"Czytanie jest nałogiem, który może zastąpić wszystkie inne nałogi lub czasami zamiast nich intensywniej pomaga wszystkim żyć, jest wyuzdaniem, nieszczęsną manią."

"Malina" Ingeborg Bachmann

środa, 31 grudnia 2014

Natalia Przybysz - Przeze mnie



"Będę tu czekać w bezruchu
Aż świat się zmieni
Aż zapomnisz o mnie i zatęsknisz na nowo
Kiedy wody zabraknie na Ziemi..."

wtorek, 30 grudnia 2014

Fisz Emade Tworzywo - Ślady (feat. Justyna Święs)



"Ona mówi: Problem jaki masz, jest w Twojej głowie gdzieś
A jeśli ktoś bliski nam odchodzi nagle, wiedz
To tylko podróż jest
Z ciemnych pokoi do
Ogrodów i ciepłych plaż
Wysokich gór i palm
A kiedy dopada mnie bezsenność w duszną noc
Mówi do mnie szeptem i usypia mnie jak nikt "

poniedziałek, 29 grudnia 2014

niedziela, 11 maja 2014

zastygłam w stuporze

"Runę w szaleństwo, w stuporze zastygnę
Gdy wyda się, że wydaje się to wszystko…"

 
 

Zmieniam stan skupienia. 
Zmieniam słowa na obrazy. 
Zmieniam myśli na czyny. 
Do zobaczenia.
Do usłyszenia.

środa, 19 lutego 2014

"Ona"

Dawno nie widziałam tak nastrojowego filmu. Poszłam do kina czując, że  „Ona” będzie mi się podobać. Nie zawiodłam się, film jest wzruszający i pełen refleksji, które są mi bliskie. Od pierwszych scen czułam się zauroczona. Subtelna gra Joaquina Phoenixa, jego ciepłe i łagodne spojrzenie oraz intrygujący uśmiech ujęły mnie niesamowicie.  Dałam się porwać opowiadanej historii. 

Czy w wielkiej metropolii, wśród milionów ludzi, można czuć się samotnym? Ba! Jasne, że można. Czy świat wirtualny może zastąpić drugiego człowieka? Nie, absolutnie nie. A jednak Theodore Twombly  przeżywa coś, co trudno całkowicie zanegować.  Jego relacje z Samanthą pokazują, jak bardzo człowiek tęskni i potrzebuje mieć przy sobie kogoś, kto zrozumie bez słów, kto postrzega świat tak samo, kto potrafi rozbawić, z kim można rozmawiać dniami i nocami o wszystkim i o niczym. 

Wiadomo, ważniejsza od materialnego świata jest emocjonalna sfera, ten obszar, w którym krążą nasze myśli, uczucia. Jeśli na tym pułapie spotykamy bratnią duszę, to w tej emocjonalnej przestrzeni  rodzi się miłość, świat realny zostaje odsunięty na dalszy plan. Przez moment czujemy szczęście, wszechogarniającą radość, poziom zadowolenia jest tak wielki, że prawie unosimy się nad ziemią. Bije od nas energia, która udziela się innym. Ale to nie jest takie piękne do końca. Wpadamy w pułapkę, chcemy przytulić się do swojej miłości, chcemy ją dotknąć, chcemy poczuć jej oddech na własnym karku. Ale co wtedy, kiedy ona tak naprawdę nie istnieje, kiedy osoba, którą obdarzyliśmy uczuciem, jest wytworem cyberprzestrzeni? Jest elementem innego świata. Z jednej strony jesteśmy świadomi, że przecież kupiliśmy program komputerowy, który miał zaspokoić nasze potrzeby. Z drugiej strony nie potrafimy się pogodzić z faktem, że dobrowolnie poddaliśmy się oszustwu, daliśmy się zmanipulować, zabrnęliśmy w ślepy zaułek. Pytanie, czy wycofać się, czy zostać i tkwić w tej pięknej iluzji miłości? No bo przecież w świecie realnym możemy już nigdy nie przeżyć nic tak wspaniałego, każde nowe przeżycie będzie nieudaną kopią tego, co już przeżyliśmy. Są tacy, którzy nie mają dylematu. Wiadomo świat realny jest jedynym, w jakim możemy żyć. Choćby nawet skazując się na pustkę i samotność, życie pełne lęków i obaw. Ale są tacy, którzy sięgną po tą iluzję szczęścia, bo nigdy nie skosztowali go w świecie realnym, a świat wirtualny daje im tą możliwość. Więc, czy to jest złe? Czy złe jest doświadczanie szczęścia, choćby nawet miałoby ono być wytworem programu komputerowego?

