"Czytanie jest nałogiem, który może zastąpić wszystkie inne nałogi lub czasami zamiast nich intensywniej pomaga wszystkim żyć, jest wyuzdaniem, nieszczęsną manią."

"Malina" Ingeborg Bachmann

czwartek, 19 maja 2011

"Lekka przesada" - Adam Zagajewski

Zazdroszczę starszym pokoleniom umiejętności wyważonego spojrzenia na otaczającą nas rzeczywistość. Rozmawiając ostatnio z jednym starszym panem o życiu i o czasach, w których przyszło jemu i mi żyć, zauważyłam różnicę w naszych spojrzeniach. On już się nie łudzi, nie próbuje naprawiać świata, wie, że pewnych mechanizmów nie da się ze świata wyeliminować. Ja wciąż się łudzę, że jednak warto walczyć o uczciwość, sprawiedliwość i lojalność wobec drugiego człowieka, o ponadczasowe wartości świadczące o dobrej naturze człowieka. Łudzę się i co jakiś czas ponoszę osobistą, sromotną klęskę. Dostrzegam nieprawidłowości i wciąż się nimi irytuję. Mój rozmówca powiedział mi, że niszczę w ten sposób swoje wnętrze, że mój upór, moja kontestacja, to piękne cechy, ale świat nie lubi takich ludzi. Rewolucjoniści nigdy nie byli w cenie. Historia pokazuje, jak marnie kończyli.

Dlatego zazdroszczę osobom z pokolenia, które powoli odchodzi z tego świata. Bije z nich olbrzymia pokora, spokój, akceptacja życia. Wędrują pamięcią do czasów dzieciństwa, młodości, jakby tamte, odległe czasy, miały jakiś inny zapach i kolor, dziś już niespotykany. Tęsknią za autentycznością, za naturalnym pięknem, czystym i niezniszczonym przez cyniczną cywilizację popkultury.

Czytając "Lekką przesadę" Adama Zagajewskiego czułam, jakbym dotykała innego świata, bardziej nastawionego na przeżycia duchowe. Świata, który już nie istnieje, został pożary przez czas. Został uwieczniony jedynie na fotografiach już nieco pożółkłych i w zdaniach, z których aż bije umiłowanie do pięknej składni i eleganckich figur retorycznych. Poeci starszego pokolenia są chyba stworzeni z innej gliny, bardziej szlachetnej. Im się wybacza poczucie wyjątkowości, dystyngowanie i pewną nonszalancję. Im się wybacza sentymentalizm i melancholię.

Adam Zagajewski w swojej najnowszej książce, na którą składają się krótkie refleksyjne eseje, układające się w obraz świata człowieka spełnionego, daje wyraz szalenie inteligentnym rozważaniom o naturze człowieka, o życiu, o sobie samym. Miałam wrażenie, że tą książkę napisał bardziej dla siebie, a dla czytelników przy okazji. Ale to właśnie czytelnikom zrobił przyjemność pozwalając poznać swoją rodzinę, mieszkająca przed drugą wojną światową we Lwowie. Lwów zresztą jest tu magiczną krainą, niemal symboliczną i istniejącą w wymiarze bardziej metafizycznym.

„Lekka przesada” jest bardzo intymna, stonowana, pełna zadumy, błyskotliwie drocząca się z czytelnikiem. Powoli odkrywa swoje uroki. Adam Zagajewski nie szokuje i nie polemizuje, on z mądrością prawdziwego poety mówi o tym, co ważne, i mówi to w taki sposób, że zaczęłam się zastanawiać, czy czegoś przypadkiem w życiu nie przegapiam. Bo we mnie wciąż tli się natura wojowniczki... Ale jeśli książka skłania mnie to osobistych rachunków sumienia, to chyba powinnam być usatysfakcjonowana. A jednak mam żal do samej siebie. Że wciąż się buntuję. Że wciąż nadstawiam karku. Że nie potrafię okiełznać swojego języka.

