której nie da się zmienić. Ale jest przecież przyszłość, którą można zaplanować. Tylko jak zaakceptować upływający czas? Jak zaakceptować śmierć, która jest nieodłącznym elementem życia?

Malwina, Carla i Brunon.
Malwina, pięćdziesięcioletnia Polka opuszcza kraj, by odetchnąć, by załagodzić ból po olbrzymiej stracie, jakiej doświadczyła. Rusza do Sorrento, miejscowości położonej nad Zatoką Neapolitańską. Podejmuje pracę u bogatej starszej Włoszki, Carli. Ma się zajmować domem i opieką nad nią.
Carla, zamożna starsza pani, która zatrudnia Malwinę, to osoba samotna. W młodości zaangażowała się w działalność Czerwonych Brygad – lewicowego ugrupowania terrorystycznego; poświęciła im prawie wszystko: opuściła męża, córkę. Jedyną radością jej życia na starość jest jej wnuk Brunon.
Brunon to niedowidzący młody mężczyzna, wkraczający dopiero w dorosłość. Przygotowuje się do rozpoczęcia studiów w Bolonii. Spędza ostatnie lato w Sorrento. Tęskni za swoją matką.

Malwinę, Carlę i Brunona różni prawie wszystko. Ich bagaże doświadczeń są zupełnie inne. Jednakże wszyscy znajdują się w momencie życia, w którym coś się zmienia. Wszyscy mają swoje tajemnice.

„Dom tysiąca nocy” czyta się jednym tchem. Maja Wolny napisała powieść o życiu, które wcale nie jest łatwe. Bez względu na czas, miejsce i okoliczności człowieka dotykają podobne bolączki. Podobny smutek i żal gości w sercu. I podobnież szuka się sił, by dalej żyć. Czasem losy różnych ludzi przeplatają się, by coś odkryć, a czasem, by coś zamknąć na zawsze. Lekturze książki Mai Wolny towarzyszy nieustanna refleksja nad marnością i kruchością życia. Nadzieja, to uczucie znane każdemu. Bez niej trudno żyć. Jak pogodzić sentymenty i nadzieję? Jak pogodzić ból i nadzieję? Maja Wolny pisze właśnie o tym. Są takie chwile, które każdy musi przeżyć, by odnaleźć siebie i sens życia. By się pogodzić z bolesną przeszłością. By się zmierzyć z tym, co przed nami.

„Dom tysiąca nocy” to wyjątkowo łagodna i kojąca książka. Pomimo poruszanych bolesnych tematów. Język i styl powieści przenoszą czytelnika na południe Włoch i pozwalają poczuć atmosferę Sorrento. Opowieść jest pozbawiona dłużyzn i niepotrzebnych ozdobników. Fabuła skonstruowana ciekawie stopniowo odkrywa kolejne karty życia bohaterów. Mimo, że zakończenie mnie trochę rozczarowało, książkę polecam z czystym sumieniem.

Olga Tokarczuk o prozie Mai Wolny powiedziała, że to „wrażliwe pisarstwo wysokiej próby” i ja zgadzam się z tą rekomendacją.

poniedziałek, 4 października 2010

dary, dary losu...


Wybaczcie, ale muszę to napisać. Bo dziś zostałam poczwórnie zaskoczona. W skrzynce pocztowej po powrocie z pracy znalazłam dwie przesyłki i dwa awiza. Moja radość jest poczwórna, bo dziś dostałam dwie książki i dwa audiobooki. Wydawnictwo Znak przysłało mi najnowszą książkę profesora Leszka Kołakowskiego „Herezja”, na którą miałam wielką ochotę. Absolutnie zaskoczyło mnie Wydawnictwo Prószyński i S-ka, które podarowało mi książkę „Dom tysiąca nocy”, której autorką jest Maja Wolny. Dwa audiobooki to wygrane w konkursach. „Mężczyznę, który się uśmiechał” Henninga Mankella wygrałam w Salonie Kulturalnym. A „Limes inferior” Janusza A. Zajdla to nagroda za wypowiedź na forum Allarte. Rozumiecie zatem, że moja radość jest dziś wielka. Cieszę się z wszystkich przesyłek i za wszystkie serdecznie dziękuję. Coś czuję, że muszę przyspieszyć swoje czytanie i szybko podzielić się swoimi wrażeniami z otrzymanych książek. Tych i wielu innych, które czekają cierpliwie na półkach, aż porządnie się zmobilizuję i je przeczytam. Na słuchanie audiobooków również się cieszę, bo nie ukrywam, że sprawia mi to frajdę. Mam podzielną uwagę, więc słuchając mogę wykonywać różne czynności.

