"Czytanie jest nałogiem, który może zastąpić wszystkie inne nałogi lub czasami zamiast nich intensywniej pomaga wszystkim żyć, jest wyuzdaniem, nieszczęsną manią."

"Malina" Ingeborg Bachmann

poniedziałek, 12 marca 2012

"Konspiratorzy" - Shan Sa


Nie znam innych książek Shan Sa – Chinki urodzonej w Pekinie, a mieszkającej w Paryżu. Może to i dobrze, bo nie mam porównania, ani żadnego uprzedzenia czy oczekiwania. Moje wrażenia są obiektywne i to mnie cieszy. Mogę z czystym sumieniem napisać, że „Konspiratorzy” to subtelna proza, a ja taką literaturę cenię.

Ciekawy temat – życie szpiegów we współczesnym Paryżu – został rozwinięty niebanalnie, a sportretowane osoby zostały ukazane w dość przejmujący sposób. Zawód szpiega wielkich światowych mocarstw niestety tkwi w mentalności ludzi jako obraz kina hollywoodzkiego. Ten obraz jest mocno wypaczony. Rzadko kiedy – choć nie oznacza to, że w ogóle – ktoś skupia się na psychice tajnego agenta. Chińska pisarka Shan Sa zrobiła to z wyczuciem i nieskrywanym wdziękiem, z dozą dystansu i powściągliwości. Postawiła nie na akcję, lecz na warstwę psychologiczną. Opisała osobowość szpiega, jego rozterki i tęsknoty. I dzięki temu „Konspiratorzy” mają specyficzny nastrój, daleki od sensacji i efekciarstwa. Uczyniła swoimi bohaterami dwoje ludzi, obcych sobie szpiegów, kobietę i mężczyzną, których los postanowił ze sobą połączyć. W pobliżu Ogrodu Luksemburskiego w Paryżu, w starej kamienicy zamieszkują obok siebie najpierw ona, potem on. Nie jest to jednak żaden przypadek.

Czytając książkę Shan Sa dochodzi się do wniosku, że płeć w zawodzie szpiega nie ma znaczenia. Zarówno kobieta-szpieg jak i mężczyzna-szpieg odczuwają te same emocje. Oboje żyją na granicy światów, ukrywają się pod fałszywą tożsamością.

Ciekawie zostały przedstawione sposoby werbowania ludzi. Można się zastanawiać, czy lepiej prowadzić zwyczajne życie, bez żadnych fajerwerków, czy może pełne tajemnic, jednakże bez łatwo przewidywalnej przyszłości. Bohaterzy „Konspiratorów” nie pomagają w rozwianiu tych wątpliwości. Są zagmatwani i uwikłani w życie, wcale nie bajeczne. Samotność przypisana tej profesji jest okrutna. Żaden luksus nie wynagrodzi wewnętrznego rozdarcia i świadomości, że nie ma się prawdziwego domu, nie ma się komu zwierzyć, nie ma komu wypłakać. Przytłacza myśl, że nawet miłość jest wtedy ciężarem.

Ogromnie spodobał mi się nastrój powieści. Niespieszne tempo narracji i prawie nieistniejąca akcja (wyjątkiem są wspomnienia z przeszłości) to elementy charakterystyczne dla tej lektury. Tu więcej się dzieje w warstwie emocjonalnej, niż fabularnej. Przemyślenia Ayamei i Jonathana, wzajemne próby rozpracowania się, gra, jaką toczą między sobą, są tym ciekawsze, im więcej o nich wiemy. Shan Sa zbudowała tu delikatne napięcie, które narasta i kończy książkę, lecz bez wyraźnego punktu kulminacyjnego. Nie kończy „Konspiratorów” żadna refleksja, żadne wyraźne rozstrzygnięcie, przeciwnie zakończenie pozostawia niedosyt, niedopowiedzenie umożliwia dowolną interpretację zakończenia tej historii.

Warte uwagi jest tło historyczne. Książka nawiązuje do wydarzeń z roku 1989, jakie miały miejsce na Placu Tiananmen w Pekinie. Autentyczne wydarzenie posłużyło pisarce do stworzenia ciekawej historii. Tym akcentem historycznym autorka przypomina pewną bolesną, nie tak daleką, przeszłość swojej ojczyzny. Od roku 1989 Chiny się zmieniły, ale czy walczący o reformy i demokratyzację życia publicznego studenci byliby zadowoleni z wyglądu dzisiejszych Chin? Tego pewna nie jestem…

czwartek, 8 marca 2012

"Samosiejki" - Teresa Radziewicz - poezja



Dedykacja mnie zaintrygowała. Niby jaka Hanna pragnie mnie poznać? Nie znam żadnej Hanny, autorka tomiku też ma inne imię. Poczułam się zdezorientowana. Ale nie na długo.

Tomik dostałam od Margo, która dostała go od autorki. Mały zielony tomik poezji o wdzięcznym tytule „Samosiejki”. Uśmiechnięta twarz autorki – Teresy Radziewicz – spogląda z tylnej okładki.



A wewnątrz „Samosiejek” dzieje się historia Hanny. Jest ona bohaterką cyklu wierszy składających się na ten tomik. Przypomina dobrą czarownicę, potrafiącą wróżyć z fusów herbaty i robić cudotwórcze mikstury. Hanna żyje zgodnie z porami roku, zbiera zioła, piecze chleb, pielęgnuje w sobie dziecko. Dziwi się światu, spogląda na księżyc, podziwia przylaszczki. Zajada się czereśniami, ogląda ze swoją babką westerny i filmy wojenne. Hanna żyje chwilą i w chwili znajduje piękno. Jest pokorna wobec upływającego czasu, choć czasem chciałaby stąd odlecieć. Wierszy Teresy Radziewicz nie da się czytać pojedynczo, nawet nie powinno się czytać wybiórczo. „Samosiejki” są kompozycją zamkniętą, każdy wiersz jest tu maleńkim akapitem w dłuższej opowieści o kobiecie i o życiu. W tych prostych obrazach, poezji dalekiej od patosu i powagi, jest głębia, która jest mi bliska. Nie ma tu wyszukanego i kwiecistego stylu. Jest za to baśniowy nastrój, nieco melancholijny ton i wyraźny ładunek pozytywnych emocji. Bynajmniej wiersze nie odnoszą się tylko do szczęścia i podobnych mu stanów. Często pojawia się zaduma nad życiem, losem, światem... Dostrzegłam w tych wierszach fascynację czasem, którego Hanna nie próbuje zatrzymać, poddaje mu się łagodnie i płynie z jego nurtem. Dostrzegłam też tęsknotę za czymś nieznanym, nieopisanym i nienazwanym. Spokojny ton wierszy odzwierciedla spokojny świat Hanny. Ale ten spokój łatwo zburzyć, nieopatrznie zmącić, zasiać ziarno niepewności.