Jest w „Lekkiej przesadzie” pierwiastek poezji, choć książka nie jest tomikiem poezji. Poeta bierze na warsztat, o ile wolno mi użyć tak dosadnego porównania, poezję i sztukę w ogóle, a także przeszłość swojej rodziny, która nie będąc rodziną literatów wydała na świat poetę. I ta przypadłość, znów użyję może niezbyt fortunnego określenia, stała się łaską i niełaską. Łaską, ponieważ poeta inaczej odczuwa świat, dotyka tych sfer, które zwykłym szaraczkom są niedostępne. Niełaską, ponieważ jest to bagaż, który z biegiem lat staje się coraz większy. Zagajewski ma spory bagaż doświadczeń, tych swoich własnych, ale i ludzi, których na licznych ścieżkach życia spotykał. Stąd w „Lekkiej przesadzie” wspomnienia wielu poetów, filozofów, muzyków, którzy swoją sztuką wywarli trwały ślad w osobowości autora.

„Nie jestem wysiedlonym, ale od kiedy zrozumiałem, że moje drzewo genealogiczne jest drzewem wysiedlonych, zrozumiałem też, że to ziarno nierzeczywistości, na które nieraz natrafiam, właśnie stąd się bierze, z wędrówek, z niepewności jutra, z walizek o wielkich, otwartych, łakomych ustach.”

I tak myślę o Adamie Zagajewskim: jest on, mimo wszystko, obarczony tą łakomością świata. Jednakże nie o zwykły świat chodzi, nie o ten zwyczajny, dostępny każdemu. Ogromnie spodobał mi się fragment o pobycie w muzeum w Bolonii, w którym to nie obrazy wielkich mistrzów przykuły jego uwagę, lecz najzwyklejsze okno wychodzące na pobliskie domy. Podglądał życie ludzi i wtedy przyszło mu do głowy zdanie: „Oni tylko żyją”. A on czuł się kimś innym.

„Przez krótką chwilę czułem się solidarny bardziej z błyszczącymi płótnami, zabalsamowanymi w swojej muzealnej nieśmiertelności niż z żywymi ludźmi po drugiej stronie wąskiej ulicy.”

I mnie czasem nachodzą takie myśli… Że jestem elementem innej rzeczywistości. Że nie pasuję do tego pościgu, w którym biorę udział, wbrew swojej woli. Ja jednak nie potrafię tak pięknie pisać o życiu.

Jak już wspomniałam Zagajewski poświęca sporo miejsca poezji, jej znaczeniu, jej oddziaływaniu na człowieka. Mówi, że „poezja jest mistyką dla początkujących”. Zwraca też uwagę na sam proces pisania.

„Pisać – w najlepszych dniach pisanie, pełne energii, radości, jest nieomal stwarzaniem samego siebie, daje niezwykłe uczucie władzy nad własnym życiem, definiowaniem się od nowa, jakby prawie nic godnego uwagi dotąd nie istniało, jakbyśmy wytyczali zupełnie nową przyszłość dla siebie. W dniach nieco słabszych pisanie jest walką z depresją. W dniach zupełnie trudnych jest już tylko próbą ratowania siebie.”

Obok wielce refleksyjnych rozważań w „Lekkiej przesadzie” znajdziemy też fragmenty budzące radość, co potwierdza fakt, że poeta ma fantastyczne poczucie humoru, momentami nieco wyniosłe, ale też pobłażliwe w stosunku do samego siebie, do własnych błędów młodości, do dziwacznych pomysłów rodziny. Mój szeroki uśmiech wywołało przyznanie się do tematu pracy, bodajże magisterskiej, z filozofii: „O poznawaniu własnego ciała”. Temat budzący ironiczne uśmiechy, nieprawdaż?

Przytaczanie wszystkich nazwisk poetów/pisarzy, z którymi Zagajewski miał kontakt, czy muzyki „poważnej”, bez której poeta nie wyobraża sobie swojego istnienia, nie ma najmniejszego sensu. Ale z tego intymnego pamiętnika, jakim z pewnością jest „Lekka przesada”, wyłania się obraz człowieka doskonale wykształconego, traktującego sztukę, jako nieodłączny element życia. To się czuje. Niemal każdy krótki szkic jest odzwierciedleniem tego, co gra w duszy poety. I nie ma znaczenia, czy mówi o swojej rodzinie, czy o sobie samym, jego rozważania są naznaczone obecnością pierwiastka metafizycznego.

Sporo refleksji dotyczy podróży, jakie autor odbywał. Z nostalgią wspomina Paryż, Włochy, pobyt w USA. Ale i swój sentyment wyraża w opisach Krakowa czy Gliwic, do których trafiła wysiedlona ze Lwowa jego rodzina.