Przy okazji serdecznie dziękuję za kartki, które otrzymałam we wrześniu. Moni była w Zakopanem. Chihiro odpoczywała w Grecji, na wyspie Symi. A Margo odbyła kilka wakacyjnych podróży: z Grecji przywiozła mi piękny talerzyk, z Barcelony piękną kartkę z widokiem na kościół Sagrada Familia, a z Paryża coś, czego na zdjęciu nie ma, ponieważ dynda sobie już przy kluczach. Brelok z wieżą Eifla! Śmiałam się z niej, że obowiązkowo musi sobie kupić takie cudo, a ona kupiła je mi! Drogie Panie, Wam również serdecznie dziękuję.

czwartek, 30 września 2010

jesień

Jesień. Zimno. Mokro.

Mimo wszystko ja lubię jesień.


A tak w ogóle, to wygrałam znów w Salonie Kulturalnym audiobooka z kryminałem Henninga Mankella „Mężczyzna, który się uśmiechał”.

Miło mi donieść, że ten audiobook wygrała także osoba mi bliska: Margo. A więc podwójnie się cieszę!

sobota, 18 września 2010

"Neapol, moja miłość" - Penelope Green



Z dużą dozą ostrożności i nieskrywanym sceptycyzmem podeszłam do książki „Neapol, moja miłość” Penelope Green. Obawiałam się sentymentalnej opowieści, lektury naiwnej i lekkiej do przesady. A tymczasem zostałam bardzo mile zaskoczona i sama sobie nie dowierzam, że ta lektura sprawiła mi mnóstwo przyjemności. Tak, tak! Sięgając po tą książkę myślałam sobie, że nie znajdę tu nic pozytywnego i otrzymam to, czego się spodziewam. Jednakże muszę być szczera przede wszystkim przed samą sobą i przyznać się, że naprawdę „Neapol, moja miłość” to całkiem przyjemna książka.

Nie czytałam pierwszej książki Penelope Green - „Rzymskie dolce vita”, znajomość z tą panią rozpoczęłam zupełnie przypadkowo. Co poniektórzy wiedzą, że książkę wygrałam na facebookowej stronie wydawnictwa Prószyński i S-ka. Teraz mam ochotę na tą rzymską opowieść i nie będę ukrywać, że już za książką się rozglądam.

Może właśnie z racji, że nie czytałam wcześniejszej książki Green i nie mam porównania, jestem zadowolona i mogę z czystym sumieniem polecić tą książkę. Traktuję „Neapol, moją miłość”, jako lekturę, którą nie tylko łatwo i przyjemnie się czyta, ale przed wszystkim, jako źródło całej masy wiadomości o Neapolu. Jako, że nigdy wcześniej nie interesowałam się Włochami, ani tym bardziej samym Neapolem, moja wiedza w trakcie lektury poszerzyła się istotnie. Z czego się cieszę!
Powinnam napisać, że właśnie taki sposób opowiadania o mieście, jak zrobiła to ta australijska pisarka, dociera do mnie absolutnie i sprawia, że mam podwójną przyjemność. Po pierwsze: mam przyjemność z obcowania z literaturą piękną. Bo jakby nie było, jest to beletrystyka! Po drugie: mam możliwość dowiedzieć się rzeczy, których wcześniej nie znałam. Nie czytuję przewodników turystycznych, bo nie mam potrzeby. I nie sądzę, bym z jakiegokolwiek przewodnika dowiedziała się tylu interesujących faktów o Neapolu.