Jeśli wierzyć powszechnemu sądowi, że podmiot liryczny wiersza to alter ego samego autora, to autorka „Samosiejek” musi być niezwykle ciepłą osobą. Bo z wierszy zebranych w tym tomiku bije olbrzymie ciepło, łagodność i wrażliwość.

Zatem poznałam Hannę i jej świat. A może to ona mnie poznała?



„Marzec”

A księżyc wyciągnięty dziś na hamaku. Przymkniesz
oczy – marzyciel! Złota łopatka do cukru, język srebrnego
kameleona, który połyka sny. A w tych snach znów:

łódka na gałęzi jabłoni. To chłopiec, pogwizduje,
jakby nie było nic ważniejszego od tej nocy,

tego powietrza pełnego kryształu.


„Piąstka”

Hanna chce powiedzieć, że wzrusza ją
świat. Kwiaty bzu brązowieją od brzegów,

a staruszkowie wychodzą na słońce: kruche
ondulacje i starannie przyczesane pożyczki.
Próbują jakoś sobie radzić z resztkami życia,

i to też ją wzrusza. Śpiące niemowlę,
doskonałe w zarysie ust, kresce brwi,
stulonej we śnie piąstce. Słowo

piąstka.


„Każda kobieta ma w sobie czarownicę”

Kamili

Nie chciała dłużej tęsknić, obrazy uciskały i kładły się
na codzienności strumieniami bólu. Hanno – słyszała
w głowie głos babki – Hanno, na tę chorobę najlepsze
będą zioła. Siedem ziół zebranych w siódmej godzinie

siódmego dnia siódmego miesiąca. Weź gałązki dziurawca,
ziele bratka trójbarwnego, piołun niosący gorycz i kwiat lipy,
która rozgrzewa krew. Znajdź w cieniu macierzankę, sparz ręce
pokrzywą, dodaj rumianku. Zioła zalej wrzątkiem, wywar pij

siedem dni; w ostatnim zrób porządki. Wyrzuć pęknięty talerz
i wyszczerbiony kubek. Otwórz okna, pozwól przeciągom
zawładnąć twoim domem. I wołaj: idź precz, idź precz!
Pamiętaj, każda kobieta nosi w sobie, czarownicę,

muszą jej słuchać wszystkie tęsknoty świata.


„Hanna postanawia działać”

Skończy z pieczeniem chleba i zachwytem
nad całym tym zielskiem, powietrzem
i światłem. Do końca nie wie, co zrobi

- wyjedzie, podpali dom, rzuci w oczy
garść zaostrzonych słów. Jeszcze wciąż
codziennie wychodzi z pragnień, jeszcze

idzie przed siebie, los rzucając o stronę
świata. Później nie może pozbyć się
tłustego błota, gdy na obcasach zasycha

w grudy – śnieg cofa się w cienie i zostawia
rozkład, śmierć rozciągniętą pomiędzy drogami
i ludźmi, między próbami życia. Zmiano przyjdź,

zaklina Hanna, musisz przyjść, nawet jako
utrata, jako nicość. Zacznij się.

sobota, 3 marca 2012

"Robot" - Adam Wiśniewski-Snerg


Przestrzeń i czas są wartościami doskonale wam znanymi. Możecie przestrzeń i czas zmierzyć, zważyć, objąć, określić, ustalić. Funkcjonujecie w określonej przestrzeni i czasie.
Wyobraźcie sobie taką sytuację. Przestrzeń i czas nie podlegają znanym wam prawom fizyki. Świat wypełnia powietrze przypominające gęstą rtęć. Każdy krok wymaga olbrzymiego wysiłku. Poruszanie się przypomina chodzenie w wodzie. Przyciąganie ziemskie straciło na sile. Można pływać w powietrzu, unosić się jak w kabinie próżniowej. Czas natomiast jest rozciągnięty i spowolniony. To, co zwykle zajmuje wam kilkanaście sekund, zostaje rozciągnięte na kilkanaście godzin. Kilka kroków z pokoju do łazienki może trwać niewyobrażalnie długo. To tak, jakby ktoś puszczał film w niesamowicie zwolnionym tempie.
Wyobraźcie sobie jeszcze coś. Na Ziemi dochodzi do potężnej katastrofy, np. nuklearnej. Ludzie zmuszeni są ukryć się w schronie głęboko pod ziemią. Ten schron zostaje jakąś tajemniczą siłą wyrwany z Ziemi i wyrzucony w przestrzeń kosmiczną. Pędzi z olbrzymią prędkością w nieznanym kierunku, ale ludzie, którym udało się schronić w nim przed ziemskim kataklizmem, nie zdają sobie sprawy z faktycznego stanu rzeczy. Nie wiedzą, że schron został wydarty z Ziemi, tkwią w nieświadomości i próbują wydostać się ze schronu na powierzchnię Ziemi. Hardcore, prawda? Niezłe science fiction!

