"Czytanie jest nałogiem, który może zastąpić wszystkie inne nałogi lub czasami zamiast nich intensywniej pomaga wszystkim żyć, jest wyuzdaniem, nieszczęsną manią."

"Malina" Ingeborg Bachmann

środa, 13 lipca 2011

"Kołysanka dla wisielca" - Hubert Klimko-Dobrzaniecki


Mówi się, że są pisarze, którzy przez całe życie piszą jedną książkę. I to stwierdzenie idealnie pasuje do Huberta Klimko-Dobrzanieckiego. Albo inaczej: Hubert Klimko-Dobrzaniecki jest wierny tej zasadzie. W swoich książkach pisze o sobie i swoich przeżyciach. Trudno wyróżnić te elementy, które są czystą fikcją literacką, choć zapewne takowe znalazłoby się. Przypuszczam, że moja odważna teza, jest prawdziwa. Ale potwierdzić to mógłby sam pisarz.

Patrząc na trzy spośród czterech jego powieści, które przeczytałam, na „Dom Róży. Krysuvik”, „Kołysankę dla wisielca” oraz „Rzeczy pierwsze”, mogę śmiało powiedzieć, że ta trylogia jest w dużej mierze oparta na wątkach autobiograficznych. Tym bardziej jestem pod wrażeniem, nie tyle jego pisarstwa, ale ogromnie barwnego życia. Używając słowa ‘barwny’ nie mam na myśli przygód, smakowania świata, ale przede wszystkim przeżyć, które pozostawiły w duszy autora wyraźny ślad, ukształtowały go i uczyniły tak świetnym gawędziarzem.

Nie czytałam trzech wyżej wymienionych pozycji w kolejności ukazywania się. Jednakże to chyba nie ma żadnego znaczenia. Każda jego powieść jest dopełnieniem wcześniejszej i następnej. A dzieje się to za sprawą powtarzania pewnych wątków i historii. Bynajmniej nie jest to ujmą dla autora, a raczej olbrzymim walorem. Bo w każdej w tych książek Hubert Klimko-Dobrzaniecki dopisuje coś nowego. Raczy czytelnika nowymi opowieściami. A to, że pojawiają się elementy znane już czytelnikowi, wcale nie jest nudne. Z jego powieści wyłania się fantastyczna historia o człowieku i losie, który determinuje ludzkie życia. I w tym dostrzegam piękno. Mówić niby o tym samym, ale tak, aby za każdym razem historia robiła wrażenie, to zaleta.

„Kołysanka dla wisielca” przenosi czytelnika na Islandię. Znów na Islandię! Na wyspę magiczną, na wyspę-więzienie, do krainy pełnej różnokolorowych postaci. Islandia widziana oczyma Huberta Klimko-Dobrzanieckiego ma w sobie coś przedziwnego. Oczywiście muszę tu dodać, że mowa o kraju sprzed kryzysu gospodarczego, który niedawno miał miejsce. Czy to nie dziwne, że Klimko-Dobrzanieckiemu udało się mieszkać tam zanim ten świat stał się pełen problemów ekonomicznych?

W „Kołysance…” mamy postaci, które są znane ze wcześniejszej książki - „Dom Róży. Krysuvik”. Znajdujemy się w kręgu ludzi, którzy automatycznie zyskują naszą sympatię, choć ich życie to pasmo bolączek, dołów, depresji. Jest Chorwat Boro – zabawny wariat, dokarmiający śledziami oswojoną orkę, Plamena, której grywał na organkach. Jest Polak Szymon – skrzypek grający pośród morza łubinu we wszystkich możliwych odcieniach niebieskiego. Jest też oczywiście narrator, którego, nie może być inaczej, utożsamiam z autorem. Mamy tu maleńki wycinek z życia Huberta, czas, kiedy poznaje Agnieszkę, przyszłą żonę. Nie ma tu galopującej akcji, nie ma elementów sensacji, kryminału, romansu. Jest opowieść o życiu kilku osób, których los zesłał na Islandię w poszukiwaniu lepszego jutra. Jest znakomity humor, jest melancholia i nostalgia. Jest też smutek i żal. Te wszystkie emocje tworzą cudowną całość. To też zasługa lirycznego stylu autora.

„Kołysankę dla wisielca” czyta się jednym tchem, nie ma potrzeby robienia przerwy na oddech, ponieważ narracja jest prowadzona bardzo płynnie. A treść książki wręcz czaruje. Jednym minusem jest niewielka objętość powieści. Jak dla mnie, Klimko-Dobrzaniecki powinien o wiele więcej napisać. Czuję, że ma on jeszcze mnóstwo ciekawych doświadczeń i przeżyć, którymi mógłby się podzielić z czytelnikami. Może za dużo wymagam, bo przecież każdy ma pewne rejony duszy i tajemnice, które są tylko jego, których osobom postronnym się nie wyjawia. I to mnie boli, bo tak bardzo wsiąkłam w jego prozę, że wciąż mi mało.

Ilustracja Kamila Targosza zdobiąca okładkę „Kołysanki dla wisielca” pokazuje wspomnianego Szymona grającego na skrzypcach pośród olbrzymiej połaci łubinu. (Przy okazji powiem, że uważam Targosza za znakomitego rysownika, którego ilustracje zdobią okładki Wydawnictwa Czarne.) Patrząc na tą okładkę musiałam powrócić do albumu Is (not). Szczególnie jedno zdjęcie z albumu musiałam sobie przypomnieć. Czy to nie dejavu?


6 komentarzy:

  1. Z miłą chęcią sięgnę.
    Ta recenzja jest koloru kobaltu.
    Zachwycające :)

    OdpowiedzUsuń
  2. lubię niebieski, chyba przeczytam.
    aga_blue

    OdpowiedzUsuń
  3. Sięgnę z wielką chęcią, mam nadzieję, że i mnie się spodoba :D

    Pozdrawiam ! :D

    OdpowiedzUsuń
  4. czytała tylko jedna książkę tego autora i bardzo mi się podoba jego styl pisania, chętnie zapoznam się też z ta pozycją :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Pięknie oddałaś zapach tej książki. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń

W związku z olbrzymią ilością spamu komentowanie jest możliwe tylko dla osób posiadających konto Google.