Theodore Twombly  zakochuje się, a przecież stan zakochania można porównać z szaleństwem. Jednakże zakochanie jest jedynym szaleństwem akceptowanym przez człowieka, każde inne szaleństwo stanowi zagrożenie. Paradoks. (Tak na marginesie: Św. Walenty jest patronem ludzi chorych umysłowo.)

„Ona” to nie jest wizja świata, w którym komputery przejmują kontrolę nad życiem człowieka. Można by tak sądzić, Theodore jest całkowicie oddany Samancie. W chwili, kiedy znika połączenie i nie można odnaleźć systemu operacyjnego, Theodore’a ogarnia przerażenie. Zachowuje się jak człowiek, który ma zaraz postradać zmysły, jak człowiek uzależniony. Ale kiedy Samantha pojawia się, Theodore odczuwa ulgę. Jednakże świat przedstawiony w filmie różni się sporo od świata przedstawionego w „Matrixie”. I tu są komputery i tam. Ale ich intencje są różne.

„Ona”  to film z przesłaniem, którego nie da się nie zauważyć. To piękna opowieść o poszukiwaniu szczęścia i miłości w świecie, w którym zanikają prawdziwe relacje międzyludzkie. O oddalaniu się od siebie, skupianiu na sobie, próbie podporządkowania drugiego człowieka sobie. To film o odkrywaniu siebie, o tęsknocie. O iluzji, która jest potrzebna, aby wyjść z marazmu, o zbawiennej sile uczucia. Każdego uczucia!

Subtelny, cichy, refleksyjny. Pełen magii i wrażliwości.

(Poskarżę się na zachowanie widowni, szczególnie pewnych pań, które przez sporą część filmu  trajkotały jak najęte, wybuchały nieznośnym i irytującym śmiechem, ale na płyciznę lekarstwa nie ma…  Czasem w kinie trafi się bydło. Wiem, jestem okrutna, ale poziom kultury pewnych ludzi woła o pomstę...)

piątek, 14 lutego 2014

...ale niepewność piękniejsza...

Wisława Szymborska  "Miłość od pierwszego wejrzenia"


        Oboje są przekonani,
        że połączyło ich uczucie nagłe.
        Piękna jest taka pewność,
        ale niepewność piękniejsza.

            Sądzą, że skoro nie znali się wcześniej,
            nic między nimi nigdy się nie działo,
            A co na to ulice, schody, korytarze,
            na których mogli się od dawna mijać?

        Chciałabym ich zapytać,
        czy nie pamiętają -
        może w drzwiach obrotowych
        kiedyś twarzą w twarz?
        jakieś "przepraszam" w ścisku?
        głos "pomyłka" w słuchawce?
        - ale znam ich odpowiedź.
        Nie, nie pamiętają.

            Bardzo by ich zdziwiło,
            że od dłuższego już czasu
            bawił się nimi przypadek.

        Jeszcze nie całkiem gotów
        zamienić się dla nich w los,
        zbliżał ich i oddalał,
        zabiegał im drogę
        i tłumiąc chichot
        odskakiwał w bok.

            Były znaki, sygnały,
            cóż z tego, że nieczytelne.
            Może trzy lata temu
            albo w zeszły wtorek
            pewien listek przefrunął
            z ramienia na ramię?
            Było coś zgubionego i podniesionego.
            Kto wie, czy już nie piłka
            w zaroślach dzieciństwa?

        Były klamki i dzwonki,
        na których zawczasu
        dotyk kładł się na dotyk.
        Walizki obok siebie w przechowalni.
        Był może pewnej nocy jednakowy sen,
        natychmiast po zbudzeniu zamazany.

            Każdy przecież początek
            to tylko ciąg dalszy,
            a księga zdarzeń
            zawsze otwarta w połowie.


sobota, 8 lutego 2014

o nudzie...

„Sądzę, że warto w tym miejscu powiedzieć kilka słów o nudzie, uczuciu, do którego często będę wracał na tych stronicach. A zatem, jak daleko sięgam pamięcią w przeszłość, zawsze cierpiałem na nudę. Trzeba jednak wyjaśnić dokładniej, co przez nią rozumiem. Dla wielu osób nuda oznacza przeciwieństwo rozrywki; a rozrywka jest chwilą zapomnienia, bezmyślności. Natomiast dla mnie nuda nie jest przeciwieństwem rozrywki; mógłbym nawet powiedzieć, że pod pewnymi względami przypomina rozrywkę, gdyż prowadzi właśnie do zapomnienia i bezmyślności, choćby nawet szczególnego rodzaju. Nuda to dla mnie typ niedopełnienia czy niedopasowania, czy niedomiaru rzeczywistości. Metaforycznie można by powiedzieć, że kiedy się nudzę, rzeczywistość zawsze kojarzy mi się niepokojąco ze spaniem pod zbyt krótką kołdrą w zimową noc – otulam nią nogi i marznę na piersi, naciągam ją na pierś i lodowacieją mi nogi; w ten sposób nigdy nie jestem w stanie zasnąć. A jednak, odwołując się do innego porównania, moja nuda przypomina częste i tajemnicze przerwy w dopływie prądu do mieszkania – w jednym momencie wszystko jest jasne i wyraźne, tutaj stoją fotele, tutaj sofy, w głębi znajdują się szafy, komody, obrazy, zasłony, dywany, okna, drzwi; a potem nagle zostaje tylko ciemność i pustka. Albo też – trzecie porównanie – moją nudę można określić jako chorobę przedmiotów, polegającą na ich stałym więdnięciu lub utracie żywotności; jak na przyspieszonym filmie, kiedy w ciągu kilku sekund kwiat z pąku przechodzi do przekwitania, a następnie rozsypuje się w proch.
Poczucie nudy rodzi się we mnie z poczucia absurdu rzeczywistości, która, jak już powiedziałem, nie chce lub nie jest w stanie przekonać mnie o swym prawdziwym istnieniu.”