Ja jestem w tym schronie. Nie wiem skąd się tam wzięłam. Nie wiem, dlaczego Mechanizm mnie tam umieścił. Nie wiem kim jestem? Robotem BER-66, czy prawdziwym człowiekiem. Próbuję dojść prawdy o świecie, w którym się znalazłam. Wiem, że przez lustro w pokoju posągów można się przedostać do innego wymiaru. Do świata, który zarejestrował się, jak obraz na kliszy zdjęciowej, i trwa w uwiecznionej chwili kilku minut przed katastrofą. Ten świat w rzeczywistości 9 miesięcy temu miał ulec zniszczeniu. Jakimś sposobem można wejść w przeszłość. Tyle, że w tej określonej chwili przeszłości czas biegnie inaczej. To tam poruszanie się bez butli tlenowej jest niemożliwe, a każdy ruch to przedzieranie się przez gęste masy powietrza. To tam dostrzegam człowieka, którego twarz wydaje mi się znajoma, to moja twarz! A więc żyłam i 9 miesięcy temu, na kilka minut przed katastrofą jechałam gdzieś autem! A teraz? Kim jestem? Co robię w schronie? Czego chce ode mnie Mechanizm i po co dał mi nową tożsamość? Błądzę próbując rozwiązać zagadkę czasu i własnej tożsamości.

Na chwilę zamieniłam się w bohatera „Robota” Adama Wiśniewskiego-Snerga. Wczułam się w postać, która wywarła na mnie piorunujące wrażenie. Uznałam, że tylko tak mogę powiedzieć o świecie stworzonym przez Snerga w „Robocie”. A jest to świat przedziwny i niepokojący.

„Robot” to trudna lektura, wielowarstwowa i skomplikowana. Wymagająca od czytelnika nie lada wysiłku umysłowego! Przyznam szczerze, że przez jakieś pierwsze 100 stron byłam zawiedziona, momentami fabuła była na tyle zamotana, że czułam zamęt w głowie. Zastanawiałam się poważnie nad przerwaniem lektury. Na swoje szczęście nie zrobiłam tego. Bo w pewnym momencie akcja nabrała tempa i fabuła zaczęła się rozjaśniać, stała się klarowna i intrygująca. Nic to, że absolutnie nie rozumiałam fizycznych dywagacji na temat przyśpieszenia ziemskiego, stosunku gęstości masy do prędkości światła, itp. Pojmuję tylko podstawowe zasady fizyki, nie wnikam w nie jednak, mój mózg nie przyswaja teorii naukowych. Nawet łopatologiczne wyjaśnianie prawideł fizyki wywołuje we mnie tępy wyraz twarzy. Nic to! Ważniejsze i ciekawsze okazały się wartości literackie, warstwa filozoficzna i ponadczasowe refleksje, jakie towarzyszą lekturze. Zawód, jaki odczuwałam na początku, zamienił się w nieskrywany zachwyt i ciekawość, pragnienie poznania tajemnicy. Nagle dostrzegłam majstersztyk „Robota”, jego genialność i piękno.

Przestrzeń i czas zyskują u Snerga pozycję wyjątkową. Ale ważniejszą rolę w jego świecie odgrywa człowiek próbujący swym małym rozumem ogarnąć prawdę o sensie życia. Ciekawe jest to, że według Snerga umysł, jako istota samodzielna, wyższa, może istnieć poza czasem, czas nie ma na niego wpływu. Ten nieśmiertelny umysł przypomina duszę istniejącą w wielu religiach. Ale w świecie Snerga nie ma żadnego boga, jest natomiast Mechanizm. Mechanizm jest bytem, którego nie można określić. Jako wszechmocny twór kieruje losami ludzi, ingerując w ich życia. Tylko co to za życie?!

Snerg stworzył teorię względności życia, zwaną w skrócie teorią Nadistot. „Robot” doskonale ją ilustruje. Nie chodzi tu o jakieś nadprzyrodzone moce, tylko istnienie następujących po sobie, wyższych inteligencji, zależnych od siebie, ale kompletnie nie zdających sobie sprawy z istnienia kogoś wyżej. Najłatwiej sobie to wyobrazić w postaci łańcucha pokarmowego, choć jest to niezbyt dokładne porównanie. My ludzie jesteśmy wyższą formą istnienia dla zwierząt, zwierzęta dla roślin, itd. Nad nami, okazuje się, jest również jakaś Nadistota, ale my jej nie potrafimy dostrzec, jesteśmy natomiast dla niej również swego rodzaju pokarmem. Tyle, że nie chodzi o materię, ale umysł. To nasz umysł, którego nie są w stanie dostrzec zwierzęta, jest pokarmem Nadistot. Czyż nie jest to intrygujące?

Autor „Robota” zachwyca swoją wyobraźnią. Stworzył misternie skonstruowaną fabułę, pełną nieprzewidywalnych zwrotów fantastycznych akcji. W jego fantastyce można się zatracić, bowiem dostajemy tu coś więcej, niż tylko rozrywkę. Pełno tu pytań o sens życia i kondycję człowieka we wszechświecie. Ale te pytania i refleksje nie są stawiane wprost, nie rażą płycizną i naiwnością. Powoli snują się w umyśle czytelnika i narastają w miarę lektury. Idąc tropem teorii Nadistot można się załamać, jesteśmy pożerani, ale nawet o tym nie wiemy. To smutne, ale niestety wydaje mi się dalece prawdziwe. W tym przedziwnym łańcuchu istnień nie ma końca. Jest tylko pętla trwania. Nie istnieje żaden Bóg, wszak zawsze jest ktoś wyżej. Człowiek nigdy nie osiągnie ostatecznego poziomu rozwoju, jest to niemożliwe.

Bohater „Robota”, będący jak zwykle u Snerga jednocześnie narratorem opowieści, wzbudził we mnie nie sympatię, lecz pewnego rodzaju współczucie pomieszane z solidarnością. Jego przemyślenia, wątpliwości i bunt dotknęły mnie do żywego. Mogę się przyznać do prawdziwej fascynacji tą książką. Wymyka się ona sztywnym zasadom fantastyki, tworząc wokół siebie aurę niezwykłości. Nie jestem w stanie oddać tego stanu emocji, który towarzyszył mi w trakcie lektury. Owszem, dostrzegam podobieństwa do „Matrixa”, ale raczej powinnam napisać, że z pewnością również „Robot” Adama Wiśniewskiego-Snegra był inspiracją dla rodzeństwa Wachowskich. Świat, w którym maszyny zastępują ludzi i czerpią z nich energię do istnienia, to wcale nie wymysł Wachowskich. Szkoda, że nigdy nie wyjaśniono do końca tej sprawy z prawdopodobnym plagiatem, tudzież przyznaniem się do inspiracji.