Jest też „Lekka przesada” pewnego rodzaju hołdem złożonym ojcu Adama Zagajewskiego, który powoli odchodził, leżąc w chorobie bez kontaktu z otaczającą go rzeczywistością. To zresztą ojciec Zagajewskiego jest autorem słów, które zostały użyte w tytule książki. Lekką przesadą nazywał ojciec poety poezję. Takie podejście mają tylko umysły ścisłe, pragmatyczne. Ale zastanawiając się nad nimi Adam Zagajewski odkrywa w nich prawdę i definiuje nimi poezję.

„Lekka przesada - to właściwie bardzo dobra definicja poezji. Doskonała definicja poezji na dni chłodne i mgliste, dni, kiedy poranek wstaje późno i na próżno obiecuje obecność słońca. Jest lekką przesadą, póki się w niej nie zadomowimy. Wtedy staje się prawdą. A potem, kiedy ponownie z niej wyjdziemy - bo nikt nie potrafi w niej zamieszkać na stałe - znowu staje się lekką przesadą.”


10 komentarzy:

  1. Nie słyszałam o tej książce wcześniej, ale po recenzji z przyjemnością ją przeczytam.
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie będzie lekką przesadą, jak napiszę - świetna recenzja! Teraz muszę się dopchać, kupić i przeczytać :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam tę książkę z autografem! - będę czytać, 3 czerwca jest promocja w Warszawie w siedzibie "Gazety Wyborczej".

    OdpowiedzUsuń
  4. Przepraszam, ale zabrakło mi słów, ta recenzja jest genialna!!!
    Mam nadzieję, że książka też taka będzie :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Spoglądam... niebywale ożywiona dyskusja, do której dołożę dwa zdania, dopcham i dokupię kilka znaczeń, podpisze autografem, ale też postaram się, aby słów mi nie zabrakło, choć poeta ze mnie marny.

    Umiejętnie wyważone spojrzenie zmieniło się w precyzje ważenie każdej wartości. Mówi się, że zwykłe, najzwyklejsze życie też bywa walką, dziwna prawidłowość, dostrzegasz? Całe szczęście, że w całym tym uporze rewolucji historia nie zna zakończenia, choć to może być irytujące...

    Autentyczność to jest coś... co my tworzymy? Sprzeczne wewnętrznie, ale logiczne. W tym autentyzmie żal mi siebie i może to on właśnie przeradza się bunt...

    Wybacz mi mój cynizm, natura popkultury, w której zapachu i kolorach poruszam się, jest przeraźliwie nieustępliwa - podobnie jak mój język, wiecznie nieokiełznany.

    Pobłażliwie bez lekkiej przesady i bez powtórzeń, stwierdzę, co nieuczynione, że iście piękna recenzja! A i tym razem przemawia przeze mnie melancholia i sentymentalizm. Wybaczysz?

    OdpowiedzUsuń
  6. Eseistyka Zagajewskiego tak, ale jego poezja już nie.
    Przeczytać mam nadzieję kiedyś "Lekką przesadę" xDD'

    Pozdrawiam serdecznie!^^

    OdpowiedzUsuń
  7. Trzeba poszukać tego tytułu i przeczytać :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Obserwują Cię od niedawna i muszę przyznać, że zaciekawiasz. :)
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  9. Mam zupełnie odmienne spojrzenie na starsze pokolenie niż Ty. To wędrowanie pamięcią do przeszłości dla mnie symbolizuje raczej ucieczkę od życia współczesnego, kompletne zagubienie w teraźniejszości. Jak można żyć permanentnie w przeszłości? Ja w tym widzę właśnie brak akceptacji życia, odsunięcie się od niego. Co ciekawe, na Wyspach starsi ludzie wciąż są "rewolucjonistami", nie odsuwają się od otoczenia, piszą, krytykują, debatują, tworzą, nadążają za nowinkami technologicznymi i kulturowymi.

    Rewolucjoniści może i marnie kończą, ale zmieniają świat i bieg historii. Zresztą nie każdemu zależy na spokojnym, wygodnym, uporządkowanym życiu, liczy się coś więcej. I co z tego, że świat nie lubi rewolucjonistów? Oni nie są rewolucjonistami po to, by ich lubiano, ale po to, by przyszłe pokolenia brały pewne rzeczy za oczywiste: prawa człowieka, prawo do głosowania, do życia tak jak chcą.

    OdpowiedzUsuń

W związku z olbrzymią ilością spamu komentowanie jest możliwe tylko dla osób posiadających konto Google.