"Nuda" Alberto Moravia

wtorek, 4 lutego 2014

NIMF()MANKA

Rammstein  uderza do głowy. Jest ciemno, szaro, pada deszcz. Nieprzyjemny zaułek. Leżąca na chodniku Charlotte Gainsbourg nie rusza się.  Patrzę na tę mroczną scenę, którą rozpoczyna się film, siedząc wieczorem w kinie. Przez cały seans będę nieco przygnębiona. Bo film jest melancholijny i w gruncie rzeczy smutny. Czy jest kontrowersyjny? Czy to, że są w nim liczne sceny seksu, jeszcze szokuje?  Czy ten naturalizm ma związek z pornografią? Wątpię. Ja tego tak nie czuję. Ja oglądając „Nimfomankę” widziałam ogromnie nieszczęśliwą kobietę, która w desperacki sposób rujnuje swoje życie, swoją psychikę i spada na samo dno emocjonalnego piekła. Nie raziły mnie sceny seksu, nieco mechanicznego, pozbawionego subtelności, ciepła i uczucia. Nie raziło mnie pozbawione skrupułów zachowanie Joe, która zaliczała kochanków w zastraszającym tempie. Nie raziła mnie jej specyficzna gra, wyzwanie, jakie rzuciła sama sobie. Przeraziło mnie spustoszenie jakie się dokonuje w jej psychice w miarę rosnącego apetytu. Łatwo przyszło mi ją zrozumieć. Ten jej bunt wobec życia, ta jej samotna wędrówka na dno i chwila olśnienia, że nie czuje nic… 

Odważne role zagrane przez świetnych aktorów. Odważny film. Odważny temat. Prowokujący. Magnetyczny. O samotności. O pustce. Nie dla każdego. Dla ludzi poszukujących.  Czekam na część drugą.




dopisek:

 Część druga mnie rozczarowała. Zakończenie zaskoczyło. Spodziewałam się podtrzymania napięcia,  a ono coraz bardziej spadało. Momentami czułam się rozdrażniona.
Ale oceniać należy całość, bo film to obie części. Całość jest warta uwagi, tego filmu nie da się szybko zapomnieć.

środa, 8 stycznia 2014

...więzienie...

„Czasami mam wrażenie, że żyjemy w grobowcu, wielkim, przestronnym, wieloosobowym. Patrzyłam na świat spowity szarym Mrokiem, chłodnym i nieprzyjemnym. Więzienie nie tkwi na zewnątrz, ale jest w środku każdego z nas. Może jest tak, że nie umiemy bez niego żyć.”

„Prowadź swój pług przez kości umarłych”  - Olga Tokarczuk


środa, 1 stycznia 2014

"Mapa i terytorium" - Michel Houellebecq

To, że Michel Houellebecq jest znakomitym pisarzem nie ulega żadnej wątpliwości. „Cząstkami elementarnymi” mną wstrząsnął. Musiało upłynąć kilka lat i znów sięgnęłam po jego powieść. Nie, żebym nie chciała, ale nie trafiły mi wcześniej w ręce. Ostatnio padło na powieść nagrodzoną Nagrodą Goncourtów w 2010 r. – „Mapę i terytorium”.  Przeczytałam, usiadłam i zamilkłam. Jakże brakowało mi tego smaku. Powieści, która nie jest zwykłą rozrywką, ale duchową ucztą. Bo Houellebecq pisze wciąż o kondycji człowieka, o jego miejscu w świecie, o alienacji, o potrzebie rozwoju. Właściwie powinnam napisać tylko jedno: Houellebecq pisze o życiu i śmierci. Jego specyficzny dystans do życia i bezpardonowe podejście do człowieka jest bliski mojemu światopoglądowi. Człowiek według Houellebecqa to dość mizerne stworzenie. Stara się coś osiągnąć, oddaje się pasjom i żądzom, aż nadchodzi moment całkowitego poddania się i uległości. To nie pokora wobec życia, ale zjednoczenie się z nim i wyzbycie się złudzeń. Że życie jest krótkie, że żadne pieniądze nie uczynią człowieka szczęśliwym, że najważniejszą rzeczą w życiu każdego człowieka jest akceptacja losu i niemoc jego zmiany. Tak, to dość pesymistyczne, ale coś w tym jest.