Nie mogę się otrząsnąć, tak bardzo „Robot” zadomowił się w moim umyśle. Nigdy nie wątpiłam w kruchość i znikomość ludzkiego życia. Uczucie pozorności życia towarzyszy mi od dawna. Jestem jak bohater „Robota”, błądzę w przestrzeni życia, próbując rozwiązać zagadkę własnego bytu.



„A przecież, skoro człowiek nie jest we wszechświecie czymś absolutnie wyjątkowym (jak istniejący poza wszelkimi prawami natury, doskonały sam w sobie – Bóg Wszechmogący u teologów, pierwsza przyczyna i cel ostateczny, razem z wyssanym z palca systemem naiwnych wartości, więc razem z nagrodą nieba i karą piekła w zamian za hołd oddawany dogmatom), skoro człowiek nie jest we wszechświecie czymś absolutnie wyjątkowym, powtarzam – na co uroczyste przysięgi znajdujemy w każdej uczonej księdze Materializmu – to według najbardziej elementarnych reguł logicznych musimy – rzecz prosta – dojść do wniosku, że ktoś (?) go (człowieka) w długim ciągu nierównych bytów pod jakimś (?) rzeczywistym (a nie pszenicznym lub kurzym) względem przewyższa. Dodajmy również, że – przy braku górnej granicy tego ciągu, który nie może być skończony w wielowymiarowym wszechświecie – ktoś go w nim znacznie przewyższa.”


niedziela, 19 lutego 2012

"Barcelona. Miasto, ludzie, książka, film" - Marek Pernal

Nigdy mnie nie ciągnęło do zwiedzania wielkich stolic europejskich. Nie lubię tłumów na ulicach, nie lubię hałasu wielkomiejskiego, gubię się w tym tłumie i czuję strach przed tym wielkim wspaniałym światem. Przeraża mnie galopada, zaliczanie kolejnych zabytków, muzeów, parków, placów, pomników… Zdecydowanie bardziej pociągają mnie kraje północy, niż południa. Ale nie podróżuję. Powodów jest wiele. Nie mam zresztą okazji do podróżowania. Urodziłam się w złym miejscu, w złym czasie, w złych okolicznościach przyrody…

Moje zainteresowania wielkim wspaniałym światem ograniczają się do podróży literackich i internetowych. Lubię przeglądać albumy i przewodniki turystyczne. Lubię przyglądać się fotografiom i podczytywać ciekawe opisy i anegdoty. Lubię, kiedy album lub przewodnik pokazuje mi oprócz absolutnych „trzeba zobaczyć”, mniej znane strony świata.
„Spacerownik historyczny. Barcelona. Miasto, ludzie, książka, film” Marka Pernala przeglądałam i podczytywałam od kilku tygodni. Autor przygotował bogato ilustrowany przewodnik po stolicy Katalonii, który uważam za świetne wydawnictwo. Pokazuje ono Barcelonę od tej wielce znanej, ale i tej mało znanej strony. Fajną i trafioną rzeczą było ze strony autora zamieszczenie odnośników literackich i filmowych. Okazuje się, że całkiem sporo książek mówi o Barcelonie.Marek Pernal był konsulem generalnym RP w Barcelonie, ale jego przewodnik wcale nie ma charakteru osobistego. Wręcz przeciwnie, to wydawnictwo wszechstronne, bogate w wiedzę historyczną, architektoniczną i kulturową. Autor zaproponował w nim 18 tras turystycznych, które obfitują w tysiące zabytków i miejsc niezwykle urokliwych. Można się przejść osławioną Ramblą, można zwiedzać Dzielnicę Gotycką, Stary Port, nadmorskie plaże. Autor oczywiście poświęca też uwagę kościołowi Sagrada Familia i Parkowi Güell – chyba najbardziej kojarzonym zabytkom Barcelony. Moją uwagę przykuła trasa wiodąca na Tibidabo – wzniesienie widoczne z niemal każdego punktu miasta, oraz wycieczka na Masyw Montserrat. Również cmentarz Cementiri del Sud-Oest wydał mi się ciekawą alternatywą turystyczną dla takich osób jak ja, stroniących od zgiełku zabytków koniecznych do zobaczenia. Jeden z rozdziałów w przewodniku został poświęcony Camp Nou, ale piłka nożna mnie kompletnie nie interesuje, więc nie podzielam zachwytu nad tym stadionem, tak jak nie podzielam zachwytu nad jakimkolwiek meczem jakichkolwiek gwiazd. (W ogóle nie pojmuję, po jakiego czorta 20 facetów lata po boisku i próbuje trafić w piłkę, a 2 kołków stoi w bramkach, do których podczas 90 minut bardzo rzadko trafiają piłki? No, czym tu się zachwycać?)

Owszem, Barcelona musi być pięknym miastem. Już sam fakt, że to miasto, gdzie gotyk i modernizm królują, pobudza moją wyobraźnię. Ale, gdybym miała możliwość i wybór, uciekłabym w odludne i chłodniejsze miejsca…

Autor sugeruje, zresztą chyba słusznie, aby każdy wybierający się do Barcelony, wziął ze sobą dobrą lornetkę i aparat z solidnym zoomem. Tylko wtedy można dostrzec miliony szczególików, niewidocznych z daleka. Zwiedzanie wszystkich tras wymaga sporej ilości czasu. Pewnie, gdybym miała taką możliwość, każdą z tras przemierzyłabym po kilka razy. Wątpię, aby za jednym razem udało się dostrzec to wszystko, czym Barcelona może zachwycić. Nasuwa mi się na myśl słowo: przepych. Tak, Barcelona to miasto przepychu, ale nie większego zapewne, niż przepych Paryża, Wiednia czy Rzymu. W Barcelonie ślady historii dostrzegalne są niemal w każdym zakątku. Myślę, że aby zwiedzić i poznać to miasto, nie wystarczy kilku czy kilkunastodniowa wycieczka. Autor spędził w Barcelonie 4 lata, a i tak wydaje mu się, że całej Barcelony jednak nie poznał.