A z książki Penelope Green dowiedziałam się naprawdę mnóstwo o samym Neapolu. Fakt, że jest to subiektywna relacja, może i momentami trąci babskim czytadłem, ale w ogólnym rozrachunku książka broni się sama. Bo nie jest to zwykła opowieść o młodej Australijce, która przeprowadza się z rodzimej Australii wpierw do Rzymu, a potem do Neapolu, gdzie wiedzie żywot dziennikarki, która przekroczyła już trzydziestkę, a na widoku nie ma żadnego kandydata na męża. Nie! Ta opowieść jest przeplatana wiedzą, którą ta Australijka zdobywa, by poznać miasto, w którym przyszło jej mieszkać. Ona chce wczuć się w to miasto, poznać jego dobre i złe strony. Poznaje jego historię. Poznaje mieszkańców Neapolu. Poznaje kuchnię i pobudza kubki smakowe czytelnika, nie tylko pizzą. Żyje w mieście opanowanym przez neapolitańską mafię – kamorrę i próbuje poznać historię tejże mafii. Jako dziennikarka interesuje się współczesnymi problemami miasta, np. biedniejszymi dzielnicami, w których do niedawna nie było szkół, czy zanieczyszczeniem miasta śmieciami i problemem wywozu ich z miasta.

Właśnie opisem zwyczajnego życia w Neapolu Penelope Green mnie ujęła. I to w Neapolu zaledwie sprzed kilku lat. W życiu nie sądziłam, że to sławne miasto boryka się z takimi problemami. Że jest jednym z biedniejszych miast Włoch. Że panuje tam taka przestępczość i prawie całe miasto jest w rękach kamorry.

Zawsze po skończonej lekturze zastanawiam się, jak ona na mnie oddziaływuje. Jeśli jestem w błogim zawieszeniu, książka poruszyła moją duszę. Jeśli odczuwam satysfakcję, to książka poszerzyła moją wiedzę. W przypadku książki „Neapol, moja miłość” odczuwam satysfakcję. I to wystarczy, bym lekturę zaliczyła do udanych.

Ale, żeby nie było za słodko, muszę się jednak na coś poskarżyć. Na 18 stronie, a więc na starcie, przeczytałam zdanie, które mnie wprawiło w szyderczy śmiech:

„Na peronie zauważyłam grupę siedzących na betonowym murku Polek ze złotymi zębami”.

No dosłownie mnie zatkało. Przecież te sławne złote zęby są kojarzone z Rosjankami, czy też Ukrainkami! Ale żeby z Polkami!? Znacie jakąś Polkę, która w latach 2004-2007 miałaby złote zęby??? No mój szyderczy śmiech zamienił się gorzkie politowanie. Czy to nieuwaga Pani tłumaczki, czy też sama Penelope Green ma o nas takie mniemanie? Ja protestuję! Ta zniewaga przeprosin wymaga!

Dziękuję za uwagę i zapraszam do lektury „Neapolu, mojej miłości” Penelope Green.

środa, 15 września 2010

Mogę nie jeść, ale nie mogę nie czytać…


Mam puste kieszenie, puste konto bankowe, czasem lodówka też jest pusta. Ale za to mam półki pełne książek! Na regale znalazła swoje miejsce kolejna książka, którą wygrałam na Yesbooku. Cieszę się, a jakże! Tylko zaczynam poważnie zastanawiać się, kiedy ja te moje książki w końcu przeczytam? Zważywszy, że ostatnio czytam wolno i mało!? Ech… No ale, mogę nie jeść, ale nie mogę nie czytać!



A Moni dziękuję za kartkę z Zakopanego! Wybrałabym się w góry, oj wybrałabym się...