Bohaterem „Mapy i terytorium” jest Jed Martin – artysta fotografik i malarz a także … Michel Houellebecq – pisarz. (Tak, tak, autor nieco ironicznie samego siebie obsadził w tej powieści!). Jed Martin osiągnął artystyczny sukces fotografując mapy Michelina i malując serię obrazów z umierającymi zawodami, a także ludźmi sukcesu. Wstęp do jego wystawy malarskiej ma napisać Houellebecq i w ten sposób mężczyźni  poznają się. Jed odwiedza Houellebecqa aktualnie mieszkającego w Irlandii. Skądinąd pewien fragment rozmowy, jaka następuje podczas odwiedzin u pisarza, jest dla mnie osobiście ogromnie budujący:

„(…) W tym kraju jada się wcześnie, ale dla mnie nigdy nie jest dość wcześnie. Najbardziej lubię koniec grudnia, kiedy ciemno robi się o czwartej. Mogę włożyć pidżamę, łyknąć środek nasenny, położyć się z butelką wina i książką. Tak właśnie żyję od lat. Słońce wstaje o dziewiątej; zanim człowiek się umyje i wypije parę kaw, robi się południe i trzeba przetrwać już tylko cztery godziny, co zazwyczaj udaje mi się w miarę bezboleśnie. Ale wiosna jest nie do zniesienia, niekończące się cudowne zachody słońca, jak w jakiejś pieprzonej operze, wciąż nowe kolory, nowe blaski; raz postanowiłem zostać tu przez całą wiosnę i lato; myślałem, że umrę, co wieczór byłem na skraju samobójstwa, przez ten zmrok, który godzinami nie chciał zapaść. Od tego czasu już na początku kwietnia wyjeżdżam do Tajlandii, gdzie zostaję do końca sierpnia; tam dzień zaczyna się o szóstej i kończy o szóstej, o ileż to łatwiejsze, równikowe, administracyjne; można zdechnąć od upału, ale klimatyzacja działa bez pudła, martwy sezon turystyczny, burdele kręcą się na pół gwizdka, ale jednak pozostają otwarte, co mi całkiem pasuje, ich usługi są w dalszym ciągu doskonałe lub przynajmniej bardzo dobre.”

(Kto w słowie „budujący” nie wyczuł ironii, temu chwała, bo ma proste życie.)

Znajomość między Jedem Martinem a Houellebecq’iem  to żadna przyjaźń, to właściwie biznesowe relacje, choć łączy ich to samo poczucie marności życia. Martin żyje samotnie, nie układa mu się z kobietami, nie ma najlepszego kontaktu z ojcem (matka od lat nie żyje). Houellebecq to pisarz trzymający się z dala od światka artystycznego, samotnik z wyboru, który postanawia z Irlandii przenieść się do domu na francuskiej prowincji. Obu łączy ten sam dystans do swojego talentu, obaj pracują latami nad kolejnymi dziełami. Obaj – co tu dużo mówić – żyją na uboczu i nie pałają sympatią do otoczenia.

Ale Michel Houellebecq – pisarz, nie stworzył ot tak sobie banalnej opowieści o dwóch bohaterach. Dodał do treści wątek kryminalny, mocno autoironiczny. Tym samym zadrwił z zadufania świata artystycznego, nadęcia i patetyzmu. Zresztą ironia i cynizm to charakterystyczne narzędzia warsztatowe francuskiego pisarza. Nie dostrzegam w jego pesymizmie załamania ani marudzenia, ale wręcz przeciwnie, jest nieco absurdalnie wesoło. Drwina z cywilizacji zachodniej goniącej za pieniądzem, upadek relacji międzyludzkich, przerażająca samotność i niemoc współżycia z innymi ludźmi to wciąż aktualne treści, które w zalewie tandety telewizyjnej są dla niektórych trudne do strawienia. Ale one są coraz żywsze i dopadające coraz większą grupę ludzi. To smutne, nie powiem.

Ja Houellebecqa mocno sobie cenię. Próbuję dystansować się do życia, choć momentami robię to nieudolnie, przeczę sama sobie, załamuję się i wpadam w stany bliskie depresji. Ale to, że targają mną emocje, że zadaję pytania i szukam właściwej ścieżki, jest chyba światełkiem w tunelu…