Z czym mi się kojarzy Barcelona? Z Joan’em Miro i jego surrealistycznymi działami. Z fantastycznym wykonaniem przez Freddie’go Mercury i Montserrat Caballé utworu „Barcelona” z okazji Letnich Igrzysk Olimpijskich w 1992 r. Kojarzy mi się również z filmem Woody’ego Allena „Vicky Cristina Barcelona”. Czas chyba sięgnąć po literaturę, choć akurat niejaki Carlos Ruiz Zafon w ogóle mnie nie pociąga, ale Ildefonso Falcones już bardziej.






wtorek, 14 lutego 2012

"Oro" - Adam Wiśniewski-Snerg

Wpadłam, jak przysłowiowa śliwka w kompot. Pokochałam Snerga. Dawno już nie czułam podobnych emocji sięgając po kolejną książkę ulubionego autora. Ale mam także powód do rozpaczy. Bowiem Snerg nie pozostawił po sobie zbyt dużego dorobku. 5 tytułów wydanych za życia:
- „Robot” (1973),
- „Według łotra” (1978),
- „Nagi cel” (1980),
- „Arka(1989),
- „Jednolita teoria czasoprzestrzeni”(1990),

3 książki wydane pośmiertnie:
- „Oro” (1998),
- „Trzecia cywilizacja” (1998),
- „Anioł przemocy i inne opowiadania” (2001).

Przede mną wciąż podobno najlepsze jego dzieło „Robot”. Książka czeka na półce i kusi mnie niewyobrażalnie. Mam komplet 5 tomów wydanych kilka lat temu w wydawnictwie słowo/obraz terytoria z niezwykłymi obrazami Zdzisława Beksińskiego na okładkach oraz opowiadania wydane przez wydawnictwo INFO-ART.

Zapoznałam się na stronie poświęconej twórczości Snerga z jego oryginalnymi teoriami, które mogą budzić zdumienie, ale i podziw; przez naukowców nie były one jednak traktowane poważnie, miało to z pewnością wpływ na psychikę autora.

Znajduję w jego twórczości tematy, które są mi bliskie. Wyalienowanie, postrzeganie życia i świata przez pryzmat samotności i niemoc człowieka wobec reguł rządzących wszechświatem – te treści wpisują się w sferę, której często sama dotykam. Zauważam, że Snerg lubił analizować prawa życia pod kątem filozofii, religii, socjologii, psychologii. Nie stronił od przekazywania własnych teorii na kartach swoich powieści, często fabuła była pretekstem do zajmowania się poważniejszym problemem. Pod względem wartości literackich, stylu i poziomu jego twórczość jest różnorodna. Krytycy wskazują na jego słabsze książki, ale mnie to nie zraża. Chłonę jego dzieła intensywnie i czuję się w świecie przez niego stworzonym komfortowo.

Podobno dwie wydane pośmiertnie powieści – „Oro” i „Trzecia cywilizacja”, odstają poziomem od wydanych za życia. Podobno nawet kwestionuje się ich autorstwo, przekonując, że tak słabe książki nie mogły wyjść spod pióra tak genialnego i precyzyjnego umysłu. Ta kwestia pozostanie chyba nierozstrzygnięta.

Ja właśnie przeczytałam „Oro” i, o dziwo, nie czuję zawodu, nie jestem rozczarowana, w trakcie lektury czułam podniecenie i lektura sprawiła mi sporo przyjemności. Choć muszę być szczera, zauważyłam pewne niekonsekwencje i brak jasności, ale na prawdę nie wpłynęło to na odbiór całkowity.

„Oro” to opowieść o cywilizacji, ale nie zapomnianej, czy zaginionej. Ta cywilizacja została z premedytacją ukryta przed najeźdźcami z kosmosu i była swoistym ogniwem pozwalającym przetrwać gatunkowi ludzkiemu. Przez kogo została ukryta i gdzie?

„Wszechświat to nieskończona przestrzeń i nieskończony czas. Logiczną konsekwencją tego było powstanie istot rozumnych i ich cywilizacji. Nigdy nie byłem w stanie zrozumieć, dlaczego te cywilizacje tak bardzo się nienawidziły. Nienawiść jest uczuciem czysto ludzkim, obcym dla androidów. To prawda, że różnili się anatomicznie, ale czy jest to dostateczny powód do nienawiści? Nie wiem. Im nie chodziło o przestrzeń życiową, w kosmosie jest dużo miejsca dla wszystkich. Chcieli się totalnie zniszczyć. (...)

Gdy obie strony były już bliskie totalnej zagłady, Surji – nasz wódz – zdecydował, aby w układach na krańcach galaktyki, najmniej narażonych na zagładę, wybudować przetrwalniki. Na Ziemi, a raczej w Ziemi, wybudowano ich sześć. Oro jest jednym z nich. Pełnią rolę jaja-ziarna. Surji powiedział: „Ocalmy rozum i intelekt. Ocalmy gatunek ludzki. Niech trwają w przetrwalnikach. Kiedyś, gdy przyjdzie czas, zapłodnią wszechświat”.”

„Oro jest przetrwalnikiem trzeciej kategorii, typu XHE-87, przeznaczonym dla ssaków naczelnych. Jest to kula, umieszczona dwadzieścia pięć regów pod powierzchnią planety, o średnicy stu dwudziestu tysięcy matów, chroniona tetronowym pancerzem, chłodzonym płynnym helem. Przetrwalnik jest całkowicie izolowany od środowiska planety. Obieg materii w obwodzie zamkniętym, z wyjątkiem energii, pobieranej termicznie z otaczającej przetrwalnik warstwy planety.
Podział wewnętrzny: cztery poziomy wegetatywne. Trzy z nich są przeznaczone na osiedlenie, uprawy roślinne i hodowlę, czwarty – przetwórczo-regeneracyjny.
Wszystkie poziomy są połączone systemem wind komunikacyjnych i wyposażone w system wideo typu KAMT, tworzących sztuczne niebo i horyzont.”

Oto Oro! Czyż nie intrygujące?

Do Oro trafiamy razem z Otomi – czterdziestym wcieleniem Pierwszego Bytu. Otomi to wysłannicy Alfy pojawiający się w Oro raz na 500 lat w celu weryfikacji wiedzy o przetrwalniku. Łatwo obliczyć wiek Oro.

Taki jest świat stworzony w „Oro” przez Snerga. Przypominający tajemnicze cywilizacje starożytne, z ustalonym porządkiem społecznym, jednym władcą, podziałem na klasy, systemem przypominającymi monarchię feudalną. Snerg dokonał tu świetnej analizy poszczególnych warstw społecznych i zależności pomiędzy nimi. Rozprawił się z mechanizmami rządzenia i władzy. Wszelkie skojarzenia wydają się przypadkowe, choć niektórzy znawcy twórczości Snerga nie wykluczają zamierzonych analogii do współczesnej historii.

Ja jednak skupiłam się na innych zaletach powieści. Z jednej strony „Oro” jest całkiem dobrą powieścią łączącą cechy powieści fantastycznej i przygodowej. Powieść czyta się znakomicie, fabuła wciąga, choć akcja momentami jest łatwa do przewidzenia. Misja Otomi przypomina mi nieco wędrówkę po czterech kręgach swoistego piekła, jest pełna typowych chwytów dla powieści przygodowej, z walecznym bohaterem na czele i licznymi (niepotrzebnymi) scenami erotycznymi. Cała opowieść to typowa historia z morałem, i to, co bardziej wymagający czytelnicy, nazwą naiwnością. Z drugiej jednak strony Snerg stworzył w „Oro” ciekawe studium rozpadu społeczeństwa i katastrofalnych w skutkach dążeń ludzi, którym nie wystarcza istniejący świat. Skierował również uwagę na teorie przypominające teorie Ericha von Dänikena, mówiące o kosmicznym pochodzeniu ludzkiej cywilizacji.

Obraz Beksińskiego na okładce książki podkreśla prawdę, którą przekazuje nam Snerg. Życie ludzkie jest wąską ścieżką pomiędzy nieosiągalnymi dla naszego wzroku mocami, od których zależymy. To one nas prowadzą, to one kierują nasze myśli ku sobie, ale to one również są w stanie nas zgładzić. Tu powinnam przybliżyć teorię nadistot, ale zamiast tego spróbuję was zaintrygować. Bo mnie zaintrygował Snerg i jego wyobraźnia.


piątek, 10 lutego 2012

"Arka" - Adam Wiśniewski-Snerg


Obraz Zdzisława Beksińskiego, który zdobi okładkę „Arki” Adama Wiśniewskiego-Snerga może zastanowić niejednego. Widzimy mroczne fale oceanu, który wypełnia niemal całą powierzchnię obrazu. Centralnym i jedynym punktem burzącym ten układ jest mały kształt, niby to stateczek, niby trumienka, która jakimś cudem unosi się na powierzchni budzącego grozę oceanu. Potężny ocean i maleńki stateczek to nie jedyny kontrast. Widoczne jaśniejsze kolory wody są przeciwwagą dla niemalże czarnego horyzontu (nieba) i ciemnej toni u dołu obrazu. Wielki i tajemniczy ocean oraz mizerny stateczek to symbole niezmierzonego wszechświata i człowieka, który, jak ten statek, płynie samotnie przez życie, jest sam sobie przysłowiowym sterem i żaglem. Jeśli połączymy tytuł powieści Snerga z obrazem Beksińskiego nasuwa nam się inne skojarzenie. Nie trudno się domyślić biblijnych konotacji. Na ile one są słuszne? Na tyle, na ile pozwala nam na to nasza wyobraźnia i wymowna treść „Arki”. Ale to można stwierdzić dopiero po lekturze.

Obraz Beksińskiego budzi lęk swą symboliką i sugestywnym przekazem. Pokazuje olbrzymi dystans, jaki dzieli człowieka od reszty świata. Pokazuje samotność jednostki. Nie pozostawia złudzeń, człowiek nie ma szans, jest skazany na dryfowanie, aczkolwiek pozostaje mu nadzieja (jaśniejsze barwy), że może gdzieś w przestworzach oceanu życia jest drugi człowiek. To bardzo smutne. Właśnie tak odczytuję obraz Beksińskiego.

Identycznie odczytuję „Arkę” Adama Wiśniewskiego-Snerga. (Tu ponownie chylę czoła przed wydawnictwem słowo/obraz terytoria za tak trafne zestawienie obrazu Beksińskiego z powieścią Snerga.) Nie jest to lektura łatwa. Zaskakuje, a nawet budzi totalną konsternację zawieszeniem fabuły i skupieniem się na teoriach naukowych, które momentami zdają się nie mieć sensu i końca.

Sama fabuła „Arki” jest prosta i nieskomplikowana. Oto płynący Tomahawkiem Patryk Tenevis dowiaduje się, że niebawem ich statek ma minąć wrak Arki – statku należącego niegdyś do jego rodziców, a obecnie niszczejącego gdzieś pośród oceanu. Patryk za wszelką cenę chce się dostać na Arkę, która przez wiele lat była też jego domem. Dzięki pewnym zbiegom okoliczności trafia na Arkę. Jakże wielkie jest jego zdziwienie, kiedy odkrywa, że zrujnowany statek stał się… „domem wariatów”. Dowodzący biblijną arką Noe miał uratować od zagłady siebie, rodzinę i zwierzęta. Patrykowi natomiast przyszło zmierzyć się z innym żywiołem. Aktualni „mieszkańcy” statku będą przekonywać Patryka, że to on postradał zmysły. W tej sytuacji niezwykle trudno będzie mu odzyskać władzę na swojej własności i odprowadzić Arkę do najbliższego portu. Ot i cała nieskomplikowana fabuła.

Skomplikowane są natomiast teorie naukowe, których Snerg namnożył w książce! Bazując na absurdalności zachowań przebywających na Arce ludzi, zbudował Snerg np. własne teorie dotyczące neuroz i psychoz, które wprowadzają w osłupienie. Przyznam, że chwilami, mimo szczerej chęci zrozumienia, poddawałam się i czytałam powieść dalej, nie bacząc na te … dyrdymały. Czułam się nimi przytłoczona. Zrozumiałam jednak piękną aluzję autora na temat pojęcia normalności. Nie będę się spierać ze Snergiem i przyznam mu rację, normalność to pojęcie względne, zależne od różnych okoliczności. Ustalanie norm jest zajęciem wadliwym i krzywdzącym, a klasyfikowanie świata według tychże przyjętych norm nie powinno mieć miejsca. Nie można mówić, że coś jest normalne, a coś innego nie. Wystarczy znaleźć się w odwrotnej sytuacji, po drugiej stronie lustra, a wszelkie wyznaczniki normy zyskują inny wymiar. Funkcjonowanie w tak zwanym normalnym świecie zostaje natychmiast zakłócone, jeśli się okazuje, że wszyscy nagle postrzegają ten świat inaczej niż my. Wtedy to my jesteśmy „nienormalni”. Dlatego powtórzę: normalność to pojęcie względne.

Snerg w „Arce” analizuje tą normalność w kontekście psychiki człowieka. Na ile jest ona w stanie wytrzymać pojawienie się karykaturalnego świata. Jak bardzo jest wtedy widoczna i przerażająca samotność jednostki. Wydaje się, że wpadnięcie w obłęd to tylko kwestia czasu. Snerg w swych analizach posuwa się dalej, drążąc temat istnienia we wszechświecie innych istot rozumnych.

„Już w zamierzchłych czasach, zanim przyszła moda na upiory, fantazjowano o ludziach na innych planetach. Najpierw były tylko te naiwne wizje. Powstawały w odpowiedzi na podświadome zapotrzebowanie. Czego to dowodzi? Wskazuje na ogrom naszej samotności! Bo ona rośnie w miarę, jak rozszerzają się granice ludzkiego poznania. Zwiększamy wciąż pole widzenia. Ale czym jest to nieustanne wpatrywanie się w przestrzeń, sięgające coraz dalej, już na odległość miliardów lat świetlnych, czym ono jest, jeśli nie ma nic wspólnego z poszukiwaniem drugiego człowieka? Psychicznej próżni nie wypełni nieprzeliczona liczba globów, odkrywanych po drodze, choćby obfitowały w pokłady jadalnej materii, które w trawiennej ekstazie moglibyśmy przepuścić przez swe przewody pokarmowe, przy życiu bowiem nie utrzymuje nas możliwość jeszcze sprawniejszej przemiany materii, lecz rozpalona myśl, że we wszechświecie nie jesteśmy sami, przeciwne zaś przypuszczenie napawa nas przerażeniem, jak rozbitka na bezludnej wyspie.”

Do jakich smutnych wniosków dochodzi Adam Wiśniewski-Snerg! Przecież mówiąc o wszechświecie, mówi o człowieku poszukującym wciąż drugiego człowieka. Mówi o samotności, o niezrozumieniu, o pogoni za cieniem, który wciąż znika.

„Więc skąd się bierze to szalone przekonanie, że każdy cel jest „tam” – daleko, i on jedynie ma jakieś znaczenie, a droga do niego, cała odległość pokonana w pełni sił i podczas jasnego dnia, zatem wśród krajobrazów zmieniających się w barwnej przestrzeni otaczającej pociąg – to przykra strata czasu, zaś ów ostateczny cel, często spoczynek w raju bliższym śmierci niż życia, po męce nocnej podróży osiągnięty resztkami sił, które nie pozwalają cieszyć się sukcesem – to ma być zysk?”

„Arka” jest cholernie przygnębiającą powieścią. W swoich filozoficznych wywodach Snerg dotyka delikatnych i czasem niewygodnych tematów. Jako, że jest to moje trzecie spotkanie z nim, mogę spokojnie stwierdzić, że jego obsesja w każdej powieści ma inny wymiar. Ale każda powieść jest wariacją na ten sam temat! Czytając oddzielnie jego dzieła nie dostrzega się tej obsesji, bowiem każdy tytuł to odrębna powieść. Dlatego tak istotne jest czytanie Snerga „hurtem”. Wtedy czytelne staje się to, co go prześladowało i co wpłynęło na jego decyzję pożegnania się ze światem. Tą obsesją jest człowiek skazany na samotność, na pojedyncze istnienie, na dryfowanie w bezmiarze wszechświata!

środa, 1 lutego 2012

"Nagi cel" - Adam Wiśniewski-Snerg

Wyobraź sobie, że lecisz samolotem. Obok ciebie siedzi młody mężczyzna, który nagle w rozmowie z tobą mówi, że umrze tu za kilka minut. Jakbyś się zachował? Co byś pomyślał? Sądzę, że ja przestraszyłabym się, mogłabym nawet wpaść w lekką panikę. Pomyślałabym, że mam do czynienia z osobą chorą, albo może z terrorystą-samobójcą. Na pewno nie chciałabym znaleźć się w takiej sytuacji. Strach to coś, czego nie lubię. Jeśli mam zginąć, to szybko, nie będąc przygotowaną na to.

Do tej refleksji skłonił mnie Adam Wiśniewski-Snerg. Zamknęłam jego książkę „Nagi cel”, położyłam przed siebie i przyglądałam się okładce. Seria książek Snerga wydana kilka lat temu przez wydawnictwo Słowo/obraz terytoria wzbudza zachwyt takich osób jak ja. Obrazy Zdzisława Beksińskiego idealnie komponują się z treścią książki. Zastanawia mnie czy obaj panowie znali się, czy Beksiński czytał Snerga, czy Snerg znał obrazy Beksińskiego. Dostrzegam w ich twórczości elementy wspólne, zamiłowanie do podobnej estetyki, identyczne spojrzenie na naturę człowieka. Zarówno w obrazach Beksińskiego jaki i książkach Snerga znajduję swoje własne lęki, pragnienia, emocje, których nie daję rady utrzymać na wodzy. Dlatego tak dobrze czuję się mogąc karmić swoją wyobraźnię ich wizjami.

Antoni Suchary bohater „Nagiego celu” opowiada o tym, co go spotkało. Relacjonuje swoją historię, próbuje wniknąć w świat, który nagle go wchłonął. Sam Snerg powiedział, że wszystkie jego książki „dotyczą losów tej samej istoty ludzkiej, zakładającej różne maski”. Coś w tym jest. Powieść pisana w pierwszej osobie liczby pojedynczej wydaje się autentyczniejsza, bardziej osobista, bardziej intymna. Ten sam bohater w wielu książkach, przybierający różne maski, staje się kimś bliskim, kimś, kogo dobrze znamy.

W „Nagim celu” Suchary opowiada o tajemnicy Dachu Świata, którą poznał dzięki temu, że obok niego w samolocie usiadł pewien niezwykły mężczyzna. Ten mężczyzna jednym strzałem na wysokości 12 100 metrów sprawił, że Antoni Suchary dowiedział się, „czym w swej istocie jest śmierć” i przeniósł go w XCVI wiek.

„Podróż w czasie? – powtórzył Nuzan. – Nie! Chyba tylko w takim sensie, w jakim dwudziestowieczny widz kinowy przenosi się w czasie, gdy po wyświetleniu filmu o wojnie trojańskiej dostrzega biały ekran w miejscu, gdzie pływały okręty starożytnych Greków, wokół siebie zaś widzi ludzi powstających z foteli – słowem, kiedy w jednej chwili powraca do swojej epoki. Samolot, którym lecieliśmy, należał do roku 1978. Po moim samobójstwie (i po zabójstwie – jeśli o ciebie chodzi) otoczyły nas realia 9591 roku. Już raz ci mówiłem, że wszystkie lądy i morza zabudowane są zwartymi konstrukcjami. Ten jednolity gmach rozciąga się wokoło całej kuli ziemskiej i wznosi aż do wysokości dwunastu kilometrów, gdzie go pokrywa gładka sfera Dachu Świata. Jego powierzchnia jest jednym wielkim kinoplanem – to znaczy placem widowiskowym, na którym stłoczone w głębi gmachu miliardy mieszkańców naszego globu mogą niekiedy przeżywać różne rzeczywiste historie. Ukryty pod pancerzem mechanizm fabryki snów na jawie materializuje tutaj większość fabularnych stereonów. Przestrzeń tuż ponad Dachem Świata wypełniają prostopadłościenne bloki o wysokości pięćdziesięciu metrów. Mają one w podstawie długość dwunastu i szerokość stu metrów. Są niewidzialne dla ludzi przechodzących korytarzami. Jeden trójwymiarowy ekran zajmuje całe wnętrze prostopadłościanu, lecz takich ekranów w każdym bloku jest dziewięćdziesiąt, dlatego muszą one przenikać się wzajemnie. Akcja oglądanego przez nas stereonu – wskazał przestrzeń dookoła siebie – toczy się w roku 1957. Taką datę odczytałem na tablicy informacyjnej, kiedy zajmowaliśmy stanowisko wyjściowe siedemdziesiątego ósmego ekranu. (...)”

Fabuła „Nagiego celu” jest dość skomplikowana. Niby Suchary znajduje się na dobrze znanej włoskiej wyspie Capri, niby chodzi po miasteczku Sorrento, niby odwiedza pobliski Neapol, a jednak w rzeczywistości stworzonej przez Snerga nic nie jest proste, ani zwyczajne. Snerg znów przekonuje czytelnika o iluzji świata, w którym żyjemy. Mówi wprost, że projekcja, w której bierzemy udział, jest subiektywną wizją świata, niekoniecznie znajomą dla przechodzącego obok nas drugiego człowieka. Koncepcja filmu wyświetlanego dla poszczególnego widza, olbrzymia wiarygodność i wręcz trójwymiarowość planu filmowego powodują, że człowiek jest przekonany o autentyczności życia. Snerg próbuje nas przekonać, że to wszystko, co widzimy dookoła siebie, jest złudne. Że bierzemy udział w zaplanowanej i kontrolowanej adaptacji życia. W świecie stworzonym przez Snerga kompozycja życia przypomina zdjęcia filmowe. Niezwykła rzeczywistość otoczenia jest zbiorem obrazów, do którego należą przenikające się wzajemnie wizje różnych filmów.

Bohater „Nagiego celu” ma za zadanie odnaleźć dwie młode terrorystki i dowiedzieć się, w jakim włoskim mieście ma wybuchnąć bomba jądrowa. Zapewniam, że to zadanie wcale nie jest łatwe, biorąc pod uwagę możliwość szybkiej zmiany miejsca i przenikanie się wizji rzeczywistości. Czy podoła temu zadaniu i co odkryje Suchary?

Tym, co mnie przekonuje do prozy Snerga, jest metafizyczne spojrzenie na rzeczywistość. Fascynuje mnie jego wizja świata, w którym człowiek jest cholernie słabą istotą, jednakże nie poddającą się mechanizmom rządzącym tymże światem. Intryguje mnie jego filozoficzne rozwijanie motywu człowieka próbującego rozwiązać tajemnicę naszego bytu. Czy Snerg był pesymistą? Wspomina z jednej strony o „nieśmiertelnej między mirażami duszy”, która jest jedynym pewnym elementem, którego człowiek powinien się trzymać. Ale z drugiej strony postanowił sam sobie odebrać życie, więc w jego duszy musiał panować olbrzymi niepokój.

Dostrzegam w jego prozie, oprócz dość przygnębiającej wizji człowieka samotnego, refleksje na temat jakości życia. Na ile my sami mamy wpływ na jego kształt, a na ile jest ono zdeterminowane przez „fikcyjne cienie świata”. Ta opuszczona i bezludna unosząca się w przestrzeni wyspa z wizji Beksińskiego jest bardzo wymowna. To łatwy cel. Nagi cel, który łatwo zniszczyć. Wystarczy o nim zapomnieć, a umrze sam. Wystarczy ją pominąć, usunąć z planu, wyrzucić ze scenariusza…